Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wystawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wystawa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2018

Toruńskie podwórka po 40 latach znowu w galerii


O wystawie fotografii, która została zdjęta kilka godzin po wernisażu, słyszałam jakiś czas temu od znajomej. Opowiadała o czasie swoich studiów, gdy razem z Wacławem Górskim w kole naukowym przy Instytucie Zabytkoznawstwa i Konserwatorstwa UMK dokumentowali stan podwórek toruńskiej starówki. Finałem tych prac była wystawa „Toruń – miasto nieznane”. To właśnie ta ekspozycja okazała się na tyle kontrowersyjna, że musiała zniknąć co prędzej ze ścian galerii BWA w grudniu 1978 roku. Zastanawiałam się, co musiało być wtedy tak gorszącego, wstydliwego i poruszającego w obrazie starówkowych podwórek, że ówczesne władze miejskie zareagowały cokolwiek gwałtownie. Gdy przyłożyć do tego kontekst, że Toruń w drugiej połowie lat siedemdziesiątych był świeżo po renowacyjnym liftingu z okazji 500-lecia urodzin Kopernika, może być zrozumiałe, że włodarze na kwestie wizerunku byli szczególnie wyczuleni. A co było na tych zdjęciach, jaką prawdę odsłaniał surowy realizm, że nie wytrzymał konfrontacji z nią obowiązujący obrazek z pocztówek, możemy zobaczyć dziś w Małej Galerii Fotografii ZPAF na wystawie „Toruń – miasto nieznane II”. Ta dwójka w tytule sugeruje drugą odsłonę ekspozycji, ale też i kontynuację, mamy zatem w jednej wystawie jakby dwie. Obok wspomnianych już zdjęć podwórek Wacława Górskiego, które w oryginalnych passe-partout wróciły do galerii po czterdziestu latach, wiszą współczesne ujęcia tych samych miejsc autorstwa Andrzeja Skowrońskiego. I co ciekawe, ten współczesny zapis ma podobną perspektywę, podobne ustawienie aparatu i podobną pochmurną aurą. Tylko czy na tym podobieństwa się kończą? Są miejsca, które przeszły tak głęboką transformację, że trudno je poznać, wysprzątane, zaaranżowane na kawiarniane patio lub miejsca do rekreacji. Jednak niemała część podwórek zarejestrowanych czterdzieści lat temu, wygląda dziś, jakby były odbite w lustrze, zakonserwowane. Istna pętla czasu. Co prawda z niektórych miejsc zniknęły schody i balkony, ale farba tak samo łuszczy się z przybudówek, kosze na śmiecie, jak stały tak stoją, tylko drzewa, te co przetrwały, zdecydowanie są okazalsze. Trochę, jakby w tych wąskich przesmykach chował się duch miasta, którego już nie ma, którego z głównych ulic skutecznie przepędzono. Patrząc na te zdjęcia, można bez wielostronicowych opracowań zrozumieć, że rewitalizacja, to proces złożony i nie ma na nią jednej recepty, w której za zmianą fasady postępuje metamorfoza całej kamienicy. Niekoniecznie. Z drugiej jednak strony, może taki nieuporządkowany, mały kontrapunkt w tej turystycznej dzielnicy jest niezbędny dla jakiegoś balansu.
Polecam zajrzeć na tę wystawę, bo choć to fotografia dokumentalna, to poezji tam też całkiem sporo.


Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  06.11.2018

piątek, 12 października 2018

Historia małżeństwa Steinbornów to materiał na film


W Muzeum Historii Torunia możemy oglądać wystawę „Helena i Otton Steinbornowie. Dobro Rzeczpospolitej – najwyższym prawem”. To opowieść o małżeństwie niemieckiego lekarza i polskiej patriotki, które miało niemały wpływ na historię Torunia w pierwszej połowie dwudziestego wieku, a jakoś w ostatnim czasie umknęli z naszej zbiorowej, miejskiej pamięci. Wystawa przywołuje ich postaci i pokazuje, że życie tej pary stanowi doskonały materiał na film i to niekoniecznie dokumentalny. Otto Steinborn był tym, który w 1920 roku witał Błękitną Armię z pułkownikiem Stanisławem Skrzyńskim na czele i został pierwszym, komisarycznym burmistrzem po odzyskaniu niepodległości. Jego żona zaś, przyczyniła się do tego, że miasto przybrane odświętnie w bramy i orły na przybycie wojska w ciągu jednej nocy z pruskiego zmieniło się w polskie. Ta symboliczna i wręcz legendarna scena to pierwsze i często jedyne skojarzenie ze Steinbornami, a rozdział związany z niepodległościowymi dążeniami jest może obszerny, ale nie jedyny. Historia tego małżeństwa to również wątki związane z działalnością społeczną i charytatywną, kulturalną i oświatową. Gdy patrzy się na materiały zgromadzone na tej wystawie, można odnieść wrażenie, że nic istotnego w mieście nie wydarzało się bez udziału Heleny i Ottona. Nie brakuje też pierwiastka romantycznego spinającego całą opowieść, bo związek tych dwojga zaczął się od pioruna, czyli miłości od pierwszego wejrzenia, która spadła na młodego lekarza w Aptece Radzieckiej.
Wystawa idealnie wpisuje się w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Patrząc na nią z tej perspektywy, to historia małżeństwa Steinbornów jest w szerszym sensie symboliczna. Zbiegają się w niej motywy podobne dla losów wielu rodzin pomorskich, gdzie kultura niemiecka wchodziła w mariaż z polską i kategoryczne opowiedzenie się po jednej ze stron nie było czasem ani tak oczywiste, ani też nie pozostawało bez konsekwencji. Gdyby Otton dożył września 1939 roku, byłby jednym z pierwszych rozstrzelanych przez Gestapo. Na spotkaniu przy tej wystawie z wnukiem Steinbornów, jedna z uczestniczek była delikatnie zdumiona i trochę zniesmaczona postawą Ottona, który według niej jako rodowity Niemiec „porzucił” swoją kulturę na rzecz polskości. Pewnie i można by sformułować taki osąd, gdyby wyciąć los Ottona z czasu, w którym żył, z kontekstu politycznego i z faktu, że pochodził z rodziny mieszanej, jego matka była Kaszubką, a to wszystko razem trochę jednak zmienia punkt widzenia. Dlatego warto obejrzeć wystawę poświęconą Steinbornom, bo w niej widać też, że pod niemieckobrzmiącym nazwiskiem może kryć się sporo polskiego ducha.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  09.10.2018

