Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 października 2018

„Strażnicy” to tajemnice ukryte w murach toruńskich kamienic


Jadąc niedawno pociągiem, mimowolnie przysłuchiwałam się opowieści kobiety z Krakowa o tym, jak to domniemanym spadkobiercom udaremniono przejęcie kamienicy, w której mieszkała. Pojawili się nagle i traf chciał, że chwilę po tym, jak zmarła staruszka, ostatnia osoba, która pamiętała prawowitego właściciela i znała tragiczne losy jego rodziny. Kamienica była oczywiście pożydowska. I nie działo się to w latach dziewięćdziesiątych, ale z opowieści wynikało, że teraz, całkiem niedawno. Przypomniała mi się ta zasłyszana z pociągu historia, gdy czytałam powieść Wojciecha Giedrysa „Strażnicy”. Gdy warszawską aferą reprywatyzacyjną żyje cała Polska, Giedrys kręci się po lokalnym podwórku i zadaje pytanie - a w Toruniu, to jak to było z tym majątkiem pożydowskim, z tymi kamienicami? I tu w pierwszej chwili może pojawić się delikatne zdumienie – jakim kamienicami? Społeczność żydowska przed wojną stanowiła niewielki procent ogółu mieszkańców Torunia, jednak nawet tak nieliczna grupa gdzieś mieszkała, gdzieś prowadziła interesy, gdzieś się bawiła. W powieści pojawiają się prawdziwe adresy i prawdziwe nazwiska. Autor ze strzępków informacji, ksiąg adresowych, reklam i publikacji gazetowych, próbuje odtworzyć nie tyle historię toruńskich Żydów, ile uzupełnić pejzaż i nanieść na siatkę minionych zdarzeń ich obecność. Wypełnić te drobne, puste przestrzenie nie konkretnymi losami ludzkimi, ale tym, czego materialnie kiedyś dotykali. Nazywa, co zostało, a co zostało wymazane, rozebrane. Przywołuje przeszłość, która przez to, że nieznana, zdaje się pulsować tajemnicą. Nie ma w powieści co prawda historii żydowskiego cmentarza, jednego z niewielu na Pomorzu, który przetrwał wojnę i dopiero w latach siedemdziesiątych został zlikwidowany przez ówczesne władze, a to, co stało się z macewami z tej nekropolii, obrosło już wstydliwą legendą. Pojawia się za to obrazek, jak Niemcy w 1939 roku rozbierają budynki zespołu synagogalnego. Choć wątek żydowskiego majątku skupia uwagę i silnie działa na wyobraźnię, to jednak nie o nim tylko jest to opowieść.
W „Strażnikach” Giedrys sięgnął po kryminał, jako formę, ale nie jest to klasyczna powieść tego gatunku. Jest trup i to nie jeden, jest policjant, dziennikarz śledczy, jest i śledztwo, które toczy się wielowątkowo i na kilku poziomach. Chodzimy ulicami Torunia, jednak nie malownicze plenery interesują autora. Zanurza nas pod powierzchnię tego pięknego, magicznego miasta, idealnego tła do słitfoci i zeskrobuje kolorową farbę, by dostać się do mentalnej tkanki. Tego, co wielu może przeczuwa, podejrzewa lub domniemywa. Odwraca role, to czytelnik staje się tym, który tropi, który ma rozpoznać, co może być prawdą, a co jest tylko fikcją.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  30.10.2018

piątek, 26 października 2018

Piernikowe opowieści o Toruniu dawnym i dzisiejszym


Z Katarzyną Kluczwajd kojarzy mi się wrażliwość na detal. Za jakiegokolwiek temat z dziejów miasta by się nie zabierała, można odnieść wrażenie, że zaczyna od szukania szczegółów, drobnych kluczy, którymi na swój sposób interpretuje rzeczywistość przeszłą. Naturalnie zgodnie z faktami i odniesieniem do źródeł. „Widzimy, to co wiemy”, to zdanie Kluczwajd powtarza chyba na każdym spotkaniu popularyzującym historię Torunia, szczególnie wtedy, gdy na starym, dobrze wszystkim znanym zdjęciu wskazuje niedostrzegany przez nikogo wcześniej szczegół, który prowadzi do odkrycia nieistniejącego już detalu architektonicznego. I nie chodzi w tym powiedzeniu wcale o to, by wykazać się ponadprzeciętną spostrzegawczością, bardziej, by uwrażliwiać oko słuchaczy, aby nie patrzyli na świat odtwórczo i sztampowo.
W swojej nowej książce „Piernikajki, czyli toruńskie piernikowe bajki” Katarzyna Kluczwajd jest wierna umiłowaniu do wyszukiwania historycznych detali i opowieści z Toruniem w tle. Ale tym razem wykracza poza fakty oraz źródła i idzie dalej, dużo dalej. Najpierw piernik łączy z bajką i tak wychodzi jej piernikajka, a potem z legend, wyimków historii, które znamy i rozpoznajemy mniej lub bardziej, konstruuje nową, surrealistyczną rzeczywistość. Oczywiście piernikową, bo przecież tu nic inne poza piernikowe być nie może. Ową piernikowość doprowadza chwilami do męczącego absurdu, gdzie ultratwardy piernik dobry jest na koło u wozu, na krucyfiks sądowy i na szafot, gdzie burmistrz Rösner traci głowę.
W trzydziestu sześciu bajkach znajdujemy alternatywną historię naszego miasta, jakby wyjętą z innego wymiaru, gdzie czas jest bardziej spiralą, w której cząstki faktów obracają się razem z fikcją, tworząc podobnie jak w kalejdoskopie, przy najmniejszym poruszeniu, coraz to bardziej hybrydowe obrazki. Kreacja autorska w warstwie słownej nasycona jest tak silnie neologizmami i wyginaczami słownymi, że książce towarzyszy stosowny słownik. Na końcu znajdziemy również indeks faktów, firm, osób i cytatów ze świata realnego, tak żeby w finale wrócić jednak do rzeczywistości. Choć całość wydaje się bardziej żartem historyka, który puszcza wodze fantazji, to nie brakuje w książce gorzkich i ironicznych komentarzy do współczesnych poczynań lokalnych władz. Historia połączenia miasta Lewego, tego gorszego, z Prawy, tym lepszym, po stu latach wciąż brzmi aktualnie.
Moją ulubioną bajką z tego zbioru jest opowieść o cudownym pudełku Pierni(ko)dyna, który spełniał prośby, ale tylko dotyczące naszego miasta. Mała Gusia, która uwolniła ducha, miała całą listę życzeń, a na jej początku było marzenie, by Piękna Madonna powróciła do miasta. Jakby się takie pudełko dziś Toruniowi przydało.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  23.10.2018

