wtorek, 23 sierpnia 2016

Bywalcy ławeczki tylko w serialu są zabawni, na Starówce już nie


Temat zbyt małej liczby ławek na Starym Mieście wraca jak bumerang od kilku wiosen. Jednak wraz z końcem lata cichnie, by po kilku miesiącach znowu powrócić. Ta sytuacja trochę przypomina rozmowę echa samego ze sobą. Głos odbija się od skał, powraca i sam sobie odpowiada, niewiele zmieniając. Ławki niby są, a gdy chce się usiąść, to jakoś ich nie ma. Kilka lat temu, jeszcze przed okresem boomu rewitalizacji i dekoracji dzielnicy staromiejskiej w małą architekturę, można było sobie spokojnie przysiąść podczas spaceru deptakiem, czy to u wylotu ulicy Mostowej, czy Szczytnej. Fakt, często spotykało się tam również miejscowych degustatorów tanich win, a że do sklepu z alkoholem było na wyciągnięcie ręki, to jedna z ławek była praktycznie przedłużeniem działu monopolowego. W sumie nie ma się co dziwić, panowie byli u siebie, w swojej dzielnicy, na swojej ławeczce. Gdybyśmy ich oglądali w serialu telewizyjnym, to stanowiliby rozweselający element fabuły okraszony mądrością życiową, tu tworzyli dysonans estetyczny, do usunięcia wraz z ławkami. Najpierw odstawiono do remontu te ze Szczytnej, a potem zniknęły te z Mostowej. Po rewitalizacji deptaka zamiast ławek pojawiły się historyczne tablice, a miejscowych pijaczków zastąpili kloszardzi. Dawno już nie słyszałam, wchodząc ze Szczytnej w Szeroką charakterystycznego, głębokiego tembru: „kierowniczko, złotóweczkę”, za to niejednokrotnie widziałam bezdomnych załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne na oczach przechodniów. Zatem może jednak to nie ławki generują problemy, a tym bardziej ich nie rozwiązują.
W ubiegłym roku podczas festiwalu Skyway na ulicy Szerokiej stanęły imponujące „Bukiety abażurów”. Piękne, mieniące się kolorami lampy połączone z siedziskami, wyglądały jak meble, tyle że w nieco większym rozmiarze, miejskim. Ludzie chętnie robili sobie zdjęcia na tle kolorowych świateł abażurów, ale jeszcze chętniej przysiadali. Zarówno w nocy, jak i w dzień. Wiele osób korzystało z okazji, by chwilę posiedzieć na deptaku, tak zwyczajnie, niekoniecznie przy kawie, czy herbacie. Oczywiście, klientów sklepu monopolowego również nie brakowało. Siedzieli sobie spokojnie, sącząc piwo, przy cichej akceptacji Straży Miejskiej, w końcu nie codziennie mamy taką atrakcję w mieście. I tak przez te kilka festiwalowych dni mogliśmy się cieszyć nie tylko kolorowym światłem, ale też bardzo atrakcyjnym meblem, który nie dość, że okazał się funkcjonalny, to jeszcze świetnie wkomponował w historyczną przestrzeń. Czy nie mogłoby tak być przez cały sezon letni?
Wiosną BTCM informowało, że Staremu Miastu przybędzie dwanaście ławek, stanęło ich o kilka więcej, a mimo to głosy, że wciąż jest ich za mało, nie milkną. Liczba osób odwiedzających Starówkę ciągle wzrasta i chętnych, by przysiąść niekoniecznie w ogródku gastronomicznym, jest coraz więcej. A może faktycznie dobrym rozwiązaniem byłyby sezonowe instalacje do siedzenia na deptaku? I atrakcyjnie i funkcjonalnie. Ostatnio na Szerokiej pojawiła się jedna, samotna ławka. Wprawdzie nie jest to instalacja i bardziej wygląda, jakby ją ktoś tam zostawił przez przypadek, ale i tak dobrze, że jest. Niczym pierwsza jaskółka, co to wiosny nie czyni, ale nadzieję już niesie.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  23.08.2016

