Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toruń - historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toruń - historia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 sierpnia 2018

Dwa toruńskie skanseny skupione wokół rzeki


Chyba nie ma drugiego takiego miasta, które miałoby aż trzy parki etnograficzne. Toruń ma i wieś w środku miasta i dwa skanseny położone na wyciągnięcie ręki od miasta. Do tego oba ulokowane w pobliżu rzeki i w jakimś sensie jej poświęcone. Skansen w Kaszczorku koncentruje się głównie wokół obiektów związanych z wodą, prezentuje narzędzia wykorzystywane w zawodach wodnych. Do tego umiejscowiony jest w dawnej zagrodzie rodziny, która żyła nie tylko z roli, ale i rybołówstwa. Możemy tam zobaczyć oryginalny prom, który kursował po Nogacie w Kępkach pod Elblągiem, wiaty nadjeziorne, tratwę flisacką i dwie barki mieszkalne. Jedna pochodzi z Winnicy i przez wiele lat służyła za dom pięcioosobowej rodzinie.
Natomiast otwarty niedawno Olenderski Park Etnograficzny w Wielkiej Nieszawce może w sposób nieoczywisty, ale też jest z rzeką sprzężony, bo to właśnie dzięki wyjątkowym umiejętnościom melioracyjnym osadnicy z Niderlandów poskramiali podmokłe tereny i żyli w symbiozie z wylewającą rzeką. I w tym wypadku również położenie parku nie jest przypadkowe, lokalizację wyznaczył zapomniany, menonicki cmentarz. Zagrody w parku olenderskim odtworzone są bardzo szczegółowo. Wchodząc do pomieszczeń, możemy sobie bez trudu wyobrazić, jak mogło wyglądać codzienne życie rodziny. Po jakie sprzęty sięgano tuż po przebudzeniu, w jaki sposób przygotowywano posiłki, jak spędzała czas nestorka rodu. Jednak nie tylko detale wyposażenia domów stanowią o wartości tego miejsca, w parku zrekonstruowano fragment wsi z charakterystycznym układem dla osadnictwa olenderskiego.
Każde z tych miejsc to inna opowieść o świecie i ludziach, którzy ubogacali nasz krajobraz, teraz są wspomnieniem, wyrugowani z jednej strony przez historię, z drugiej przez nieuchronny rozwój miasta. Menonici odeszli stąd ponad siedemdziesiąt lat temu, a mieszkańcy barki z Winnicy ponad czterdzieści. Polecam odwiedzić oba te miejsca, bo spacer wśród pamiątek czasu nie tak odlegle przeszłego przywołuje refleksję, że każdego roku z miejskiego krajobrazu topnieje bezpowrotnie coś, co dziś może przeszkadza, ale w pamięci pozostawia lukę.
I jak do osad olenderskich możemy jechać praktyczniej w każdej chwili, to skansen w Kaszczorku udostępniany jest indywidualnym zwiedzającym niezwykle rzadko. W najbliższe dwie niedziele (12 i 19.08), w godzinach 11:00 -16:00  jest wyjątkowa okazja, by odwiedzić to miejsce. Co prawda remont ulicy Turystycznej nie ułatwia dostania się do obiektu, do tego jadąc do Kaszczorka, nie znajdziemy żadnej tabliczki, która kierowałaby nas do skansenu. A szkoda. Jednak nie należy się tym zrażać, w drugą niedzielę można się tam dostać również rzeką.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  07.08.2018