czwartek, 20 września 2018

„Skaza” Roberta Małeckiego z potencjałem na bestseller


„Skaza”, najnowsza powieść kryminalna Roberta Małeckiego, od kilkunastu dni króluje w księgarniach. Autor akcję nowej serii, tym razem o komisarzu Bernardzie Grossie, osadził w pobliskiej Chełmży, choć akcentów toruńskich w książce nie brakuje. Co Małeckiego skłoniło, żeby tam przenieść akcję powieści? Kameralność i specyficzna aura, która unosi się nad miasteczkiem? Niewykluczone. Już producenci serialu „Belfer” pokazali, że Chełmża ma potencjał na kryminalną scenerię z tajemnicą w tle. Tyle że tam udawała ona miejscowość na Mazurach, a u Małeckiego nie ma żadnego udawania. W „Skazie” realnie poruszamy się ulicami Chełmży od jednego jej krańca po drugi.
Mimo że opowieść sączy się pozornie niespiesznie, to jednak płynie strumieniem, którego nurtowi nie sposób się oprzeć. Ze sceny na scenę coraz bardziej wnikamy w chełmżyńską rzeczywistość i historię dwóch mężczyzn zamarzniętych na jeziorze. Nie ma żadnych powiązań między nastolatkiem a bezdomnym, śladów działania osób trzecich też nie ma, sprawa wydaje się jednoznaczna, nieszczęśliwe wypadki. Komisarz Gross nie wierzy w taki przypadek. Narracja doskonale oddaje klimat sennego miasteczka, z którego każdy, gdy tylko może, ucieka do pobliskiego Torunia lub dalej. Miasteczka, w którym pozornie nic wyjątkowego się nie wydarza, a już z pewnością nie zbrodnia. Jednak pod powierzchnią i za zamkniętymi drzwiami rozgrywają się namiętności, rozczarowania, zdrady oraz zemsta. Jednocześnie nikt nic nie wie, nie słyszał, nie widział. Pozornie. I słowo „pozornie” trafnie określa świat, który Małecki nienachalnie a celnie opisuje. Stosunki panujące w małej społeczności, ambicje i zależności, aspiracje i ograniczenia. Autor, podobnie jak w poprzedniej serii o Marku Benerze, fikcję nie dość, że osadza w rzeczywistym miejscu, to jeszcze zgrabnie zaplata z realnymi wydarzeniami, co sprawia, że ulegamy złudzeniu, że cała ta historia, jeśli nawet nie wydarzyła się, to z dużym prawdopodobieństwem mogła. Śledztwo Grossa na chwilę przyćmiewa poszukiwanie właściciela, który prawdziwie zimą tego roku skatował czteromiesięcznego psa. Sytuacja ta widziana chłodnymi oczyma policjantów odsłania kulisy manipulacji emocjami i zatracanie skali wydarzenia, pogoń za sensacją niczym igrzyska, w oderwaniu od autentycznych problemów. Zresztą akcentów obrazujących kondycję naszego społeczeństwa jest więcej i to też stanowi o wartości tego kryminału.
„Skaza” Roberta Małeckiego w niespełna trzy tygodnie od premiery wskoczyła na szczyty wszelkich rankingów, zarówno czytelniczych, jak i sprzedażowych. Kalendarz spotkań autorskich też się  powoli zapełnia. Myślę, że już możemy zacząć przyzwyczajać się do faktu, że mamy w Toruniu autora bestsellerów, który niejednym jeszcze zaskoczy, bo przecież „Skaza” to dopiero początek nowej serii.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  18.09.2018

czwartek, 17 maja 2018

Tysiące ebooków dostępne w Książnicy Kopernikańskiej


Jeszcze do niedawna w dyskusjach o wyższości papierowej książki nad ebookiem, wydawało się, że ta pierwsza jest w defensywie. Nie dość, że czytelnictwo wśród rodaków spada, to jeszcze moda na czytniki z e-papierem rozpycha się coraz mocniej na rynku czytelniczym. Wieszczono odwrót od tradycyjnej książki na rzecz elektronicznej. Czy faktycznie ten kierunek jest nieuchronny i biblioteki powinny pogodzić się z tym, że tysiące woluminów wypełniających ich półki przepadną w otchłani zapomnienia? Niekoniecznie. Niezależne badania naukowe z kilku ośrodków, prowadzone na różnych grupach wiekowych, potwierdziły, że z książki papierowej tak szybko jednak nie zrezygnujemy. Nie chodzi tu wcale o sentyment i możliwość zmysłowego obcowania z przedmiotem. Dowiedziono, że mózg treści czytane z tradycyjnego papieru przyswaja na dłużej i głębiej angażuje wyobraźnię. Zatem prymat czytnikowych ekranów nie grozi nam tak szybko. I niesłuszne jest ustawianie e-papieru w opozycji do tradycyjnego, traktowanie go jako konkurencji. Ebooki na czytnikach to po prostu technologiczne poszerzenie możliwości korzystania z literatury, a nie zagrożenie mające coś wyprzeć.
Przyznam, że długo nie byłam entuzjastką ebooków. Argumenty o możliwości noszenia w torebce bez wysiłku tysiąca książek, dostęp do ulubionych tytułów bez potencjalnych  roztoczy, czy e-papier, który nie męczy oczu, przekonywały mnie, ale nie wpływały jednak na modyfikację nawyków czytelniczych. W jaki więc sposób przekonać zadeklarowanego czytelnika książek tradycyjnych do czytania ich elektronicznych wersji? Wystarczy dać nieograniczony dostęp do ebooków. Tak właśnie zrobiła Książnica Kopernikańska. Od marca biblioteka udostępnia swoim czytelnikom możliwość bezpłatnego korzystania z serwisu Legimi. Można tam znaleźć tysiące tytułów, w tym również nowości wydawnicze. Wystarczy pobrać z biblioteki kod, założyć konto w serwisie Legimi, zalogować się, wprowadzić pobrany kod, uaktywniać miesięczny abonament i voilá. Wiedziona ciekawością wstukałam w wyszukiwarkę „Opowiadania bizarne” Olgi Tokarczuk. Były dostępne. Przeczytałam i wiem, że na tej jednej książce nie poprzestanę. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że głównym celem Książnicy Kopernikańskiej nie jest przekonywanie swoich czytelników do porzucenia tradycyjnych książek na rzecz ich elektronicznych wersji. Poszerzenie oferty o ebooki to raczej pomysł, by przyciągnąć nowych czytelników. I jednocześnie dowód na to, że instytucja ta jest w pełni nowoczesna. Polecam korzystanie z serwisu. Opowiadania Olgi Tokarczuk również polecam.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  15.05.2018