wtorek, 16 sierpnia 2016

Rowerzystę na deptaku, niczym rzadkiego pokemona, trudno złapać


„Pani też łapie pokemony?” Zapytali mnie dwaj młodzi rowerzyści, około dziesięcioletni chłopcy. Było to na skraju Wielewskiej Kalwarii, na Kaszubach. I już miałam zwrócić im uwagę, że właśnie minęli znak, który zabrania wjazdu rowerami na teren kalwarii, ale pokiwałam tylko przecząco głową. „My łapiemy. Chce pani zobaczyć?” Chciałam. Pokazali mi całą kolekcję w telefonie. Przy okazji wyjaśnili zasady tej popularnej gry. Opowiedzieli o pokemonach wykluwających się z jajek po przejściu lub przejechaniu odpowiedniej liczby kilometrów, o pojedynkach i o przejmowaniu. Faktycznie można się wciągnąć. Między wywodem o miejscach, w których można je najczęściej spotkać, a rodzajami tych osobników, poprosiłam, by jednak nie jeździli tam gdzie są zakazy, bo ktoś na nich zapoluje, jak oni na pokemony i wlepi mandat. Trochę się zdziwili, dotąd nie patrzyli za bardzo na znaki, głównie łapali pokemony, ale obiecali pamiętać. I tak zawiązała się między nami całkiem sympatyczna, wakacyjna znajomość. Ciekawe, czy zaprzyjaźnilibyśmy się, gdybym na samym początku zrugała ich za te rowery? Bardzo wątpliwe. Przez kolejne dni spotykaliśmy się przypadkowo w różnych miejscach, bo to mała miejscowość i za każdym razem z daleka machali spiesząc z informacją o postępach w grze. Nie widziałam już, żeby jeździli, tam gdzie były zakazy. „A co będzie, jak wszystkie je złapiecie?” Zapytałam przed odjazdem. „Ich się nie da wszystkich złapać, zawsze będą.”
W ubiegłym tygodniu usłyszałam bardzo podobne zdanie z ust Strażnika Miejskiego, ale nie chodziło o pokemony, tylko o rowerzystów jeżdżących ulicą Szeroką. Po tym, jak spacerując deptakiem minęła mnie i idący obok patrol, grupa rowerzystów, zapytałam Strażnika Miejskiego, czy czasem, to nie jest tak, że tu jeździć rowerem nie można. Przytaknął. Zatem dlaczego ich nie upomniał? „Dostaliśmy taki przykaz, ale wie pani, ich się nie da wszystkich złapać…” Pomyślałam, że chyba panowie mają nadzieję na zawarcie jakichś miłych znajomości na służbie, a ostre pouczanie mogłoby to utrudnić. Ale po chwili dodał: „Albo powiedzą, że tam z Garbar wyjechali, i że mogą. I co?” W tym samym momencie przejechała trójka na rowerach miejskich, nie jechali ani z Małych, ani z Wielkich Garbar, jechali dostojnie z Rynku Staromiejskiego. Wyglądali tak, jakby rower miejski miał specjalną przepustkę na główny deptak. A może ma, tylko ja po prostu nic o tym nie wiem?
Rowerzyści na Szerokiej to spory problem, szczególnie, że w sezonie deptak pusty nie jest i o potrącenia nietrudno. I nie jest istotne, czy ktoś jedzie szybko czy wolno, prosto czy slalomem, zakaz jest zakaz. Trochę dziwi mnie brak reakcji służb mundurowych w egzekwowaniu tego zakazu i narażaniu spacerujących, w tym sporej części turystów, na niebezpieczeństwo. Może faktycznie błędem było dopuszczenie możliwości przecinania deptaka, bo widać, że otworzyło to furtkę do przyzwolenia na poruszanie się po całej długości Szerokiej. Jestem bardzo ciekawa, czy podczas zbliżającego się festiwalu Skyway rowerzyści też będą szusować pośród tłumu, a mundurowi w tym czasie będą rozkładać ręce, że wszystkich nie da się złapać. Pokemonów też podobno wszystkich nie da się złapać, ale wielu próbuje.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  16.08.2016