piątek, 24 sierpnia 2018

Grecka plaża i płonąca podłoga w Muzeum Kopernika


Co byśmy zrobili bez Kopernika? Gdyby tak jakimś zrządzeniem losu i historii nie urodził się on w naszym mieście, a tak na przykład w Krakowie czy na Śląsku i nie był już taki nasz? Jakiegoż patrona szukałaby wtedy uczelnia, fabryka, sklepy czy hotele? Z pewnością gotyk przetykany piernikami byłby wystarczającym magnesem dla turystów, jednak trudno sobie wyobrazić, że Kopernika nie ma przy ratuszu. O jedno muzeum byłoby też mniej. I o ile poprzednią wersję Muzeum Kopernika można by jakoś przeboleć, to brak jego najnowszej odsłony byłaby faktycznie nieodżałowany. Kto jeszcze nie widział, powinien koniecznie to nadrobić. Muzeum po remoncie, w porównaniu z tym, co znaliśmy, spokojnie można określić przełomem w duchu kopernikańskim. Zaskoczeń jest tam sporo. Rozgwieżdżone niebo w muzeum astronoma, choć zachwyca,  nie dziwi zupełnie, ale nagłe przenosiny na grecką plażę czy płonąca podłoga zdecydowanie oszołamia. Wystawa może robić wrażenie nieco eklektycznej, przetykana multimediami, artefaktami i drobnymi rekonstrukcjami łączy wiele wątków i kilka technik narracyjnych. Same losy Kopernika i jego rodziny są tylko jednym z motywów, który prowadzi nas przez wyremontowane sale toruńskiego muzeum. Spora część ekspozycji to opowieść o życiu w mieszczańskiej kamienicy i samym mieście w czasach Hanzy, okraszona takimi smaczkami, jak średniowieczna latryna czy wyłowione z morza beczki z gmerkami toruńskich kupców. W ekspozycję wpleciona jest też  historia rozwoju nauki wraz ze starożytnymi i średniowiecznymi wyobrażeniami wszechświata, a także dzieje odkryć geograficznych. Nie brakuje opus magnum, czyli motywu księgi, której wydanie drukiem zburzyło nie tylko ówczesny porządek świata, ale i najprawdopodobniej przyczyniło się do śmierci samego Kopernika.
Gdy w Muzeum Kopernika trwał jeszcze remont, byłam we Fromborku. Przewodniczka, jak usłyszała, że po muzeum oprowadza gości z Torunia, zaczęła boleć nad tym, że my nie potrafimy „dzielić” się Kopernikiem, że w ogóle nie wspominamy o jego fromborskim czasie, jakby całe życie był związany tylko z jednym miejscem, tym w którym się urodził. A oni przecież mówią o naszym mieście i pierniki sprzedają. Zaprosiłam ją wtedy do toruńskiego muzeum, gdy będzie już po remoncie, zapewniając trochę na wyrost, że nowa odsłona nie pominie tego szczegółu, że dorosłe życie i aktywność astronomiczną prowadził poza Toruniem. I faktycznie w nowej ekspozycji napomknięcie o tym fakcie, że przebywał we Fromborku, na sam koniec znajdziemy. A że drobne? No cóż, może faktycznie nie umiemy się „dzielić” Kopernikiem, bo co byśmy bez niego zrobili?