czwartek, 10 maja 2018

Toruński praktyczny patriotyzm na stulecie niepodległości


Cykliczne konferencje zogniskowane wokół „Zabytków młodszego pokolenia”, czyli tych z XIX i XX wieku, wbijają coraz mocniej klin w myślenie o Toruniu, jako o miejscu, w którym wyłącznie obcujemy z „gotykiem na dotyk” w towarzystwie oczywiście Kopernika, przegryzając całość piernikiem. Toruński Oddział Stowarzyszenia Historyków Sztuki postawił sobie cel, by cyklicznie przybliżać i popularyzować wiedzę o budynkach i miejscach mniej znanych, niedocenianych, nierzadko degradowanych i niszczonych. Wszystko po to, by za wiedzą szło powszechne rozumienie tego, co zostawili nam poprzednicy nie tylko sprzed sześciu wieków, ale ci sto lat temu także. By poszerzać świadomość społeczną, co na naszych oczach zniknęło i ciągle znika z przestrzeni na rzecz nowego, niekoniecznie lepszego. By uwrażliwiać na pamiątki przeszłości nie tak odległej, bo są one nośnikiem dziedzictwa kulturowego, które dostaliśmy w pokoleniowy depozyt, a nie na absolutną własność. Pokłosiem każdego spotkania jest publikacja zbierająca materiały sesyjne, dotąd ukazało się sześć tomów z tej młodszej historii Torunia, jego zabytków i kultury. Najbliższe, siódme sympozjum odbędzie się w sobotę 12 maja w Centrum Dialogu - Bibliotece Diecezjalnej w ramach Europejskiego Roku Dziedzictwa Kulturowego 2018, tym razem pod tytułem „Praktyczny patriotyzm 1918/1920 - 2018. Różne odsłony”. Program skupiony jest wokół stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości z akcentem na fakt, iż zbiega się to wydarzenie z uzyskaniem przez Polki praw wyborczych. Oczywiście z uwagą, że Toruń owo stulecie od chwili, gdy władzę nad miastem przejęła administracja polska, świętować będzie dopiero za dwa lata.
Praktyczny patriotyzm w tytule konferencji otwiera pole do spojrzenia na to, jakimi pragmatycznymi formami działania po odzyskaniu niepodległości gruntowało się w naszym mieście państwo polskie. Jak zagospodarowywano przestrzeń publiczną, zmieniając nazwy ulic i bohaterów na pomnikach. Jak pozbywano się niechcianych zabytków i pamiątek. Jak zapładniano wyobraźnię zbiorową, używając sztuki i artystów do postępującej polonizacji. Z drugiej strony, w jakim stopniu usuwanie śladów niechcianego, pruskiego okresu w życiu miasta, pozostawało, mimo wszystko, zabiegiem kosmetycznym, inwazyjnym owszem, ale pozwalającym na łączność z czasem minionym. Zachowującym to, co lokalnie wyróżnia i stanowi wartość ponad przemijającymi systemami politycznymi. Po roku 1920 została przecież twierdza i niezmienna obecność wojska, które nadal miało realny wpływ na życie miasta. A i pierwsze uchwały rady miejskiej wpisywano w księgi, gdzie nagłówki druków ciągle jeszcze były w języku niemieckim. Na koniec organizatorzy chcą skłonić do refleksji, czy za współczesny, praktyczny patriotyzm można uznać dbanie o pamięć? Całościową, nie wybiórczą.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  08.05.2018

środa, 28 lutego 2018

Podziemny kawałek miasta nową atrakcją?



Lepszej promocji przyszłe Muzeum Twierdzy Toruń wymarzyć sobie nie mogło. I to zanim jeszcze ruszyły prace nad jego zagospodarowaniem. Nic tak nie rozpala ciekawości, jak nagle odkryte podziemne tunele, przejścia, pociągi czy… mosty. Wieść o tym, że drogowcy odkopali właśnie most, XIX-wieczny, podczas prac ziemnych przy rondzie Pokoju Toruńskiego, myślę, że już dziś można uznać za miejską sensację roku. Nikt się nie spodziewał, że takie cudo z wewnętrznego pierścienia umocnień twierdzy czeka zasypane warstwą ziemi, na odkrycie. Chociaż dla przeciętnego mieszkańca ta informacja bardziej niż ekscytację, mogła nieść obawy, że przez podziemną niespodziankę wydłuży się czas przebudowy placu Chrapka. To na szczęście już popłynęły uspokajające komunikaty, że remont toczyć się będzie dalej. Wszyscy, nie tylko miłośnicy fortyfikacji, mogą bez niepokoju poddać się euforii towarzyszącej temu odkryciu. Z wałbrzyskich doświadczeń wiadomo, że już samo domniemanie istnienia pod ziemią pociągu, może przynieść spore zainteresowanie i promocje w serwisach informacyjnych całego świata. Oczywiście do takiego zasięgu pociąg powinien być złoty. Ale i stalowy most zlokalizowany pod ziemią, myślę, że też by sobie nieźle poradził. Wiadomość, co prawda, w świat już popłynęła, ale jej zasięg zatrzymał się na razie na poziomie lokalnym. Szkoda nie wykorzystać takiej szansy. Pierwszy w tej sprawie odezwał się do mnie kolega z Pragi, który przeglądał toruńską prasę w internecie. „Macie most pod ziemią? Niesamowite. Kiedy będzie można to zobaczyć?” I dalej zaczęliśmy snuć wizję, że i teraz Toruń będzie miał swój kawałek podziemnego miasta, czyli podziemną trasę, jak Praga czy Kraków. Nie bardzo skupialiśmy się nad tym, gdzie by się zaczynała i dokąd wiodła, ale pomysł, że na bazie tego znaleziska mogłaby taka powstać, wydawał się nam oczywisty. Czyli jeszcze niby nic, a już są chętni, żeby oglądać. Na razie jednak drogowcy zabezpieczyli wejście i będzie ono dostępne jedynie dla potrzeb badawczych. Odkrycie jest na tyle świeże, że może jeszcze nie pora zadawać pytania, co dalej, a tym bardziej, kiedy ta trasa powstanie. Jednak to, że powinna powstać, jest myślą tak silnie narzucającą się, że lekceważyć ją trudno. Podejrzewam, że podobna idea zakiełkowała w wielu głowach równolegle z informacją o ukrytym, fortecznym skarbie. Że będzie kosztowna? To pewne. Jednak niewykorzystanie tego mostu turystycznie byłoby marnotrawstwem. A gdyby tak poszerzyć projekt Muzeum Twierdzy Toruń o taką atrakcję? Podziemne trasy to rozwiązania już przetestowane i to z sukcesem. Ryzyko porażki znikome. Zatem może nie ma co zwlekać z decyzją, bo podziemnym mostem mogą równie szybko zainteresować się złomiarze.
 

