Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toruń - wydarzenia kulturalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toruń - wydarzenia kulturalne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 września 2018

Podmurna ulicą przyjaźni, murali i poezji


Podejrzewam, że wiele osób przechodząc w ostatnich dniach ulicą Podmurną i obserwując pracę toruńskiej artystki Iwony Liegmann, zastanawiało się, dlaczego na ścianie budynku pod numerem 52 Hendrik Marsman wspomina Holandię. Skąd tu na Starym Mieście nagle pejzaż z wiatrakiem? Ano z Lejdy! Właśnie mija trzydzieści lat od chwili, gdy Toruń rozpoczął współpracę z Lejdą i podpisał oficjalną umowę, na mocy której staliśmy się miastami bliźniaczymi. Ten jubileusz Towarzystwo Miast Partnerskich Torunia postanowiło uczcić w sposób wyjątkowy, przenosząc cząsteczkę ducha Lejdy do naszego miasta. Bo Lejda to nie tylko miasto Rembrandta i malarzy, ale też miasto poezji. Na fasadach ponad stu kamienic można tam znaleźć wiersze z całego świata i to w oryginale. Po rosyjsku, hiszpańsku, włosku, japońsku, szwedzku i naturalnie po polsku również. W Lejdzie na murach są trzy polskie wiersze, „Bajdary” Adama Mickiewicza, „Pochwała złego o sobie mniemania” Wisławy Szymborskiej i „Pisałem” Tadeusza Różewicza.  Lejdę kopiują inne miasta, Sofia, Paryż, Berlin. Wiersze na murach pojawiły się też w Poznaniu i Lublinie. Holendrom bardzo zależało, by Toruń, miasto bliźniacze zarazić tym projektem i wraz z Towarzystwem Miast Partnerskich Torunia od dawna próbowali nakłonić urzędników, by na nasze starówkowe mury wpuścić trochę poezji, na początek niderlandzkiej poezji. A co ma wiatrak do piernika? Na Starym Mieście powinny być akcenty historycznie toruńskie, więc holenderskie to mogą być jedynie kafle z wiatrakami w Muzeum Kopernika. Jednak udało się. Tak niderlandzkie „Wspomnienie Holandii” Hendrika Marsmana znalazło się na muralu wraz z tłumaczeniem Jerzego Kocha. I gdyby jeszcze sentencja o trzydziestoletniej współpracy została także przetłumaczona, choć może nie na niderlandzki a angielski, to przekaz byłby czytelny dla każdego, obcojęzycznego turysty również.
Czy będzie to jedyny wiersz na toruńskim murze? Taka rocznicowa pamiątka. Czy może z czasem pojawią się kolejne? A może to początek poetyckiej wymiany z naszymi wszystkimi miastami partnerskimi? Widoczne ślady przyjaźni w przestrzeni miasta. Sądzę, że o sto fasad dla poezji na Starym Mieście mogłoby być trudno, ale te jedenaście dla kolejnych miast bliźniaczych nie powinno stanowić aż takiego problemu. Na samej Podmurnej znalazłoby się z pięć czy sześć. Tym sposobem ulica Podmurna byłaby nie tylko ulicą przyjaźni, bo to na niej mieści się siedziba Towarzystwa Miast Partnerskich Torunia. Byłaby nie tylko ulicą murali, bo ten najnowszy jest już trzecim. Ale byłaby również ulicą poezji. A skoro jubileusz jest najlepszym pretekstem do takich inicjatyw, to jeszcze w tym roku mógłby pojawić się na jakiejś fasadzie kolejny wiersz, przypominający o naszej czterdziestoletniej współpracy z Getyngą. Duch Lejdy przetarł już szlak.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  11.09.2018