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  21.08.2018

piątek, 3 sierpnia 2018

Oczywista czy nieoczywista „Żeńska końcówka” w Wozowni


Marty Frej nie trzeba chyba przedstawiać. A tych, którym nazwisko Frej niewiele mówi, zapewniam, że widzieli jej artystyczne memy w internecie nie raz. Teraz w Wozowni można oglądać prace artystki w znacznie większych formatach i to na żywo. Marta Frej znana jest z tego, że komentuje bieżące wydarzenia i życie polityczne, jednak ta wystawa poświęcona jest wyłącznie kobietom. Pełna humoru gorzkiego, poruszającego i wywracającego. Zogniskowana wokół dostępności i interpretacji ich praw, faktycznej pozycji w społeczeństwie, ale też prawdziwemu widzeniu swojej roli. Sprowadzona symbolicznie do feminatywu, czyli „Żeńskiej końcówki”. A z żeńskimi końcówkami wbrew pozorom wcale nie jest dziś tak łatwo. Z oporem wchodzą do „słowobiegu”, wypełniając kobiecą energią tytuły i nazwy zawodów. Oglądając rysunki na wystawie, może wydawać się, że to takie proste, a nawet pozbawione wątpliwości, że mówimy kapitanka czy spadochroniarka. Bo niby zgodnie z jednym z tekstów umieszczonych na tej wystawie: „Jako kobieta powtarzam sobie, że mogę wszystko. Oprócz zapuszczenia wąsów…”, to jednak wcale nie jest to takie oczywiste, że każda pani chirurg powie o sobie chirurżka. Memy Frej oswajają z nowymi brzmieniami i są jak kropelki drążące skały wyobrażeń. Znam kobiety, które ciągle mają opór, by o sobie mówić filozofka, psycholożka czy socjolożka, choć nie brzmi to jakoś specjalnie niezwyczajnie. Nigdy nie przyznają się do tego publicznie, ale mają poczucie, że ta żeńska końcówka odbiera im nieco znaczenia i szereguje do tylnej ławki w zawodzie. Przypomina mi się też historia, którą na jednym ze spotkań autorskich przywoływała Sylwia Chutnik, opowiadając o sytuacji, gdy była inicjatorką akcji, by o kobietach, które walczyły w Powstaniu Warszawskim, mówiono nie żołnierze, ale żołnierki. Zdziwił ją stanowczy sprzeciw bohaterek. Dla nich przeformułowanie na żeńską końcówkę ośmieszało, odzierało je z powagi. Tak to odbierały. W ich pamięci żołnierka, to przed wojną była kobieta przy mężu, a one w powstaniu były równe mężczyznom. Zmiany w języku to nie tylko dodanie końcówki i korekta brzmienia, to transformacja myślenia. Dlatego żeńskiej końcówce trzeba dać czas i przestrzeń do ewoluowania tak jak dzieje się to teraz w Wozowni. I tak zastanawiam się, ile czasu minie, gdy o Elżbiecie Zawackiej powiemy generałka? Bo dziś na pewno nie. 
Poza pracami Marty Frej warto obejrzeć też dwie wystawy, które aktualnie wiszą w Wozowni. Bryły szukające punktu ciężkości, rozlewające się kształty i różowa kula w „Ciężarze  rzeźby”  Beaty Szczepaniak oraz porywający walc z „Trędowatej”, który towarzyszy melodramatowi zestawionemu z reklamową apoteozą słodyczy w „Z zewnątrz wszystko wygląda trochę inaczej” Martyny Kielesińskiej, to może nieewidentna, ale wciąż ta sama opowieść o kobiecie. Polecam.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  31.07.2018

czwartek, 7 czerwca 2018

„Wyspiański” w Toruniu, tego nie można przegapić!