wtorek, 9 sierpnia 2016

Maria z Wodzińskich Orpiszewska przyciąga do Kłóbki


Do dworu w Kłóbce wybierałam się od roku, dokładnie od chwili otwarcia przez Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku tego odrestaurowanego obiektu. Bardzo byłam ciekawa, jak wygląda dziś to podniesione z ruiny miejsce, w którym ostatnie lata życia spędziła narzeczona Chopina. Nie rozczarowałam się. Dwór już z daleka wygląda okazale, a gdy wejdzie się do środka, to nie ma się wątpliwości, że to perła Kujaw. Wnętrza zostały odtworzone z niezwykłą starannością, przywołując stan sprzed drugiej wojny światowej, tak jak zapamiętała je Antonina Orpiszewska, wdowa po ostatnim właścicielu majątku. Z dawnego dworu zachowało się zaledwie kilka obrazów, tak też wszystkie meble oraz inne eksponaty, które przywołują dawny klimat tego miejsca, są efektem żmudnej, poszukiwawczej pracy muzealników. Przyznam szczerze, że byłam pod sporym wrażeniem pracy Krystyny Kotuli, autorki wszystkich ekspozycji w tym miejscu. To dzięki niej, przechodząc przez kolejne pomieszczenia, nietrudno wczuć się w atmosferę ziemiańskiego dworu początków ubiegłego wieku, a przy okazji odbyć krótką lekcję historii naszego kraju zapisaną w dziejach kilku pokoleń rodu Orpiszewskich. Mamy tam powstańców, od kościuszkowskich do warszawskich, uczestników Wielkiej Emigracji, zesłańców, pisarzy, ale mamy tam też i ją, Marię Wodzińską primo voto Skarbkową secundo voto Orpiszewską. Niewątpliwie to właśnie ona jest dla wielu tym magnesem, który przyciąga do Kłóbki. Narzeczona Chopina, muza Słowackiego, malarka, fortepianistka, wyjątkowa kobieta swojego czasu, legenda. W końcu doczekała się miejsca, gdzie gromadzone są pamiątki po niej. W różowej sali spogląda na widzów eterycznie z portretu i miałam wrażenie, że ciągle jeszcze próbuje uwodzić. A to kawałkiem koronki brabanckiej z wyprawy ślubnej, a to subtelnym nożykiem do listów z monogramem, a to karnecikiem balowym. Takie okruchy materialnych śladów, jakie zostawia nam, potomnym w muzealnej gablocie romantyczna muza. Ale Wodzińska, to nie tylko muza, to też artystka i jej prac nie mogło zabraknąć w tym miejscu. Znajdziemy tam też zdjęcia starszej pani, tak to też ona, na ganku w Kłóbce, jakże niepodobna do tej młodej panny, o której Słowacki pisał czarnobrewa. Pamiątek po Marii wciąż przybywa i już w niedługim czasie ekspozycja ma powiększyć się o odnalezione jej listy pisane z Florencji i Kłóbki. Myślę, że to może być niezła gratka dla badaczy romantyzmu. Kto wie, co jest w tych listach?
Muszę natomiast rozczarować tych, którzy zamierzają wybrać się do Kłóbki, by szukać śladów Chopina. Czy Fryderyk tam był? Niewykluczone, ale z pewnością nie spotykał się w rozłożystym parku, nad zarośniętym stawem ze swoją narzeczoną Marią. Nie mógł tego robić z prostej przyczyny, Wodzińska lub może lepiej już wtedy Orpiszewska, osiadła tam po śmierci kompozytora. Miejscowi opowiadali mi, że ostatnio coraz więcej przyjezdnych pyta, gdzie tu chodził Chopin i czy to prawda, że w dworku jest jego ręka. Nie ma, zapewniam.
Dworek w Kłóbce zawsze słynął z gościnności i mimo tylu zawirowań losu, to się nie zmieniło. Wiem, że jeszcze tam wrócę i szczerze polecam, bo warto przejechać te kilkadziesiąt kilometrów, by zobaczyć perłę Kujaw osobiście.

 Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  09.08.2016

wtorek, 2 sierpnia 2016

Ekspresowa wycieczka po toruńskich lokalach w poszukiwaniu małej czarnej


„Cywilizacja zaczyna się tam, gdzie podają kawę z ekspresu ciśnieniowego.” Nazwisko autora tej myśli, niestety, uleciało mi w tej chwili z pamięci, ale zdanie to, niczym sentencję, powtarzałam jeszcze nie tak dawno, za każdym razem, gdy w odwiedzanych miejscach, poszukiwania dobrze zaparzonej kawy kończyły się fiaskiem. Co ciekawe, w tamtym czasie, najlepsze espresso piłam nie gdzie indziej, ale na pustyni. Dziś w prawie każdej, nawet najmniejszej gastronomii, ekspres ciśnieniowy, mniej lub bardziej profesjonalny, stoi, więc mogłoby się wydawać, że eldorado dla miłośników kawy znacznie poszerzyło swoje granice i jest na wyciągnięcie ręki. Nic bardziej mylnego. Sam fakt obecności takiego urządzenia wcale nie gwarantuje, że w tym miejscu podadzą nam espresso z cremą, czyli słynną pianką, która świadczy o dobrze zaparzonej kawie. A jeszcze nie tak dawno ekspres ciśnieniowy w lokalu był gwarancją wypicia małej czarnej o odpowiedniej mocy i konsystencji. Dziś bywa z tym różnie. Mam wrażenie, że wysyp ekspresów ciśnieniowych nie podniósł jakości serwowanej kawy, lecz wręcz przeciwnie, spopularyzował i zaczyna utrwalać, nie za wysoki poziom podawania tego trunku, często wynikający z braku elementarnej wiedzy baristycznej. Czasami, gdy kelnerka podaje mi niewłaściwie zaparzoną kawę, co widać już po śladowej cremie lub jej braku, pytam, czy uważa, że ta kawa jest dobra? I prawie zawsze pada odpowiedź twierdząca z powołaniem się na dobry ekspres, który w jej mniemaniu nie może przecież parzyć kawy złej. Dość szybko jednak zmienia zdanie, gdy niczym w telewizyjnym show kulinarnym, sugeruję, aby spróbowała, czy na pewno jest dobra, wtedy pośpiesznie przynosi drugą, często zdecydowanie lepszą, choć niestety nie zawsze. I po co ta cała heca? Bo co jak co, ale źle zaparzona kawa w kawiarni, to jak zwiędłe kwiaty w kwiaciarni, nawet najlepsze wstążki nie dodadzą im świeżości.

A jak wygląda jakość małej czarnej w toruńskich lokalach? Bardzo różnie. Na mojej subiektywnej liście są tylko cztery miejsca, które mogę polecić w ciemno, bo nie zdarzyła mi się tam żadna kawowa wpadka w ostatnim czasie. Crema jest tam zawsze prawidłowa, a kawa po prostu dobra. To Atmosphera, kawiarnia u Lenkiewicza, Prowansja i cafe pARTer w CSW. Ta ostatnia jest też całkiem przyjazną przestrzenią, żeby poczytać książkę lub popracować. Idealną sytuacją dla mnie byłaby ta, w której w ulubionych miejscach, mogłabym też wypić dobrą kawę, ale niestety nie zawsze tak jest. Lubię patio cukierni Sowa, widok z kawiarni Queensland, czy wnętrze Coffe&Whisky, ale przyzwyczaiłam się już do tego, że z jakością zaparzonej tam kawy jest trochę, jak z wygraną na loterii fantowej, przeważnie się trafia, ale bywa, że nie. Największe jednak rozczarowanie ostatniego czasu, to kawa w dopiero co otwartych Różach i Zen. Tak źle sparzonej kawy nie spodziewałam się po tym miejscu. I choć radość z możliwości spędzania czasu w tym klimatycznym lokalu była spora, to dwie kawy ten entuzjazm znacznie ostudziły. Szkoda. Oczywiście jest sposób, by te niedociągnięcia baristyczne przysłonić, wystarczy wlać do espresso nieco spienionego mleka. Tylko że wtedy to już nie będzie ta mała czarna, której szukamy.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  02.08.2016