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Mroczne oblicze Torunia w kryminale Małeckiego


Koszmary zasną ostatnie” to już ostatni tom trylogii Roberta Małeckiego o przygodach toruńskiego dziennikarza śledczego Marka Benera poszukującego swojej zaginionej żony Agaty. Niestety. Autor uspokaja jednak, że jego bohater jeszcze powróci, zatem spokojnie można zatopić się w lekturze, bez poczucia, że to pożegnanie. Zatopić i to w sensie zarówno metaforycznym, bo od pierwszych stron trudno oderwać się od nurtu zdarzeń, jak i dosłownym, bo książkę otwiera prolog z enigmatyczną sceną, w której auto z Benerem w środku stacza się wprost do Wisły. Zanim dojdziemy do wyjaśnienia, co naprawdę się wydarzyło, przemieszczamy się z bohaterem po Toruniu, dociekając tajemnic dwóch zaginięć. Tym razem jeździmy głównie po lewobrzeżu. Chodzimy po toruńskich fortach, a konkretnie po Forcie XI. Małecki opisuje obiekt tak plastycznie, że czytelnik może ulec sugestii na tyle, że zaczyna nie tylko widzieć dawne pomieszczenia militarne, ale i czuje ich aktualny zapach. Pojawia się też wzmianka o nowo powstającym Muzeum Twierdzy Toruń. Nie bez komentarza, że mało ono zmieni w losach niszczejących obiektów, pereł dziewiętnastowiecznej fortyfikacji. Poza tym wpadamy do Lubicza i Zajazdu „Polska”, przemierzamy kilometry krajową piętnastką do Pluskowęs i zaglądamy do  pałacu położonego nieopodal drogi. W tle pojawia się wątek mobbingu i to gdzie? W toruńskiej kulturze.
Nie ma tu ani grama słownej waty, która wypełniałaby strony, by odsuwać czytelnika od rozwiązania, zajmować jego uwagę niekoniecznymi opisami, tylko po to, by odwlec finał. Nie ma żadnej zbędnej postaci, żadnego przypadku. Każda osoba, która się pojawia, wnosi coś istotnego do akcji. Przybliża lub gmatwa tropy tak, że czytelnik ma poczucie niezwykłej precyzji, z jaką autor skonstruował swoją powieść kryminalną. A to wszystko przyprawione lokalnymi i literackimi smaczkami. Jak choćby wypożyczenie do powieści policjanta Leona Brodzkiego, bohatera serii kryminalnej autorstwa Marcela Woźniaka. Czy też autoironiczne oko puszczone do czytelników w zdaniu: „Toruńscy autorzy kryminałów – to brzmiało tak, jakby to byli co najmniej skamandryci.” Urocze.
Przez trzy części serii obserwujemy jaką transformację przechodzi bohater, Marek Bener, ale zmienia się nie tylko on. Rozwija się też autor. Teraz to naprawdę pierwsza liga gatunku. Czytając ostatni kryminał Roberta Małeckiego, przekonuję się również do myśli, która od jakiegoś czasu kołacze się po mojej głowie i nachalnie powraca, że dziś prawdę o mieście można przemycić tylko w fikcji. I niech każdy sobie to zdanie tłumaczy, jak chce. A do lektury książki „Koszmary zasną ostatnie” mocno zachęcam.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  17.04.2018

piątek, 2 lutego 2018

Opowieść o genach w „Rodzinnych drogach” Żenkiewicza


Kilka lat temu badania naukowe dowiodły, że dziedziczymy po przodkach nie tylko wygląd, ale i wspomnienia. Eksperyment potwierdził przypuszczenia, które wcześniej były traktowane jako herezje. Podano myszom do wąchania wiśnie, jednocześnie rażąc je prądem, zapach połączono z lękiem. Strach przed wonią wiśni przeniósł się na potomstwo, które nie było już traktowane prądem. Na tej podstawie zaczęto snuć wnioski, że dziedziczymy nie tylko kolor oczu czy kształt paznokci, ale i reminiscencje doświadczeń. Co prawda w badaniach skupiono się głównie nad przenoszeniem lęku, jednak efekt tego eksperymentu otworzył furtkę do snucia hipotez, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że skoro możemy dziedziczyć traumy, to może i upodobania. Na sięganiu w głęboką przeszłość rodzinną, by lepiej zrozumieć siebie i swoje wybory życiowe, opierają się niektóre terapie, postrzegane dotąd czasami jako niewinne hochsztaplerstwa, być może za chwilę zaczną przeżywać renesans. Wiedzę o losie rodziców i dziadków przeważnie mamy, czasem i pradziadków, ale dalej zwykle już nie. A co jeśli dziedziczymy nie dwa czy trzy, ale osiem pokoleń wstecz? Czy wiemy, co robił nasz antenat pod koniec osiemnastego wieku? Może dlatego coraz bardziej popularne staje się szukanie rodzinnych korzeni, nie tylko z sentymentalnych pobudek, ale i chęci zrozumienia, jaką drogą podążali przodkowie, ile z ich doświadczenia jest dziś naszym udziałem.

Wydane niedawno przez Wydawnictwo UMK „Rodzinne drogi” Jerzego Żenkiewicza wpisują się właśnie w ten nurt poszukiwań korzeni. Książka jest rezultatem wieloletnich kwerend i badań nad losami rodziny autora. Jest opowieścią sięgającą pięć wieków wstecz, a nawet i kawałek dalej. Żenkiewicz znajduje protoplastę swojego rodu w drugiej połowie czternastego wieku i chociaż traktuje tę wzmiankę bardziej jak legendę, to pokusa, by zacząć opowieść od czasów piastowskich, jest zrozumiała. Dalej prowadzi nas wraz ze swoimi przodkami na Żmudź i tam śledzimy losy nie tylko Żenkiewiczów, ale i krewnych, powinowatych i przyjaciół. Pojawiają się nazwiska i postaci znane z historii jak Tyszkiewiczowie, Kierbedzie czy Piłsudscy. Autor z dokumentów, zdjęć i wspomnień odtwarza ich los, opisuje zmagania, sukcesy i codzienne życie. Odczytuje ich marzenia i motywacje, które stoją za niełatwymi czasem decyzjami. Po lekturze  „Rodzinnych dróg” przychodzi refleksja, że każdej rodzinie przydałby się taki zapis, nie tylko dla sentymentu i podtrzymywania więzi pokoleniowej, ale dla inspiracji, że jesteśmy ciągłością i nasz ród działa przez nas.


Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  30.01.2018

wtorek, 9 stycznia 2018

Miasto widziane z brzegu rzeki w albumie „Toruń i Wisła”


Album „Toruń i Wisła” to wydawnictwo wyjątkowe. Nad jego koncepcją pracowali wspólnie Ryszard Stachowiak, Jacek Kiełpiński i Marcin Karasiński. I jest on chyba pierwszą publikacją, która tak wnikliwie śledzi wątki miasta z rzeką od prapoczątków do dziś. To dziś jest dosłowne, bo historię o relacji królowej rzek z Toruniem kończy ubiegłoroczny Festiwal Wisły. Aż dziwne, że nikt wcześniej nie pochylił się nad tym tematem. Często pomijamy w myśleniu o czasie przeszłym rolę rzeki, a bezsprzecznie, gdyby nie ona, miasto nie mogłoby się szczycić dziedzictwem sięgającym prawie ośmiu wieków. Jacek Kiełpiński, autor tekstu, brawurowo opowiada historię naszego miasta posadowionego nad rzeką, z której to czyni główną bohaterkę opowieści. Momentami można odnieść wrażenie, że jakiego byśmy toruńskiego tematu nie dotknęli, to z automatu wyskakuje tam powiązanie z Wisłą. W jednym z pierwszych zdań książki Kiełpiński stawia tezę, że gdyby nie Wisła, nie byłoby Torunia, gotyku, Kopernika i piernika. I trudno się z nim nie zgodzić, choć brzmi to w pierwszej chwili nieco kontrowersyjnie. Relacje rzeki i miasta z handlem są oczywiste, ale jak wiele, niedostrzeganych dziś, następstw z tego płynęło, już niekoniecznie. A to zmienia perspektywę. Idąc dalej, autor podsuwa nam inny, dyskusyjny wątek, że tradycje morskie, to nie tylko czas dwudziestolecia międzywojennego i Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej, ale już dużo wcześniej. Jakkolwiek to zabrzmi, opowiada się za hipotezą, że w średniowieczu mieliśmy tu port morski, ponieważ dopływały tu mniejsze kogi morskie przy wyższej wodzie. A jakże. Takich smaczków narracyjnych jest znacznie więcej, a że Kiełpiński kondensuje swoją opowieść do krótkiej formy, dalej to gwarancję, że nie tylko album się obejrzy, ale i przeczyta.
Podejrzewam, że ten album może zaskoczyć niejednego torunianina i nie tylko historią miasta opowiadaną z innej perspektywy, ale przede wszystkim zebranym materiałem ilustracyjnym. Zdjęcia, mapy, rysunki pochodzą ze zbiorów wielu instytucji i osób prywatnych. Spore wrażenia robią malarskie ujęcia rzeki, barek i ludzi zatrzymane w kadrze przez Hugo Chilla na przełomie wieków. Czy też kula czasu, ciekawostka widoczna na zdjęciach i karcie pocztowej. Nie brakuje też zdjęć sentymentalnych z prywatnych albumów, z plaży, z kajaków, czy z imprez nad Wisłą. Mnie na dłuższą chwilę zatrzymało zdjęcie z kontrpochodu z 1 maja 1982. Taki ślad historii współczesnej, która też wydarzyła się nad Wisłą.
Na okładce albumu widzimy piątkę dzieci leżących na plaży, na wysokości Zamku Dybów. Za ich plecami Wisła i Toruń. Niewykluczone, że już w tym roku, podobne zdjęcia będą sobie mogły robić kolejne pokolenia torunian, gdy powstanie ponownie w tym miejscu plaża. I podejrzewam, że nieprzypadkowo to właśnie zdjęcie znalazło się na okładce. Bo album opowiada nie tylko o historii, jak to przez wieki miasto bogaciło się dzięki rzece, ale i wskazuje kierunek, że nowe, turystyczne i rekreacyjne otwarcie się na Wisłę może przynieść miastu i regionowi wymiernych korzyści również dziś. Album „Toruń i Wisła” to pozycja obowiązkowa.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  09.01.2018