Powszechny przekaz utrwalił legendę, że Wyspiański skupił się na pastelach i ołówku, a rezygnował z techniki olejnej, ponieważ był uczulony na biel ołowiową. Jest w tym sporo prawdy, ale być może, był to jedynie pretekst usprawiedliwiający wybór artysty. Jako uczeń Matejki nie zapożyczył od mistrza techniki, ale poszukiwał własnego języka. Niewykluczone też, że był świadomy swoich niedoskonałości warsztatowych i zawstydzało go, gdy porównywał się z innymi twórcami. Po wystawie prac Olgi Boznańskiej szczerze zapisał: „No, mój Boże i jak się tu teraz brać do malowania, kiedy panna Boznańska już tak świetnie maluje, jakże długo trzeba by czekać - zanim by się tak co wykonać umiało, a tu - kto wie - ile na wszystko mamy czasu”. I tak punkt ciężkości swojego talentu położył na kresce, którą doprowadził do perfekcji. Esencjonalność i uproszczenie w obrazowaniu świata i postaci. Skrót otwierający wachlarz znaczeń i odniesień, nasączony ekspresją i nieodłączną melancholią. Tak można w kilku słowach scharakteryzować prace plastyczne młodopolskiego twórcy. Trudno znaleźć osobę, która by nie znała choć jednej z nich. Wyspiański należy do grona tych artystów, których dzieła dość dobrze rozpoznajemy, ale i znamy głównie z reprodukcji. Teraz w Ratuszu Staromiejskim jest niezwykle rzadka okazja, by zobaczyć jego rysunki i szkice w oryginale. To wyjątkowa sytuacja, muzealnicy niechętnie eksponują papier, który jest tu głównym nośnikiem. Możemy oglądać prace zebrane praktycznie z całego okresu twórczego artysty. Między innymi portrety śpiącego Stasia i Ireny Solskiej, szkice do witraży wawelskich, ilustracje do przekładu „Iliady”, projekt plakatu do dramatu „Wnętrze”, cykl obrazów „Widok z okna pracowni artysty na kopiec Kościuszki”. Zatrzymana w kresce nostalgia i efemeryczność. Jakby za chwilę cały ten świat przedstawiony miał rozsypać się i prysnąć. Patrząc na te rysunki, można poczuć kruchość i ulotność talentu, którego nie udźwignęła epoka. A i teraz Wyspiańskiemu z nami wcale nie tak łatwo. Choć powszechnie uznany za czwartego wieszcza, to nie doczekał się swojego stałego miejsca. I raczej nie ma co na to liczyć, mimo że muzea buduje się ostatnio na potęgę. W teatrze pojawia się z rzadka. W galeriach bywa okazjonalnie. W ubiegłym roku minęło 110 lat od jego śmierci i ta rocznica była przyczynkiem do przypomnienia sobie o młodopolskim artyście. Wystawa, którą możemy oglądać w Toruniu, była wcześniej prezentowana w Stalowej Woli. A gdyby ktoś miał ochotę na więcej, to aktualnie w krakowskim Muzeum Narodowym można zobaczyć prawie pięćset dzieł artysty zgromadzonych w jednym miejscu. To wyjątkowy czas. Zatem „Wyspiańskiego” w Ratuszu Staromiejskim przegapić nie można.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  05.06.2018

czwartek, 24 maja 2018

Toruńscy rzemieślnicy na Rynku Staromiejskim

Pracę nad projektem „Chronione branże obszaru staromiejskiego Torunia w obiektywie artystów fotografików” twórcy skupieni w Związku Polskich Artystów Fotografików Okręgu Kujawsko-Pomorskiego rozpoczęli ponad rok temu. Toruńscy fotograficy: Justyna Rojek, Jacek Chmielewski, Marek Czarnecki, Zbigniew Filipiak, Stanisław Jasiński, Jacek Kutyba, Andrzej Skowroński wybrali 28 rzemieślników i na nich skierowali obiektywy. Teraz efekt tych działań możemy oglądać na wystawie plenerowej w zachodniej pierzei Rynku Staromiejskiego. Na planszach ustawionych w pobliżu pomnika Flisaka widzimy nie tylko twarze toruńskich rzemieślników, ale przede wszystkim ich warsztaty. Barber, cukiernik, fotograf, fryzjer, introligator, jubiler, kowal, kuśnierz, modystka, optyk, pieczątkarz, piekarz, szklarz, witrażysta, zdun. Niejednokrotnie osoby, które widzimy na zdjęciach, są nam znane, ale i bez trudu rozpoznajemy miejsca rozproszone po Starym Mieście, najczęściej w bocznych uliczkach. Te mikroreportaże wprowadzają nas na zaplecze zakładów, przyglądamy się pracy i podglądamy tajniki profesji. Na wystawie wśród prezentowych 15 branż, zabrakło mi szczególnie jednej, szewca. Mojego ulubionego rzemieślnika, pana Czesława z ulicy Żeglarskiej. Bez niego mieszkanie na Starym Mieście byłoby jeszcze bardziej nieznośne. To on ratuje obcasy moich i wielu setek innych butów. Pozdzierane przez wszechobecny bruk, podkleja, przybija, łata. Wszystko precyzyjnie i po mistrzowsku. Pan Czesław nie był chętny, żeby wystąpić w tym projekcie. Zapytałam go dlaczego. Odpowiedział: „ja jestem szewc, buty naprawiam, a nie gwiazda”. Niby tak, a jednak dla mnie jest gwiazdą wśród szewców. Jego obecność i działalność na Starym Mieście jest bezcenna. Podobnie jak wielu innych rzemieślników.
Tytułowe „branże chronione” skłoniły mnie do refleksji, jak w praktyce są one w  mieście ochraniane. Co robi się poza rozmowami o tym, że chronić warto? W jaki sposób zabezpiecza się i pomaga systemowo, by te niszowe zakłady nie zniknęły z przestrzeni Starego Miasta, ustępując miejsca kolejnym punktom z pamiątkami? Kartą rabatową Moja Starówka@? Ta wystawa jest niewątpliwie pretekstem do rozmów, ale i do szukania realnych rozwiązań. Wątek ochrony branż w obszarze staromiejskim pojawił się na śniadaniu biznesowym prezydenta z przedsiębiorcami, poprzedzającym otwieracie wystawy. Czy to pomoże rzemieślnikom? Chciałabym być optymistką. Odpowiedź jednak podsunęła mi już sama lokalizacja plansz tej wystawy. Niby są eksponowane w samym sercu Starego Miasta, ale na boku, na marginesie. Przyklejone do muru ratusza w jednym ciągu z pamiątkami. Schowane. Symboliczne to. A wystawę oglądać można przez najbliższy tydzień, do 30 maja.
 