wtorek, 26 lipca 2016

Toruń, którego nie ma, czyli wspomnienia chłopaka z Mokrego

Miasto, którego już nie ma, ocalić mogą tylko wspomnienia. Dzielnicę i ulicę również. Taką refleksję miałam w ubiegły piątek po spotkaniu z Mieczysławem Wilczewskim, autorem książki „Mój Toruń. Wspomnienia chłopaka z Mokrego”. Było to wyjątkowe spotkanie. Wcale nie tylko dlatego, że sala widowiskowa Domu Muz była wypełniona po brzegi, co zdarza się niezwykle rzadko, gdy mamy do czynienia z zupełnie nieznanym autorem. Ale tego popołudnia zobaczyłam, jak bardzo ważny i wciąż żywy jest kawałek Torunia, którego już praktycznie nie ma i jedyna przestrzeń, w której może jeszcze przetrwać i wciąż istnieć, to pamięć, bezcenne źródło dla wspomnień. Miałam wrażenie, że spora większość uczestników tego spotkania znalazła się tam przygnana tęsknotą, tyleż za minionym czasem, co za swoją dawną dzielnicą, która systematycznie od kilku lat jest poddawana nowoczesnej przebudowie i zarówno jej historyczny charakter, jak i szczególny duch, jest już tam ledwie dostrzegalny. Książkę Mieczysława Wilczewskiego można traktować, jako swoisty wehikuł czasu, który przenosi czytelnika o prawie pół wieku do tej dzielnicy słynącej z pruskich murów, ogrodów i piekarni. Opowiada on o tamtejszym życiu codziennym i zwyczajach, swoim dorastaniu wśród kolegów i sąsiadów. Nic tam nie jest fikcją. Wszystkie osoby, miejsca i sytuacje były naprawdę i może dlatego ta opowieść tak mocno poruszyła ludzi związanych z Mokrym, bo podczas spotkania dorzucali swoje kawałki wspomnień. Przypominali znanych i charakterystycznych mieszkańców, odtwarzali nieistniejące domy, sklepy, a przede wszystkim klimat. Była na tej sali atmosfera nieprawdopodobnej wspólnoty ludzi połączonych miłością do swojego kawałka miasta, którego już właściwie nie ma w tym kształcie, jaki pamiętają, a jaki wciąż żyje w nich. W ich głosach pojawiał się też cień smutku, że muszą patrzeć, jak domy z pruskiego muru, które kiedyś królowały w ich dzielnicy, stanowią teraz kłopotliwy element pośród wybujałych nowoczesnych domów. Za słowami nostalgii kryła się niezgoda na to, że prawie bezrefleksyjnie burzy się te pruskie mury, jako zbędne rudery, nie dostrzegając w nich wartości, jaka bezpowrotnie odchodzi.
Kilka dni temu przez moje mieszkanie przetoczyła się grupa majstrów, którzy to wymieniali instalację grzewczą, przesuwali meble, wiercili w ścianach, montowali nowe urządzenia, jak to przy remoncie. W pewnym momencie zobaczyłam, jak jeden z nich, co jakiś czas zatrzymuje się w pokoju, patrzy na mój odnowiony przedwojenny stół z krzesłami i zamyśla się. Zapytałam, co się stało. On na to odpowiedział: „Wie pani, też miałem kiedyś stare meble po dziadkach, duży kredens i taki stół z krzesłami. Myślałem, gdzie ja to wezmę do bloku. Zniszczone już trochę były. Porąbałem i spaliłem. A tu patrzę, jak ten stół ładnie wygląda z tymi nowymi meblami. Ech… I wie pani co, jakoś bardzo teraz żałuję.”
 
Zastanawiam się, czy do tych, którzy od kilku lat podejmują decyzje o burzeniu domów z pruskiego muru, by śladu po nich nie było, kiedyś przyjdzie taka refleksja, jak do tego majstra. Niewykluczone, że tak się stanie, gdy w ostatnim takim domu, będą na otwarciu muzeum pruskiego muru, ale wtedy też pozostanie im tylko westchnienie.
 