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  27.02.2018

środa, 1 marca 2017

Szkło kontra kolumbarium, czyli jak podnieść plac z ruiny


Wizja szklanego kościoła na placu podominikańskim może w pierwszym odruchu bulwersować lub zachwycać, szokować ewentualnie urzekać, krótko mówiąc, może rozgrzać nie tylko wyobraźnię, ale i dyskusję. I tak też się stało. Obrazek ze szklaną bryłą wpisaną w przestrzeń placu podominikańskiego zapowiadający kolejne spotkanie w ramach cyklu „Toruń miasto zabytków” zadziałał na internautów tak sugestywnie, że jedni byli w stanie bronić miejsca przed futurystyczną wizją, a drudzy z entuzjazmem powitaliby taką konstrukcję, choćby w najbliższym sezonie. Rozumiem to poruszenie nowatorskim obrazem, tą wzbudzoną obawę, że za chwilę znowu coś wybudują, zajmą, zagospodarują niebezpiecznie dużą ilością szkła i nie będzie oddechu, pauzy w przestrzeni, miejsca na odpoczynek. Tylko że ten niepokój można, co najwyżej, porównać do obawy przed przypadkowym spotkaniem na ulicy mordercy z powieści kryminalnej, której akcja osadzona jest w obrębie murów staromiejskich. Jedno i drugie jest fikcją. W tym wypadku fikcją architektoniczną, niegroźną, acz intrygującą. To praca dyplomowa Katarzyny Rudólff-Kanabaj, podobnie, jak i druga, prezentowana na wspomnianym spotkaniu koncepcja ze szkieletową konstrukcją, platformami i wieżą widokową, autorstwa Niny Bloch-Budzyńskiej. Dwa głosy prowokujące do rozmowy o miejscu, przestrzeni wspólnej, jej historycznej, aktualnej i możliwej funkcji. Oba te projekty symbolicznie przywracały bryłę dawnego kościoła i oba obiekty, planowane były z przeznaczeniem na cele przede wszystkim kulturalno-edukacyjne, z poszanowaniem dawnego sacrum. Gdy patrzyłam na ten szklany kościół, od razu przypominała mi się instalacja „Katedra”, która stanęła w miejscu dawnej świątyni podczas jednej z edycji Skyway. Zbudowany przez estońskiego artystę Raoula Kurvitza obiekt z drewna i szkła, wypełniony blaskiem świec i subtelną muzyką, był jak tajemniczy portal, który przenosi odbiorcę w inny wymiar. Uchylał w widzu wewnętrzne drzwi i przenikał duchowością. Jedni tylko przystawali, by zobaczyć, o co chodzi w tej świetlnej propozycji, inni poddawali się i zatapiali w atmosferę nieomal metafizyczną. Na te kilka festiwalowych dni kościół powrócił na dawne miejsce, stając się tym razem świątynią sztuki. Była to dla mnie jedna z istotniejszych instalacji, które dotąd oglądałam na Skyway. Autorka szklanej konstrukcji nie mogła zainspirować się instalacją „Katedra”, bo jej projekt powstał o kilka lat wcześniej. Nie sądzę też, by estoński artysta znał pracę dyplomową absolwentki Politechniki Gdańskiej. Najwyraźniej to miejsce i unoszącą się nad nim aura inspiruje do poszukiwań, by zagospodarować tę przestrzeń nie tylko rekreacyjnie, jak to aktualnie wygląda, ale może również otwierając ją na sztukę. Nie ma strachu, szklanego kościoła nie będzie. Choć ryzyko, że ktoś zechciałby dosłownie potraktować ideę odtworzenia sacrum w tym miejscu istnieje. Pomysł, by zrekonstruować gotycką świątynię na podstawie zachowanych szkiców i uczynić w tym miejscu… kolumbarium padał z sali. I nie był to żart rodem ze świata Rolanda Topora.
A tak na poważnie, plac podominikański to przestrzeń, która aż się prosi, by organizować tam koncerty i spektakle. Zamiast budować po kilka scen na Rynku Staromiejskim, można postawić jedną tam. Że na uboczu i ludzie nie przyjdą? Przyjdą.


Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  28.02.2017

wtorek, 20 września 2016

Spacer z historią w tle nawet po peryferiach jest przyjemny


„A co to za akcja społeczna, że tak idziecie?” – zapytała zaciekawiona mieszkanka okolic ulicy Hallera. Zaintrygowała ją przechodząca grupa spacerowiczów, byłam też w tej grupie. Starsza pani właśnie wyszła na niedzielny spacer z psem, a tu po jej ulicy przechadza się gromada ludzi zadzierających głowy do góry, przystających, dyskutujących, coś fotografujących. Był to dla niej widok niecodzienny, jak sądzę. Zapytała, w czym rzecz. W odpowiedzi usłyszała, że chodzimy i poznajemy historię tego miejsca, tej części miasta. Miałam wrażenie, że w tym momencie na jej twarzy zastygło nieme pytanie – tylko tyle? Nie wiem, czego starsza pani spodziewała się, ale odpowiedź ją chyba trochę rozczarowała. „A to nie biegacie? Teraz to biegają społecznie. A coś wam ta historia daje?” Gdy usłyszała chóralną odpowiedź, że daje, nie drążyła dalej tematu. Do dalszego spaceru, mimo zachęty, nie przyłączyła się, ale zaproszenie na grilla kończącego ten historyczny wypad w ramach podgórskiego pikniku na zakończenie lata, organizowanego przez Dom Muz, z chęcią przyjęła. Kiełbaska to coś konkretnego, mówiła, lubi to. Ale wycieczka po historii koło domu?
Gdyby jednak podążyć to pytanie starszej pani i dopytać uczestników spaceru, na który w ubiegłą niedzielę zabrała Katarzyna Kluczwajd, od Podgórza przez Piaski do Stawek, co im konkretnie daje takie historyczne wędrowanie, to myślę, że każdy wskazałby na coś innego. Dla niektórych, szczególnie tych osób, które po raz pierwszy wybrały się, by zwiedzać tę część miasta, to przede wszystkim możliwości poznania odległych i nie tak odległych w czasie dziejów tej dzielnicy. To tropienie dawnych śladów świetności budynków, odtwarzanie z widokówek i zdjęć nieistniejących obiektów. Dla mieszkańców i miłośników lewobrzeża, taki spacer to odkrywanie nieznanego w znanym. To wyłapywanie architektonicznych detali, szczątków napisów na murach, to dostrzeżenie tabliczki z nieistniejącą już nazwą ulicy, odnotowanie pustych przestrzeni i krzaków w miejscach, gdzie jeszcze niedawno stały budynki. Niewątpliwie jedno, bardzo konkretne odczucie, połączyło wszystkich uczestników tego historycznego i niezwykle inspirującego spaceru, to przyjemność. I być może, to była ta istotna przyczyna jednomyślności grupy i entuzjazmu w udzielaniu odpowiedzi, że spacer z historią w tle, nawet po peryferiach miasta, to jest to. Bo jest.
Trend na spacerowanie, a przy okazji zwiedzanie swojego miasta w sposób nieoczywisty, zaczyna powoli stawać się modny i w Toruniu. Spacerów tematycznych przybywa. Nie są to już wydarzenia okazjonalne, ale cykliczne spotkania. W ubiegły weekend odbył się spacer nie tylko po lewobrzeżnej dzielnicy, ale też i po Jakubskim Przedmieściu. Centrum Sztuki Współczesnej regularnie organizuje literackie wędrówki po Bydgoskim Przedmieściu śladami Przybyszewskiego, Witkacego, Ingardena, Herberta. Naprawdę warto wybrać się na taki spacer, choćby dlatego by sprawdzić, czy faktycznie to może być przyjemne. Najbliższy spacer z historią w tle już za tydzień, 27 września, organizowany przez Kulturhauz, „Goście przybywają! Nasz Wilhelmstadt”, przewodniczką będzie Katarzyna Kluczwajd. Polecam.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  20.09.2016