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  22.05.2018

środa, 20 grudnia 2017

Apoteoza potrzebności rzeczy (nie)potrzebnych i (nie)pięknych


Przedświąteczne szaleństwo zakupowe właśnie zmierza do finału. Czas, gdy kupujemy od groma umiarkowanie potrzebnych i zupełnie zbędnych rzeczy właśnie osiąga zenit. W ubiegłopiątkowe przedpołudnie przemierzałam galerie handlowe. Przeciskałam się między marketowymi stojakami i koszami wypełnionymi po brzegi rozmaitym towarem. Mnóstwem towaru. Do tego w tle rozbrzmiewały piosenki z dzwoneczkami, dziewczęta w strojach anielic, choinki, światełka. Atmosfera prawdziwie świąteczna, rozpylona nad sklepem niczym zapach z atomizera,  miała mnie stymulować do wybierania znacznie większej liczby rzeczy, niż wcześniej planowałam. Bezrefleksyjne kupowanie, uleganie marketingowym przekazom, że nieustannie potrzebujemy nowych i jeszcze bardziej nowych przedmiotów stało się codziennością i natręctwem naszego czasu, nie tylko przedświątecznego. Mogłoby się wydawać, że łatwość, z jaką wymieniamy rzeczy na kolejne, świadczy o nieprzywiązywaniu się do nich, ale to tylko pozór, bo jest dokładnie odwrotnie, jesteśmy od nich uzależnieni. Uzależnieni od nadmiaru i niepotrzebności. I ten ulewające się z koszy towary, zamiast zachęcać mnie do zakupów, zaczął potęgować w mnie przekonanie o ich zbyteczności. To nie pierwszy raz, gdy myślę sobie, że toniemy w rzeczach, że często one nie tyle otaczają nas, ile oklejają i zabierają przestrzeń. I nie pierwszy to raz, gdy zadaję sobie pytanie, po co mi to, czy tamto i czy na pewno tego potrzebuję. Niby nic odkrywczego, jednak w świecie, w którym większość przedmiotów i sprzętów jest jednorazowego użytku, a na tym krótkim terminie przydatności opiera się spora część gospodarki, te pytania mogą okazać się szkodliwe społecznie.
Ten przedpołudniowe refleksje wróciły do mnie późnym południem podczas wernisażu wystawy w Muzeum Etnograficznym  „(Nie)potrzebne, (nie)piękne, (nie)cenne. Reaktywacja rzeczy”. Wystawy, która czyni bohaterami przedmioty, a dokładniej ich drugie życie. Cofa nas w czas, gdy rzeczy naprawiano. Pęknięte dzbanki drutowano, wytartą odzież cerowano. Gdy nieco zużyte przedmioty, zamiast trafiać na śmietnik,  zyskiwały nowe funkcje lub ulegały przetworzeniu, stając się częścią nowych sprzętów, czy nieoczywistych ozdób. Pomysł i czas tej ekspozycji wydaje się niezwykle trafiony. Z jednej strony można się nieźle ubawić, oglądając, jakie cuda wyczarowywano z drutów, kawałków opon, blaszek i czego tam jeszcze. Z drugiej strony, czytając opisy poszczególnych obiektów, wzruszyć. Bo ogromną siłą tej wystawy są właśnie opisy prezentowanych rzeczy, to one nadają kontekst i sens. Historie przedmiotów, to też opowieści o ludziach i ich losach. Gdy patrzy się pobieżnie na kolorową chustę w gablocie, można zachwycić się oryginalnym, orientalnym wzorem. Jednak gdy się jej przyjrzymy bliżej, to zobaczymy misterne połączenie tkanin i ściegów. Efekt wielu godzin pracy nieznanej, ubogiej komornicy z Kujaw, która na przekór biedzie postanowiła spełnić swoje marzenie i sama wykonała nie zwyczajną chustę, ale dzieło sztuki. I takich historii jest tam więcej. Zatem jeśli komuś w tej świątecznej bieganinie potrzeba chwili oddechu od nadmiaru, polecam wystawę w Muzeum Etnograficznym. Tam rzeczy do nas mówią, nie przytłaczają.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  19.12.2017