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  26.07.2016

środa, 20 lipca 2016

Kolorowe jarmarki na poczcie? Owszem, choć wakacyjną widokówkę też tu nadal nadasz.

Kto z nas lubi dostawać kartki pocztowe z podróży? Dziwne pytanie, prawda? Wiadomo, że większość. A kto z nas jeszcze wysyła takie kartki? Cisza? Nie słychać przekrzykujących się głosów, co najwyżej wspomnienia, kiedy to się ostatnio taką wysłało, dostało. Co wcale nie znaczy, że nie informujemy znajomych o naszych wakacyjnych podróżach. Przeciwnie, prześcigamy się w publikacji zdjęć z odwiedzanych miejsc w mediach społecznościowych. Wysyłamy też smsy z pozdrowieniami. Ale widokówki? Rzadko. Dlaczego? Tu nie ma jednej odpowiedzi. Ba, czasem trudno w ogóle wskazać jakiś konkretny powód, bo cóż to może być, brak czasu, poczty, znaczków. Na niedobór kartek trudno narzekać. Ktoś dopowie, wysłał, a ona nie doszła, więc teraz już tego nie robi. Gdyby dopytać skąd nie doszła, być może, okazałoby się, że z jakiejś małej wyspy na odległym oceanie, co tylko składa się na ten drobny wyjątek, który zdarza się zawsze, a nie na argument przeciwko wysyłaniu widokówek. Lubimy dostawać kartki z podróży, ale sami wysyłamy je bardzo rzadko lub wcale. Z drugiej strony liczymy skrycie na to, że ktoś z przyjaciół będzie jednak na tyle uprzejmy, że prześle nam ładny widoczek z ostemplowanym znaczkiem do skrzynki pocztowej, zamiast smsa. Niestety, coraz częściej są to nadzieje płonne. W takim razie może wysyłać kartki z podróży do siebie? Ekstrawagancja? Być może. Czytałam ostatnio o parze, która od lat wysyła kartki pocztowe ze swoich wakacyjnych podróży do siebie. Na pytanie, skąd pomysł na takie działanie, odpowiedzieli, że te pocztówki są dla nich specyficznym pamiętnikiem, oryginalną próbą uchwycenia chwil, zapisem emocji w odwiedzanych miejscach. Jest to jakiś pomysł, nawet bardzo sympatyczny, niewykluczone, że znajdzie naśladowców, choć szczerze mówiąc, bliższa jest mi jednak tradycyjna koncepcja przesyłania kartek pocztowych od siebie, do kogoś innego niż ja. Tak, żeby to była dla tego kogoś prawdziwa niespodzianka w skrzynce. Zatem może w tym roku ruszając na wakacje, ruszymy też na pocztę z kartką, a może nie tylko jedną. Gdziekolwiek będziemy w kraju, czy za granicą. Choć muszę, w tym momencie, uprzedzić tych pierwszych, szczególnie gdy dawno nie odwiedzali budynków poczty. Aktualnie nie są to miejsca, które, zapewne, mają w pamięci. I rzecz dotyczy nie tylko naszego miasta, ale każdego urzędu pocztowego w kraju. Zdaję sobie sprawę, że niektórym może się w pierwszej chwili wydawać, że pomylili poważną instytucję z odpustowymi straganami, otóż nie. To nadal poczta, tyle że jej ofertę ubogacono w ostatnim czasie. Poza prasą, książeczkami i poradnikami znajdziemy też rozmaite produkty, które gdyby szukać na nie jednego określenia, byłoby to przysłowiowe mydło i powidło. Jeśliby trudność sprawiało nam odnalezienie, pośród tego blichtru, znaczków na naszą kartkę, to nie należy się tym martwić, pani w okienku na pewno wyda nam odpowiednie. Choć zanim tak się stanie, trzeba się przygotować, że najpierw zapyta nas uprzejmie, czy nie chcemy przepisów na 100 sałatek lub może życzeń na chrzciny. Nie złośćmy się, to nie jej wina, nie ona to wymyśliła. I niech nas ta jarmarczność, mimo wszystko, nie zraża. Wyślijmy w tym roku kartkę z wakacji, nie smsa.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  19.07.2016