wtorek, 13 września 2016

Historia braci Schiller pretekstem do opowiadania o Toruniu


W jednej z pierwszych scen, na nasypie kolejowym ktoś znajduje ciało Alojzego Korzeńca, do tego jeszcze bez głowy. Taką scenę mogliśmy oglądać w toruńskim teatrze trzy lata temu, podczas drugiej edycji Festiwalu Debiutantów „Pierwszy Kontakt” w spektaklu „Korzeniec” z Teatru Zagłębia. Przedstawienie to było teatralną adaptacją sensacyjnej powieści Zbigniewa Białasa pod tym samym tytułem. Całość zaczynała się mocnym akcentem, prowokując śledztwo i nakręcając akcję. Scenerię dla tej fikcyjnej opowieści stanowił prawdziwy Sosnowiec z początku dwudziestego wieku. W pierwszej chwili wydawało się, że to taki, modny ostatnio, kryminał retro, do tego, przeniesiony na scenę. Trochę tak, ale wątek sensacyjny był tylko pretekstem do sportretowania miasta, bo to ono, miasto Sosnowiec, było tam głównym bohaterem. A wszystko zaczęło się od starego kafelka z posadzki w jednym z sosnowieckich domów. Sygnatury majstra glazurnika: „A. Korzeniec-Sosnowice”. Te kilka liter stało się dla autora inspiracją, pretekstem i jednocześnie swoistym medium, by wywołać ducha dawnego Sosnowca. I to z powodzeniem.
Historia Korzeńca przypomniała mi się kilka dni temu podczas spotkania w Domu Muz, organizowanego przez Toruński Oddział Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, „O czym opowiadają mury kamienic?”. Oczywiście chodziło o mury toruńskich kamienic, a dokładniej o dawne, czasem i stuletnie, napisy reklamowe na nich. Niewiele szyldów malowanych na murach się uchowało. Tych kilka na Starym Mieście jest sukcesywnie poddawanych konserwacji dzięki współdziałaniu Biura Toruńskiego Centrum Miasta oraz konserwatorów z UMK. I z tego powinniśmy się cieszyć, bo to ewenement w skali kraju. Dzięki konserwacji ożyły ostatnio na ulicy Szpitalnej dwa szyldy: „Skład dewocjonali – galanterji porcelany i szkła” oraz „Zakład malarski Fr. Guzicki mistrz malarski”. Niektóre napisy kryją się jeszcze wciąż na kamienicach, które mijamy codziennie, schowane pod tynkiem i kurzem. Szukanie i wypatrywanie takich perełek to nie taka prosta sprawa. Potrzeba do tego dobrego oka i sporo cierpliwości. Czasem jest to po prostu kwestia szczęścia. Szyld, który ukazał się spod warstwy tynku robotnikom remontującym kamienicę, gdzie kiedyś była kawiarnia „Pod Atlantem”, był takim właśnie szczęściem. Teraz z daleka błyszczy złotem.
Opowiadanie o wyłapywaniu liter i ich konserwacji to była jedna warstwa tego spotkania. Drugą były prawdopodobne, oparte o dostępne materiały źródłowe, szkice biograficzne dawnych mieszkańców miasta, przywołane przez te pozostawione szyldy. Wyglądało to faktycznie trochę, jak wywołanie duchów. Niektóre niosły ze sobą nie zawsze taką szczęśliwą przeszłość. Szczególnie dramatycznie wyglądają prawdopodobne losy jednego z braci Schiller, majstra malarskiego, znanego z szyldu z ulicy Browarnej. Niewykluczone, że popełnił samobójstwo załamany bankructwem. A może powód był inny? W tym momencie właśnie przypomniał mi się sosnowiecki Korzeniec i pomyślałam, że w starych napisach, na kafelkach, czy na murach, może kryć się faktycznie spory potencjały i dobry punkt wyjścia do literackiego snucia opowieści o dziejach miasta. Historia braci Schiller nadaje się do tego idealnie.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  13.09.2016