środa, 8 listopada 2017

Region w obiektywie Toruńskich Spacerów Fotograficznych


Toruńskie Spacery Fotograficzne od ponad siedmiu lat po prostu chodzą i fotografują. Tyleż samo czasu niektórzy zastanawiają się, jak to jest możliwe. Nie samo chodzenie i fotografowanie, bo to nie takie trudne, ale fakt, że grupa wciąż istnieje, spotyka się, dyskutuje, wymienia doświadczeniami, realizuje wystawy, wspiera indywidualne projekty koleżanek i kolegów. Inicjatywy nie rozsadziły dotąd ani wewnętrzne napięcia, ani wkradająca się zwykle z czasem rutyna czy wypalenie. Na koncie mają trzynaście wystaw, właśnie zapraszają na kolejną, czwartą w tym roku. W planach mają też wydanie drugiego albumu ze zdjęciami członków grupy. Ciągłość, wytrwałość i konsekwencja, te słowa chyba najlepiej charakteryzują działalność Toruńskich Spacerów Fotograficznych. Trudno szukać podobnych inicjatyw z takim stażem. To unikat nawet w skali kraju. A wszystko społecznie bez żadnych komercyjnych pokus i pomysłów, że może by nieco zarobić na jakiś warsztatach, jakichś sesjach lub może innej aktywności. Osiemdziesiąt dziewięć wspólnych spacerów tematycznych po toruńskich dzielnicach i regionie dla samej przyjemności fotografowania. Chodzą tak regularnie raz w miesiącu w poszukiwaniu dobrego kadru. Zapisują na fotografiach historię zarówno tę, której ślady już znikają, jak i codzienne tu i teraz, które pisze się gdzieś obok nas na niedostępnych podwórkach. Detalom potrafią nadać rangę symboli, a kompozycjami nawiązywać do malarstwa. Bawią się formą, kolorem. Wyłuskują z przestrzeni, to co bywa niewidoczne dla przechodniów. Oglądając ich zdjęcia, można dostrzec, jak dokument miesza się z poezją obrazu i reportażem, jak burzą utrwalone skojarzenia z miejscem, czy budynkiem. Przez te siedem lat Toruń został dzięki nim tak szczegółowo i detalicznie obfotografowany, jak chyba nigdy dotąd. Pokazali, że nasze miasto, to nie tylko pocztówkowe ujęcia staromiejskiego gotyku, ale że inne dzielnice są również fotogeniczne, do tego często nieznane. Dzięki nim nieoczywistość miejskiego piękna, ubrana w różne stylistyki, zyskała na wartości. I to jest nie tylko największe osiągnięcie grupy, ale też ich wyróżnik.

Najnowsza wystawa Toruńskich Spacerów Fotograficznych wykracza poza Toruń i pokazuje tym razem również inne miasta województwa, Bydgoszcz, Chełmno, Chełmżę, Ciechocinek, Grudziądz, Inowrocław i Włocławek. To portret regionu w interpretacji czterdziestu pięciu autorów w ponad stu ujęciach. Wernisaż wystawy „Kujawsko-pomorskie w obiektywie” już dziś w Dworze Artusa o godzinie 18.30 w ramach Forte Artus Festival.

 Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  07.11.2017

czwartek, 2 lutego 2017

Spieszmy się wspierać i doceniać rzemieślników


Kim jest szewc, czy piekarz nie trzeba tłumaczyć. A zdun czy modystka? Z tym może być już problem. Skąd tu wiedzieć, kto to zdun, gdy za ciepło w naszych mieszkaniach najczęściej odpowiadają wiszące na ścianie grzejniki z pokrętłem od jeden do pięć, a nie kaflowy piec z wnęką do podgrzewania talerzy i jabłek. Modystka natomiast, w pierwszym skojarzeniu, nie każdego tak od razu doprowadzi do kapelusza. Nie co dzień też odwiedzamy kuśnierza, czy introligatora. Podejrzewam, że wiele osób może żyć w przekonaniu, że popsutej torebki nikt już nie uratuje, buty owszem, naprawiamy, ale uszkodzona torebka, to do wyrzucenia. Gdy usłyszałam o projekcie „Chronione branże obszaru staromiejskiego Torunia w obiektywie artystów fotografików”, realizowanym przez twórców skupionych w Związku Polskich Artystów Fotografików Okręgu Kujawsko-Pomorskiego, pomyślałam, że inicjatywa doskonale trafia w czas. Stare Miasto coraz intensywniej zmienia swój charakter i niewykluczone, że jest to ostatnia chwila, by dokumentować, ale też i wspierać naszych rzemieślników. Szczególnie że niektórzy ze względu na niszowy charakter swojej działalności mogą za chwilę zaniknąć nam z oczu i przestrzeni miasta. A szkoda by było. W wielu przypadkach są to żywe historie profesji pisane rodzinnymi pokoleniami. Wartość bezcenna, trudna do oszacowania.
Barber, cukiernik, fotograf, fryzjer, introligator, jubiler, kowal, kuśnierz, modystka, optyk, pieczątkarz, piekarz, szklarz, witrażysta, zdun, to im poświęcony jest ten projekt, przedstawicielom branż wartych ochrony. To oni oprowadzają nas po światach schowanych często w bocznych uliczkach, za nienarzucającymi się witrynami. Twarze, które oglądamy na zdjęciach, wydają się znajome, bo od lat są częścią dzielnicy staromiejskiej. Każda z sesji jest małym reportażem, odrębną historią, wejściem do studia, do warsztatu, na zaplecze. Jest podglądaniem i poznawaniem jednocześnie. Chwytaniem atmosfery miejsca, ale też portretowaniem osób. Możemy towarzyszyć im przy pracy, obserwować w otoczeniu charakterystycznych narzędzi i atrybutów danej branży. Podziwiać siłę i energię kowala, skupienie i precyzję jubilera, optyka czy barbera. Podpatrywać jak z kulki ciasta powstają rogale i kajzerki, a z kolorowej masy zakręcone lizaki. Oglądając te fotografie, mam chwilami wrażenie, że poza kolorami emanują one również dźwiękiem i zapachem. Autorom zdjęć udało się uchwycić wyjątkowość oraz specyfikę poszczególnych profesji, a jednocześnie pozostawić w widzu ciekawość, by osobiście skonfrontował się z mikroświatem przedstawionym. Myślę, że taki też był jeden z zamysłów tego projektu, by poza dokumentowaniem, też zaintrygować, zaciekawić i promować samych rzemieślników. Przecież o tym, czy ich warsztaty wraz z unikatową działalnością przetrwają, czy znikną,  decydujemy my, korzystając z ich usług. Odnosząc buty do szewca, czy zepsutą broszkę do jubilera. Do listy prezentowanych rzemieślników ze Starego Miasta, myślę, że każdy jest w stanie dorzucić jeszcze kilku, a to szewca, może zegarmistrza, czy krawcową. Być może to postaci do kolejnej odsłony projektu, bo temat toruńskich rzemieślników jest wart popularyzacji.
Aktualnie efekt pracy fotografów możemy oglądać na stronie internetowej Związku Polskich Artystów Fotografików Okręgu Kujawsko-Pomorskiego. Czy zdjęcia te zobaczymy również na wystawie? Niewykluczone. Spieszmy się wspierać i doceniać naszych rzemieślników, by zbyt szybko nie zniknęli z przestrzeni miasta.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  31.01.2017