wtorek, 12 lipca 2016

Jedna scena na rynku to mało, za mało, postawmy więc dwie


Od przybytku głowa nie boli, jak mawia stare powiedzenie, ale z kolei inne dopowiada, że każdy nadmiar szkodzi. Niby lepiej mieć dwie sceny, niż jedną, ale gdy obie stoją w odległości zaledwie kilku metrów od siebie, zwrócone frontami, to może wtedy faktycznie jedna by wystarczyła. W ubiegłą sobotę, idąc przez Rynek Staromiejski, taki to osobliwy widok właśnie ukazał się moim oczom, dwie sceny naprzeciwko siebie. Czyżbyśmy doczekali się kiełkującej wersji toruńskiego Openera, dwie sceny, jedna główna, druga offowa? Nadużywam kąśliwości? Możliwe. Przyznam się, że taką sytuację, nie tak dawno, nakreśliłam w nieco złośliwym żarcie, komentując lokalizowanie wszystkich imprez, czasem jednocześnie, na placu pomiędzy Ratuszem a kościołem św. Ducha. Gdy zobaczyłam ten obrazek, jak wydarza się naprawdę, to wcale nie było mi do śmiechu. Na jednej ze scen trwał właśnie koncert w ramach festiwalu Celtycki Gotyk, druga stała pusta. To ta scena, którą TAK nazywa letnią sceną i zaprasza na nią w lipcu, między innymi, debiutujące zespoły. Nie wykluczam, że organizatorzy Celtyckiego Gotyku, w jakieś części swojej imprezy, korzystali faktycznie z dwóch scen jednocześnie, a może zwyczajnie na swój festiwal postawili drugą scenę, bo zespoły nie mieściły się na mniejszej, tego nie wiem. Tak czy siak, wyglądało to kuriozalnie.
Zastanawiam się tylko, po co była budowana plenerowa scena przy CKK Jordanki, po co amfiteatr w Etnograficznym, po co kameralna scena przy Baju? Wymieniać dalej? A może wskazać miejsca, które rozstawiana sezonowo scena mogłaby ożywić? Po co? Skoro i tak będziemy mieli Rynek Staromiejski zastawiony permanentnie sceną, a nawet dwiema, a z czasem może i trzema jednocześnie. Na bogato. Nie zmieszczą się? A turyści niech się przeciskają pomiędzy foliowymi budami i metalowymi konstrukcjami, niech kombinują, jak tu strzelić sobie fotkę, by uwiecznić, choć kawałek wiekowego muru bez szpetnych dodatków. O mieszkańcach i niektórych przedsiębiorcach w tym kontekście wspominać nie będę, ich argumenty od trzech lat na nikim nie robią wrażenia.
Jednak coraz śmielej w dyskusjach o Starówce pojawia się to pytanie, czy faktycznie, wszystkie imprezy, jak leci lub które pierwsze zarezerwują miejsce, należy sadowić w przestrzeni Rynku Staromiejskiego. Czy nie jest ich już tam czasem za dużo? Żeby było jasne, nie kwestionuję w tym momencie lokalizacji celtyckiego festiwalu, prędzej moją wątpliwość budzi postawienie letniej sceny na cały miesiąc. Czy faktycznie musi ona stać przez lato na rynkowym bruku? Mamy tyle wspaniałych, letnich miejsc przystosowanych do występów. Scen, na które warto zapraszać artystów, tych początkujących również. O przestrzeniach do zaadaptowania w ogóle nie będę tu wspominać. Zatem wydaje mi się, że po tym sezonie czas pomyśleć, na poważnie, o selekcji imprez, które odbywają się na reprezentacyjnym placu miasta. Czas, by za porządek lub chaos imprezowy na Starym Mieście odpowiadała ostatecznie jedna instytucja lub wydział UM. Żeby nikomu nie rodziło się w głowie pytanie, czy leci tu z nami jeszcze jakiś pilot? Czy może dryfujemy już bezwładnie z prądem?
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  12.07.2016