wtorek, 15 marca 2016

Tajemniczy tunel pod Wisłą, jak promocyjny as w rękawie


Historię „złotego pociągu” śledzę od początku. Dziś, po prawie pół roku od tego medialnego wycieku, myślę sobie, że to chyba jedna z najtańszych i najciekawiej przeprowadzonych kampanii promocyjnych regionu. Co prawda, przypominając sobie te pierwsze mini konferencje dla lokalnych dziennikarzy w sekretariacie urzędu, jakoś nie było widać w nich, tej pierwszej odsłony świadomej strategii promocji opartej o tajemniczy skarb. Wręcz przeciwnie, wtedy mogłoby się wydawać, że przeciek podyktowany był głównie oburzeniem niższej rangą urzędniczki, bardziej zgorszonej zapisem o gwarancji znaleźnego, niż ekscytacją z sensacyjnego odkrycia. Gdy po kilku dniach, urzędnik w randze ministra potwierdził prawie, choć nie w stu procentach, wiarygodność istnienia zakopanego „złotego pociągu”, informacja przekroczyła nie tylko granice regionu, ale i naszego kontynentu. Legenda zaczęła żyć swoim życiem, a scenariusz pisał się błyskawicznie sam. Zakopany pociąg był, jak niezwykle wysoko oprocentowana lokata, na której z każdym dniem przybywało zarówno złota, jak i zaginionych dzieł sztuki z Bursztynową Komnatą na czele. Przez kilka dni „złoty pociąg” królował nie tylko w polskich serwisach informacyjnych, ale nawet w najdalszych częściach Azji widzowie mogli zobaczyć fragment nasypu kolejowego, kryjącego w sobie tajemniczy skarb na słynnym 65 kilometrze. I choć cała akcja zaczęła się już prawie pod koniec sezonu turystycznego, to takiego zainteresowania i oblężenia, jak ubiegłej jesieni, zarówno Wałbrzych, jak i okolice, chyba nie przeżywały nigdy w historii. I wydaje się, że nie ma już teraz znaczenia, czy ów pociąg faktycznie jest na wskazanym kilometrze, czy go w ogóle tam nie ma, teraz już wystarczy od czasu do czasu delikatnie przypomnieć ową legendę, a szukać go można w nieskończoność, ciekawi przyjeżdżać będą.
Patrząc na efekt promocyjny płynący z tej historii, mogłoby się wydawać, że wiele miejscowości wykonujących ekwilibrystyki marketingowe, wprost marzy teraz, o takim swoim „złotym pociągu”, zakopanym skarbie, prawdziwym lub nie, wokół którego można by zbudować zainteresowanie miejscem. My, jako miasto, nie musimy się gimnastykować, Toruń, to marka sama w sobie. Ale przecież spektakularnych atrakcji nigdy dość. I chociaż z jednej strony może się nam wydawać, że o prawdziwie efektowną tajemnice nie będzie łatwo, to się okazuje, że niekoniecznie. Wystarczy sięgnąć po historię o legendarnym tunelu pod Wisłą, prowadzącym z kościoła św. Janów do Zamku Dybowskiego. To, że do tej pory go nie znaleziono, wcale nie musi oznaczać, że go tam jednak nie ma. Wręcz przeciwnie, może to być wystarczający powód, by go zacząć szukać. Wyobraźnia rozpali się sama, gdy ją odpowiednio podsycić, choćby zapiskami pruskiego inspektora budowlanego fortów, z których płynie zapewnienie, iż ich autor w jakiejś części tego tunelu był i o istnieniu korytarza łączącego dwa brzegi jest przekonany. Może poszukiwania owego wejścia do tajemniczego tunelu zasięgiem rozgłosu nie dorównają temu, który towarzyszył „złotemu pociągowi”, ale sądzę, że efekt mógłby być też całkiem nas zadowalający. Póki co, ten tunel, to taki nasz promocyjny as w rękawie. Dobrze jest mieć takiego asa.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 08.03.2016