wtorek, 29 listopada 2016

Będąc twórcą i tworzywem, czyli zbiorowy autoportret w galerii


Selfie z autoportretem tyleż łączy, co dzieli. Nie trzeba tego chyba zbyt zawile tłumaczyć, bo mam wrażenie, że wyczuwamy różnicę pomiędzy obydwoma zjawiskami. Już na poziomie słowa, selfie nie stało się oczywistym zamiennikiem autoportretu, choć zdarza się, że nim bywa. Selfie to szybkie, spontaniczne ciach. Z ręki, z patyka, z wydętymi ustami i półprzymkniętymi powiekami, choć nie jest to obowiązkowe, na tle czegoś lub z kimś obok. Cyfrowy zapis chwili, ulatujący z pamięci nośnika czasem szybciej niż sama chwila. Jedno i drugie łączy z pewnością palec opadający na przycisk zapisz, zatrzymaj, uchwyć, ale zdecydowanie odróżnia intencja, z jaką ten palec dotyka miejsca zapisu. W tym drugim przypadku moment zatrzymania obrazu jest tylko momentem końcowym procesu kreacji. Sumą namysłu, wypadkową emocji, konceptem. Bywa, że czas występowania tego łańcucha składowych autoportretu pokrywa się z liczbą sekund potrzebnych do odpowiedniego ustawienia dzióbka na tle rozgwieżdżonego nieba i kawałka zabytkowego muru, ale nie jest to dostateczny powód, by postawić tu znak równości. Jeśli niezbyt jasno oddałam różnice pomiędzy tymi dwiema formami fotograficznego przedstawienia siebie, to warto wybrać się do Małej Galerii Fotografii ZPAF przy ulicy Różanej na wystawę „Tacy jesteśmy”, tam klarownie zobaczymy ten rozdźwięk.
Ta wystawa jest z jednej strony prezentacją artystów Okręgu Kujawsko-Pomorskiego ZPAF, z drugiej zaś trochę zapisem czasu, ale też i krótką lekcją historii fotografii w jednym. Różnorodność, jaką tam oglądamy, można nazwać mini przeglądem fotograficznych form, najczęściej będących pochodną estetycznych upodobań autorów. A sprawił to fakt, że ekspozycję scala temat, a nie technika, czy forma właśnie. Tytułowe, jacy jesteśmy dziś, jak widzimy siebie, jak chcemy pokazać innym, powoduje, że artyści otwierają przed nami swoje mikroświaty. Wpuszczają widza nieco na drugą stronę, jednocześnie umowną migawką puszczając do nas oko. A to żartują z siebie trochę lub też chowają się, jak tylko mogą za nieostrości, rozmycia, smugi, krople, drzewa. Budują niezbędny autodystans, dużo mówiący o nich, twórcach. Czasem brzmi to trochę tak: jestem, a właściwie to nie ja jestem lub mnie tu wcale nie ma. Patrząc na akt z autorem w tle, mam wrażenie, że tak właśnie mówi do mnie Zbigniew Filipiak odbity i rozmazany w lustrze na planie dużo dalszym niż drugi. Ale i z tej odległości hipnotyzuje i zatrzymuje niedopowiedzeniem. Z kolei patrzący prosto nam w oczy Dariusz Gackowski ze swojego klasycznego, czarno-białego autoportretu niczego nie kamufluje, nie chowa, nie nadbudowuje nowych treści, patrzy prawdziwe i magnetycznie zarazem.
Bohater z filmowego klasyka Marka Piwowskiego przekonywał nas w filozoficznym wywodzie, że nie może być jednocześnie twórcą i tworzywem. A jakże, w końcu chodziło o wolność wyboru. Jednak kluczem do tego, aby oba te zjawiska mogły zaistnieć jednocześnie, jest umiejętność znalezienia odpowiedniego dystansu. Tę właściwą odległość i perspektywę spojrzenia na fotografowany obiekt znaleźli twórcy, których prace znalazły się na wystawie „Tacy jesteśmy”. Jeśli ktoś ma ochotę się o tym przekonać, to warto zajrzeć do galerii przy ulicy Różanej.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  29.11.2016