środa, 6 grudnia 2017

„Toruń, którego nie ma” pojawi się w Książnicy Kopernikańskiej

Myślę, że każdemu z nas zdarza się, tłumacząc komuś lokalizację nowego sklepu, kawiarni czy pubu, użyć formuły: „to jest tam, gdzie był/była/było”. Czasem, żeby naprowadzić na punkt, o którym mówimy, trzeba odwołać się do kilku szyldów wstecz, by wyświetlić właściwy obraz w czyjeś pamięci. Tak jakbyśmy z czasu teraźniejszego odklejali poprzednie, minione etykiety przytwierdzone do miejsca, dotykali w nieistniejącej, a wciąż pamiętanej rzeczywistości. Niejednokrotnie taka spontaniczna retrospekcja uruchamia dalsze drążenie. Kilka dni temu w rozmowie ze znajomym, któreś z nas rzuciło: „a pamiętasz, co tam było wcześniej?” I to zdanie zabrało nas w wirtualny spacer po ulicy Szerokiej i lokalach gastronomicznych, których już nie ma, a jednocześnie istnieją w pamięci, jakby tworzyły kawałki, elementy równoległego, minionego miasta. Ta mała przebieżka po czasie wcale nie tak odlegle przeszłym, uświadomiła mi, jak często po cichu, bezpowrotnie, bez pożegnań i niezauważalnie znikają miejsca. Można by nawet ulec złudzeniu, że to specyfika naszego, pośpiesznego czasu. Nic bardziej mylnego, nieśmiertelna mądrość greckiego filozofa mówi, że jedyną stałą rzeczą jest zmiana i zawsze tak było. Czy możliwe jest odtworzenie tego, jak wyglądało miasto dziesięć, dwadzieścia lat temu? Wydaje się, że tak, bo to nie tak dawno. Tylko czy na pewno? Często są to wycinki, fragmenty. A gdyby cofnąć się w czasie jeszcze dalej tam, gdzie często nie sięga już nasza pamięć?
Katarzyna Kluczwajd w książce „Toruń, którego nie ma” właśnie to robi, zaprasza nas do miasta, które istnieje już tylko w eterycznej przestrzeni wspomnień. Oprowadza nas po Toruniu XIX i XX wieku.  Autorka przywraca pamięć miejsc, budynków, pomników, których ślady zatarły strumień czasu, a zachowały się w pamięci i w fotografii. Całość skomponowana jest bardziej w album niż gruntowne historyczne opracowanie. W książce znajdziemy sporo ilustracji, między innymi niepublikowane wcześniej fotografie ze zbiorów prywatnych, co jest sporym walorem. Zobaczymy tam nasze miasto, które niegdyś tworzyła wielonarodowa i wielowyznaniowa społeczność. Wyszynki, fotoplastykony, teatry świetlne, do tego latające machiny, hale sterowcowa i balonowa, brzmi to dziś nieco egzotycznie. Historyczne zmiany pomników, ulic i bohaterów, ale i historyczna ciągłość, jak w przypadku tak zwanego szkolnego zagłębia, czyli ulicy Sienkiewicza, na której przedłużeniu z czasem powstał kampus UMK. To, co zostało po czasach pruskich, przeplata się z tym, co przyniosło miastu odzyskanie niepodległości. Książka napisana jest w języku polskim i niemieckim, co też jest śladem naszego miejskiego dziedzictwa, którego nie da się wydrapać ani zamalować, jak szyldu na budynku. „Toruń, którego nie ma” lub też „Thorn, das es nicht mehr gibt” to pamięć i jednocześnie wypełnione zobowiązanie, by ją strzec i pielęgnować.
Premiera książki „Toruń, którego nie ma” odbędzie się dziś o godzinie 18:00 w Książnicy Kopernikańskiej. Tam też będzie można spotkać się z autorką, Katarzyną Kluczwajd, która zapowiada, że zaprezentuje materiały i wspomnienia, które nie pomieściły się w tym tomie. Dodatkową atrakcją będzie losowanie książek wśród gości wieczoru.


Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  05.12.2017

środa, 18 października 2017

„Kresy nowoczesne” Pszczółkowskiego w konkursie

Po książkę toruńskiego historyka Michała Pszczółkowskiego „Kresy nowoczesne. Architektura na ziemiach wschodnich II RP (1921-1939)” sięgnęłam niedawno, już po swojej letniej podróży do Wilna. I bardzo żałuję, że tak późno, bo z pewnością nieco inaczej patrzyłabym na tamto miasto. Podobnie z pewnością jest z turystami chodzącymi po Toruniu, że szukają głównie tego, co zobaczą wcześniej w przewodnikach, czyli tu, u nas, głównie gotyk, tam barok. Architektura modernizmu w miastach, które nie są najmłodsze, jest na planie bardzo dalekim, wręcz niewidocznym dla samych mieszkańców, jak również i włodarzy, a co dopiero przyjezdnych. Spacerując prospektem Giedymina, oczywiście rozpoznawałam styl architektoniczny budynków, ale zupełnie nie miałam świadomości, jakie historie kryją się w ich murach. Pewnie, gdybym wtedy znała anegdotę o tym, jak przedwojenny kasiarz Szpicbródka otwierał sejf mijanego banku, wówczas Pocztowej Kasy Oszczędności, i to jeszcze na zlecenie samego dyrektora tegoż banku, to bym niewątpliwie przystanęła tam nieco dłużej. A takie zdarzenie faktycznie miało miejsce. Tuż po otwarciu, gdy zaginęły klucze do skarbca, wojskowy samolot przetransportował kasiarza z więzienia do banku. Scena iście filmowa.
Ale „Kresy nowoczesne”, to nie tylko polska architektura modernistyczna z jednego Wilna. To zbiór wybranych siedemdziesięciu obiektów, które powstały w wielu miastach z siedmiu kresowych województw w latach międzywojennych. Znajdziemy tam między innymi urzędy, szkoły, banki, uzdrowiska, dworce, kościoły, teatry, hale wystawiennicze i osiedla mieszkaniowe. Pszczółkowski wykonał pionierską pracę, inwentaryzując obiekty, które dotąd były nie tylko poza naszymi granicami, ale też poza zainteresowaniem badaczy. Choć „Kresy nowoczesne” katalogowane są jako pozycja naukowa, bo autor zastosował w niej metodologię właściwą dla takich publikacji, to jednak książkę czyta się z przyjemnością właściwą dla tych popularnonaukowych. Poza opisem historycznym budynków, przywołaniem nazwisk architektów, ilustracjami fotograficznymi, można w tej książce znaleźć również historię ludzi tam mieszkających. Wniknąć w obyczajowość, w ówczesny świat lokalnej polityki, ale też i kultury. Ta książka burzy stereotypowe myślenie o architekturze wschodnich terenów II Rzeczpospolitej, ale i burzy też dzisiejsze myślenie o Kresach w ogóle. Już sam tytuł, w którym autor zestawia Kresy ze słowem nowoczesne, może powodować z jednej strony zdumienie, z drugiej zaciekawienie. I warto ulec tej drugiej.
 
„Kresy nowoczesne. Architektura na ziemiach wschodnich II RP (1921-1939)” Michała Pszczółkowskiego znalazły się w gronie dziesięciu publikacji zakwalifikowanych do konkursu „Książka Historyczna Roku” w kategorii „Najlepsza książka naukowa poświęcona dziejom Polski i Polaków w XX wieku”. Poza nagrodą, którą przyzna jury, jest i druga, którą czytelnicy wyróżnią jednego z autorów. Wybiorą go w internetowym plebiscycie. Głosować na historyczne publikacje można do końca października na stronie konkursu, www.ksiazkahistorycznaroku.pl. Na książkę toruńskiego autora również. Trzymajmy zatem kciuki za Michała Pszczółkowskiego i jego „Kresy nowoczesne”.


Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  17.10.2017

środa, 11 października 2017

Fikcja a toruńska rzeczywistości w kryminale Małeckiego


Jak się już nowego Małeckiego weźmie do ręki, to trudno go odłożyć. Takie jest moje doświadczenie po lekturze drugiej część z toruńskiej trylogii kryminalnej Roberta Małeckiego „Porzuć swój strach”. I to może być dla niektórych wystarczająca rekomendacja, by sięgnąć po tę książkę. Bo to znaczy nic innego, jak tylko, że fabuła jest intrygująca i prowadzona tak zręcznie, iż każdy kolejny zwrot akcji tylko podsyca czytelniczą ciekawość, że trudno odsunąć w czasie poznanie tajemnicy. A ta, zamiast ze strony na stronę nieco błyskać światłem w tunelu mrocznej historii, wydaje się pączkować i coraz bardziej gmatwać. Jednocześnie autor nie szarżuje z udziwnieniami czy naciąganymi efektami, by tę uwagę trzymać. Ktoś może powiedzieć, taka natura gatunku, każdy kryminał prędzej czy później dochodzi do takiego punktu, że czytelnik chce dowiedzieć się, kto zabił, względnie dlaczego. Niby tak. Tylko po co sięgać po kryminał, który zassie nas w połowie, gdy można wziąć taki, który już po pierwszym rozdziale nie pozostawia miejsca na oddech, a co dopiero ziewanie.

Przyznam szczerze, że początkowo po kryminały Małeckiego sięgnęłam kierowana bardziej lokalnym patriotyzmem, niż ciekawością kim tym razem będzie główny bohater tropiący zło. Może zbyt duża liczba przeczytanych powieści tego gatunku doprowadziła mnie do przesytu. Ale Toruń jako tło i miejsce akcji spowodował, że pochyliłam się nad losami i śledztwem dziennikarza Marka Benera, a nie odwrotnie. I jeśli dla kogoś taka perspektywa czytania tej książki może być zachętą, to również się nie zawiedzie. Małecki prowadzi swoich bohaterów po Toruniu, jaki znamy nie z cukierkowych katalogów, ale z dnia codziennego. I niczego nie patynuje większym brudem, niż jest w rzeczywistości, ani nie lukruje. Do tego granicę między fikcją literacką a światem realnym rozmazuje nieco, jakby bawił się z nami, wkręcał i puszczał do nas trochę oko. Do nas odbiorców z Torunia i tych, którzy nasze miasto znają. Toruński czytelnik przemieszczając się razem z bohaterem po mieście, będzie widział mimowolnie konkretne ulice i domy. Będzie wchodził razem z nim do konkretnego budynku na Rubinkowie, będzie widział konkretne twarze przywoływanych, prawdziwie istniejących osób. Będzie też w pamięci szukał miejsca, gdzie w okolicy Krzywej Wieży jest ta piwnica, w której zagnieździło się hazardowe zło. I wtedy może poczuć się złapany w małą zasadzkę i zobaczyć nad sobą uśmiechniętego autora, który mruga porozumiewawczo – no co, dałeś się nabrać, że to na serio, przecież to fikcja. Jeśli komuś z kryminałem nie po drodze, to choćby dla tych lokalnych smaczków warto sięgnąć po książki Małeckiego, bo poza głównym wątkiem dyskretnie przemyca również lokalne historie i anegdoty.

 Książka „Porzuć swój strach” ku mojemu zdziwieniu, zaciekawiła mnie na tyle mocno, że nie potrafiłam jej sączyć, czułam się wręcz zmuszona do tego, by pochłonąć ją łapczywie, w kilka godzin, od razu. I to spory komplement dla autora. Jednym słowem, Małecki wciąga i myślę, że nie powinno się przechodzić obok niego w księgarni obojętnie. Polecam i nie tylko ze względu na toruńskie akcenty w powieści.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  10.10.2017

środa, 13 września 2017

Czterdzieści lat z życia miasta w albumie

Czterdzieści lat czy to dużo? W życiu człowieka owszem. W życiu miasta, które liczy sobie lat ponad siedemset osiemdziesiąt, ta czterdziestka to pozornie nie aż tak wiele. Jednak gdy ogląda się album Andrzeja Kamińskiego „Toruń w obiektywie fotoreportera 1960 – 2000”, można odnieść wrażenie, że to jednak cała epoka. Już na samym początku czytamy, że niniejszy album nie jest ani kroniką odnotowującą ważne wydarzenia, ani też opisem zmian architektonicznych w miejskiej tkance. Nawet jeśli faktycznie nie znajdziemy tam zdjęć dokumentujących istotne momenty tego czterdziestolecia, to jednak oglądając ten album trudno zgodzić się z tym drugim zastrzeżeniem. Bo takim zapisem zmian właśnie on jest i nie tylko tych architektonicznych, ale i obyczajowych. Przewracając pierwsze karty albumu, ruszamy w podróż po czasie i po ulicach Starego Miasta, przedmieściach i osiedlach. Rzeczywiście nie jest ona jakoś specjalnie odświętna, ale zwyczajna, codzienna, chwilami zabawna. To opowieść nie tylko o mieście, ale i o nas, bo tak jak zmieniała się przestrzeń, tak i zmienialiśmy się my, mieszkańcy. A to, że dla autora zdjęć istotni są ludzie, zdaje się sygnalizować już pierwszym zdjęciem. Rynek Staromiejski i tłum torunian. To oni są ważni, nie Miss Świata, na którą wszyscy spoglądają. Kiedy na nie patrzyłam, odruchowo zaczęłam szukać znajomych twarzy. Znalazłam jedną, koleżankę z liceum. Ale jest w tym zdjęciu coś dużo bardziej interesującego, zaledwie dwie osoby mają aparaty fotograficzne w dłoniach, reszta stoi patrzy, słucha. Sytuacja nie do pomyślenia dziś. Bo dziś zamiast twarzy, spośród których moglibyśmy wyłuskiwać znajomych, mielibyśmy las rąk z podniesionymi telefonami. Inny czas, inne obyczaje.
Fotografie Kamińskiego zapraszają nas do przejścia przez miasto, które jest zupełnie różne od tego, po którym dziś chodzimy lub miejscami, którego zwyczajnie już nie ma. Bo nie ma już tych przedmieść widniejących na zdjęciach, a bloki i drogi, na które tam patrzymy, jak właśnie powstają, wydają nam się taką oczywistością, jakby istniały od zarania. A to wszystko nie takie wiekowe wcale. I myślę o mieście, w którym dziś mieszkamy, jak będzie wyglądać ono za dwadzieścia, trzydzieści lat. Czy je poznamy? Czy będziemy z niego dumni? Czy będziemy wzdychać z sentymentem za kolejnymi utraconymi domami, drzewami? I jacy my wtedy będziemy? Czy będziemy śmiać się z siebie? Czy może tylko dziwić?
 