wtorek, 9 sierpnia 2016

Maria z Wodzińskich Orpiszewska przyciąga do Kłóbki


Do dworu w Kłóbce wybierałam się od roku, dokładnie od chwili otwarcia przez Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku tego odrestaurowanego obiektu. Bardzo byłam ciekawa, jak wygląda dziś to podniesione z ruiny miejsce, w którym ostatnie lata życia spędziła narzeczona Chopina. Nie rozczarowałam się. Dwór już z daleka wygląda okazale, a gdy wejdzie się do środka, to nie ma się wątpliwości, że to perła Kujaw. Wnętrza zostały odtworzone z niezwykłą starannością, przywołując stan sprzed drugiej wojny światowej, tak jak zapamiętała je Antonina Orpiszewska, wdowa po ostatnim właścicielu majątku. Z dawnego dworu zachowało się zaledwie kilka obrazów, tak też wszystkie meble oraz inne eksponaty, które przywołują dawny klimat tego miejsca, są efektem żmudnej, poszukiwawczej pracy muzealników. Przyznam szczerze, że byłam pod sporym wrażeniem pracy Krystyny Kotuli, autorki wszystkich ekspozycji w tym miejscu. To dzięki niej, przechodząc przez kolejne pomieszczenia, nietrudno wczuć się w atmosferę ziemiańskiego dworu początków ubiegłego wieku, a przy okazji odbyć krótką lekcję historii naszego kraju zapisaną w dziejach kilku pokoleń rodu Orpiszewskich. Mamy tam powstańców, od kościuszkowskich do warszawskich, uczestników Wielkiej Emigracji, zesłańców, pisarzy, ale mamy tam też i ją, Marię Wodzińską primo voto Skarbkową secundo voto Orpiszewską. Niewątpliwie to właśnie ona jest dla wielu tym magnesem, który przyciąga do Kłóbki. Narzeczona Chopina, muza Słowackiego, malarka, fortepianistka, wyjątkowa kobieta swojego czasu, legenda. W końcu doczekała się miejsca, gdzie gromadzone są pamiątki po niej. W różowej sali spogląda na widzów eterycznie z portretu i miałam wrażenie, że ciągle jeszcze próbuje uwodzić. A to kawałkiem koronki brabanckiej z wyprawy ślubnej, a to subtelnym nożykiem do listów z monogramem, a to karnecikiem balowym. Takie okruchy materialnych śladów, jakie zostawia nam, potomnym w muzealnej gablocie romantyczna muza. Ale Wodzińska, to nie tylko muza, to też artystka i jej prac nie mogło zabraknąć w tym miejscu. Znajdziemy tam też zdjęcia starszej pani, tak to też ona, na ganku w Kłóbce, jakże niepodobna do tej młodej panny, o której Słowacki pisał czarnobrewa. Pamiątek po Marii wciąż przybywa i już w niedługim czasie ekspozycja ma powiększyć się o odnalezione jej listy pisane z Florencji i Kłóbki. Myślę, że to może być niezła gratka dla badaczy romantyzmu. Kto wie, co jest w tych listach?
Muszę natomiast rozczarować tych, którzy zamierzają wybrać się do Kłóbki, by szukać śladów Chopina. Czy Fryderyk tam był? Niewykluczone, ale z pewnością nie spotykał się w rozłożystym parku, nad zarośniętym stawem ze swoją narzeczoną Marią. Nie mógł tego robić z prostej przyczyny, Wodzińska lub może lepiej już wtedy Orpiszewska, osiadła tam po śmierci kompozytora. Miejscowi opowiadali mi, że ostatnio coraz więcej przyjezdnych pyta, gdzie tu chodził Chopin i czy to prawda, że w dworku jest jego ręka. Nie ma, zapewniam.
Dworek w Kłóbce zawsze słynął z gościnności i mimo tylu zawirowań losu, to się nie zmieniło. Wiem, że jeszcze tam wrócę i szczerze polecam, bo warto przejechać te kilkadziesiąt kilometrów, by zobaczyć perłę Kujaw osobiście.

 Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  09.08.2016