„Toruń w obiektywie fotoreportera 1960 – 2000” Andrzeja Kamińskiego powinien być pozycją obowiązkową na półce każdego, kto żywo interesuje się naszym miastem i jego historią, czy też po prostu zwyczajnie je lubi. Ten album to prawdziwa kapsuła czasu, w której teleportacja jest całkowicie bezpieczna, choć wzruszenie należy wpisać w koszty. Polecam.
 
 Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  12.09.2017

czwartek, 31 sierpnia 2017

Widma z „Wesela” ciągle krążą nam nad głowami

Jaki cytat pojawia się jako pierwszy, gdy mówimy o „Weselu” Wyspiańskiego? „Cóż tam, panie, w polityce?”, „A to Polska właśnie” czy „Miałeś, chamie, złoty róg”? A może „Sami swoi, polska szopa” lub „Chłop potęgą jest i basta”? Gdy zaczęłam się nad tym zastanawiać, w myślach zalał mnie strumień zdań. To nie jedna, dwie czy pięć fraz. Mogłabym wymieniać i wymieniać. Ale już, gdy zaczęłam pytać o to samo znajomych, najczęściej najpierw chwila ciszy i pustka. Po pierwszym podrzuconym zdaniu uruchamiały się kolejne. I uświadomiłam sobie, że jest to chyba jedyne takie dzieło w polskiej literaturze, z którego słowa wyrwały się i krążą ze sporą intensywnością w przestrzeni języka, do tego niosą skojarzenia i odniesienia. Mówimy „Weselem”, często nie zdając sobie z tego sprawy. Po ponad stu latach od jego krakowskiej premiery i skandalu obyczajowego w tle, teksty ze sztuki nadal żyją, choć już zupełnie innym życiem. Jesteśmy „Weselem” przesiąknięci. Ono jest trochę jak I-Cing lub może lepiej jak Biblia. I to narodowa. Tylko czy potrafimy z niej korzystać? Czy rozumiemy znaczenie poszczególnych zdań? Czy tylko powtarzamy w kółko w oderwaniu już nie tylko od dzieła, ale i od sensu?
Dziwiło mnie zatem, że w dniu Narodowego Czytania nie tak szybko sięgnięto po tę pozycję. Choć z jednej strony to może i dobrze. Chyba żadne z czytanych dotąd dzieł nie trafiło tak celnie w czas, jak dziś trafia „Wesele”. W chwili, gdy jesteśmy pękniętym na pół społeczeństwem, potrząsanym sporem politycznym, który już dawno wymknął się spod kontroli i zdaje się, że dryfuje w nieznanym kierunku, odpowiedzi na pytanie, co się z nami stało, może należy zacząć szukać „Weselu” właśnie. W tym, co już było, bo to żadna tam przeszłość i przaśny skansen opisujący niegdysiejsze obyczaje. „To co było, może przyjść”. Polityka zalewa nam wolne dotąd od niej strefy, a my dziwimy się, skąd to przyszło, gdzie to było pochowane, skąd tyle widm krąży nam nagle nad głowami. Sami je wywołaliśmy. Zżymamy się na nową listę lektur dla licealistów, na wątpliwej jakości literaturę, a klasykę na niej obecną traktujemy jak kamienne tablice zaklęte w kanonicznym kręgu. I ten jeden dzień głośnego Narodowego Czytania miał ten stan odmienić, odczarować. Wyrwać ważne pozycje naszej literatury ze szkolnych rozprawek i bryków. Przywrócić im żywe miejsce. Tylko czy faktycznie tak jest? Czy czasem nie dzieje się tak, że Narodowe Czytanie zaczyna być wesołą przebieranką z książką w ręku? I nie ma w tym nic złego, tylko żeby w tym okraszaniu zabawą też nie przedobrzyć i nie zgubić samego dzieła. Bo to ono powinno być tu najważniejsze, nie kostium.
W najbliższą sobotę „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego będzie czytane w Teatrze Horzycy i w Baju Pomorskim, w Książnicy Kopernikańskiej i w Młodzieżowym Domu Kultury, a także w szkołach. Każdy, kto ma ochotę może dołączyć nie tylko jako słuchacz. Z pewnością organizatorzy zadbają o stosowną scenerię i nie wykluczone, że i nawet o „weselny” poczęstunek. Tylko że to nie ta kolorowa otoczka jest tego dnia istotna. Ważne są słowa. I sensy, jakie za nimi płyną. A i zaklęciami trzeba ostrożnie, bo niewinne zawołanie: „Przyjdź, chochole, na Wesele!”, może sprowadzić do tej zabawy całkiem realne widma. Ale to już chyba wiemy.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  29.08.2017

wtorek, 11 lipca 2017

Co ma Bonowicz do piernika w toruńskim ABC


Na wydanie alternatywnego przewodnika po Toruniu Kariny Bonowicz czekałam z niecierpliwością. Gdy rok temu pojawiła się pierwsza, internetowa wersja tego projektu nie miałam żadnej wątpliwości, że „Co ma piernik do Torunia... czyli subiektywny przewodnik po mieście (nie tylko) Kopernika dla (nie tylko) nowojorczyka” powinien ukazać się w wersji papierowej i co prędzej pojawić się w księgarniach, informacji turystycznej oraz punktach sprzedaży pamiątek. I wcale nie dlatego, żeby informatorów o historii, zabytkach i o mieście dla chętnych, by je poznawać brakowało, przeciwnie jest ich sporo. Jednak takiej propozycji, jak bedeker Bonowicz dotąd nie było. Jest przewrotny, dowcipny, czasem zaskakujący, ale zgodny z duchem i historią miasta. Zresztą wszystko od duchów się zaczęło. To informacja o seansach spirytystycznych w Dworze Artusa była przyczynkiem do powstania tego przewodnika, do zebrania w jednym miejscu anegdot, ciekawostek i legend miejskich. Zdarzenia, przypadki i osobliwości sadowione dotąd na marginesie, wyszły na pierwszy plan. Wyłuskane z historii miasta nie tylko te nieznane i nieoczywiste, a czasem i kuriozalne wątki, osadzone w kontekście dziejów i doprawione ornamentem humoru, dały w efekcie niezwykle oryginalną opowieść o Toruniu dawnym i dzisiejszym. W „Co ma piernik do Torunia…” autorka nieustannie to mruży oko dociekliwego badacza, wygrzebując postaci związane z Toruniem i ich losy całkiem na serio, to za chwilę tym samym okiem mruga do nas porozumiewawczo, jakby mówiła, przecież wiadomo, że Kopernik była kobietą. Oprócz Kopernika, pierników, krzyżaków, flisaków i żab, w przewodniku pojawiają się inne motywy, osoby i wydarzenia, które przyczyniały się do tego, że miasto na przestrzeni lat zyskiwało na rozgłosie. Jest zatem o królewskim sercu zmarłego w Toruniu Jana Olbrachta ukrytym w posadzce Katedry Świętych Janów, ale jest też o pierwszym zarażonym ptasią grypą łabędziu w Polsce i jego słomianym pomniku. Mogłoby się chwilami wręcz wydawać, że książka jest jakimś rodzajem zabawy literackiej. Nieco szaloną gawędą o mieście, schowaną pod formą turystycznego ABC, gdzie prawda elastycznie się wygina i surrealistycznie miksuje z żartem i konfabulacją. Ale to tylko pozory. Przewodnik Bonowicz jest zbiorem jak najbardziej prawdziwych epizodów i zdarzeń, a że subiektywnie skomponowanym i podanym w narracji przepełnionej dowcipem, to tylko jego zaleta. Dobrze by było, gdyby z czasem „Co ma piernik do Torunia...” pojawił się również w innej, poza polską, wersji językowej. Nie każdy wszak turysta, jak na przykład ów wspomniany nowojorczyk, włada na tyle językiem polskim, by móc zwiedzać miasto trzymając ów przewodnik w ręku. Poza tym jest on niewątpliwie oryginalną promocyjną perełką, ze sporym potencjałem, z którego warto czerpać. Może w przyszłości pokusić się o audioprzewodnik z dołączoną mapką zwiedzania? Może nawet z głosem autorki. Ciekawe, co ona sama na to? Tymczasem książkę można już nabyć w toruńskich księgarniach oraz na stronie Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Z autorką natomiast będzie można spotkać się 31 lipca o godzinie 19 w Dworze Artusa. Znając Karinę Bonowicz, z pewnością nie będzie nudno.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  11.07.2017

piątek, 2 czerwca 2017

Nie tylko biblioteki cyfrowe są dostępne nocą


Moja przygoda z Cyfrową Biblioteką Narodową Polona zaczęła się kilka lat temu od rosołu. „Wypłukawszy starannie mięso w studziennej wodzie, nalać go takąż świeżą wodą i gotować na bardzo wolnym ogniu ciągle szumując szumownicą, w czasie czego należy rosół posolić. (…) Pozłotę czyli tłustość używa się do lampek lub sprzedaje mydlarzom.” Wtedy to, trochę pod prąd modzie na wymyślanie coraz to egzotyczniejszych połączeń smaków, postanowiłam ugotować najbardziej klasyczny z możliwych rosół. Współcześnie wydana „Kuchnia Polska” wydawała mi się zbyt mało tradycyjna, potrzebowałam inspiracji ze zdecydowanie starszej publikacji z recepturami. I tak trafiłam na Polonę, a tam na wydanie z 1860 roku, „365 obiadów za pięć złotych” ikony dziewiętnastowiecznych gospodyń domowych, Lucyny  Ćwierczakiewiczowej. Mimo że z pozłotą nie biegałam do mydlarzy ani wody studziennej nie szukałam, choćby w okolicach Winnicy, zupa smakiem dorównywała obcowaniu z językiem epoki. Od tamtego rosołu na Polonę zaglądam regularnie. To miejsce potrafi wciągnąć równie mocno, co portale społecznościowe, a może i czasem nawet bardziej, przynosząc nie tylko wiedzę, ale też sporą porcję rozrywki. Na stronie głównej nie brakuje kotów i psów, do tego stare zdjęcia, pocztówki, mapy, poradniki, czasopisma oraz inne osobliwości, przetykane perełkami literatury. Gdy zaczyna się przeglądać ten serwis, można chwilami ulec wrażeniu, że trafiło się na jakąś kulturową żyłę złota i nie pozostaje nic innego tylko korzystać z okazji i kopać głębiej te zdigitalizowane zasoby z magazynów Biblioteki Narodowej, do tego powszechnie dostępne. W swoich zachwytach nad obcowaniem z biblioteką cyfrową nie mogę, rzecz jasna, pominąć naszej regionalnej, Kujawsko-Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej, którą zaczęłam eksplorować znacznie wcześniej niż Polonę. Ostatnio zaglądam do niej regularnie, by poczytać „Gazetę Toruńską” z końca dziewiętnastego wieku. Jeszcze kilka lat temu, żeby sięgnąć po to stare czasopismo, musiałabym pobiec do czytelni mikrofilmów i tam przesuwać pokrętłem klatka po klatce, teraz przerzucam obraz za obrazem na ekranie komputera, siedząc przy swoim biurku. To ogromne ułatwienie, ta dostępność archiwalnych zasobów bibliotecznych w sieci, jednak czy czasem tradycyjne biblioteki na tym w jakiś sposób nie tracą?
Biblioteki to dziś miejsca, do których przychodzi się nie tylko wypożyczyć książki, to większe i mniejsze centra kultury promujące czytelnictwo, na czasami, nieoczywiste sposoby. W chwili, gdy pojawiły się w nich pierwsze komputery, zostały odczarowane z wyobrażenia, że są archaiczną przechowalnią z przykurzonymi książkami, co to roztocza hodują między pożółkłymi kartkami, a digitalizacja zasobów otworzyła na oścież nowe okna i drogi do nich, tak, że stały się cyfrowymi i multimedialnymi punktami dostępu do kultury. To z nich bije źródło, to one są tym początkiem, z którego strużkami wypływają zasoby do sieci, poszerzając dynamicznie liczbę czytelników. Część z tych cennych zbiorów Książnicy Kopernikańskiej będzie można zobaczyć w najbliższą sobotę, 3 czerwca, podczas Nocy Bibliotek. To wyjątkowa okazja, niecodziennie można przecież wejść do magazynów bibliotecznych i to prawdziwie, nie wirtualnie.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  30.05.2017