piątek, 31 sierpnia 2018

Skyway – tłum ponownie zaskoczył organizatorów


Dziesiąta edycja Festiwalu Bella Skyway skłania do podsumowań, choć jest to jedna z tych nielicznych imprez, której sukces obwieszcza się, na długo przed startem. Bo skoro New York Times o nas napisał, to nie ma się co krygować, jesteśmy najlepsi. Jednak warto spojrzeć na drogę, jaką przeszło to wydarzenie i czym jest dzisiaj. Zaczęło się od idei połączenia sztuki z astronomią. Potem doszedł trzeci element, ludzie, który stał się wyznacznikiem sukcesu. A właściwiej tłum, który zawładnął imprezą i dziś można odnieść wrażenie, że również zdominował dwie pierwsze składowe. Wajcha z wydarzenia stricte artystycznego przechyliła się na rzecz produktu turystycznego. W końcu za najlepszy produkt turystyczny nagrodę dostał. I jeśli nawet dotąd organizatorzy starali się balansować pomiędzy tym, co artystyczne a turystyczne, w tym roku wyraźnie odpuścili siłowanie się. Wpuszczenie straganu ze świecidłami w sam środek instalacji grupy Compagnie Carabosse na zamku wyraźnie pokazało, czym ta impreza jest dziś. Hybrydą z mrugającymi rogami, gdzie na artystyczny przekaz bywa przy ciasno. A wszystko po to, by zadowolić tłum, bo niewykluczone, że to on głównie przyczynił się do tego światowego rozgłosu. Publiczność szacowana na prawie dwukrotną liczbę mieszkańców to wynik niebagatelny, ale i spora odpowiedzialność za bezpieczeństwo. A jak z nim jest? Stojąc w tłumie, w wąskim gardle pomiędzy Bajem Pomorskim a zamkiem, gdzie masa ludzka napierała z dwóch kierunków, zaczęłam się zastanawiać, czy podobnie było na tych tragicznych juwenaliach w Bydgoszczy. Ktoś nawet w tym tłumie zapytał: „A jakby teraz wybuchła się panika?” Nie wybuchła. Organizatorzy zadbali, by rozpędzone auto nie wjechało w tłum, stawiając u wylotu deptaka autobus, zadbali, by tłum nie rozdeptał kwiatów na bulwarze, okalając je taśmami, ale chyba nie pomyśleli, że tłum może także rozdeptać sam siebie. Zdaję sobie sprawę, że festiwal jest wyzwaniem logistycznym i wszystkiego przewidzieć się nie da, ale żeby wyciągać wnioski z wydarzeń w Barcelonie a w regionie już nie? Doświadczenie tej sytuacji uzmysłowiło mi, że mylnie zakładałam, że po dziesięciu latach, ekipa, która go organizuje, wie sporo o tłumie. W tym roku tłum ponownie zaskoczył organizatorów.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  28.08.2018

piątek, 17 sierpnia 2018

Scena na Wiśle absolutnym hitem tego lata


Wątek sceny plenerowej, na której odbywały się letnie koncerty, przez kilka lat budził większe lub mniejsze kontrowersje. Na coraz głośniejszym, opanowanym przez ogródki piwne Rynku Staromiejskim dostawiano jeszcze scenę, a czasem nawet dwie i kakofonia osiągała najwyższe rejestry. Mieszkańcy załamywali ręce, dołączali do nich gastronomicy, a i dla samych gości było to również niekoniecznie komfortowe. Organizatorzy koncertów wydawali się jakby impregnowani na argumenty, a urzędnicy nie widzieli problemu. Na szczęście ten etap mamy chyba już za sobą, bo stał się cud za sprawą ubiegłorocznego święta Rzeki Wisły, scena z rynku przeniosła się na wodę i w tym sezonie również na nią powróciła. Tak jak rok temu, można było powiedzieć, że cieszyła się zainteresowaniem, to tego lata jest już ona absolutnym hitem. A kilka wydarzeń wciąż jeszcze przed nami. Bo i koncert pamięci Andrzeja Zauchy w piątek 17.08, gdzie wystąpią między innymi: Krystyna Prońko, Małgorzata Ostrowska, Katarzyna Groniec i Janusz Szrom, w sobotę 18.08 występ zespołu Duo Vitare w ramach Międzynarodowego Festiwalu „Nova Muzyka i Architektura”, a przez dwa najbliższe dni sceną zawładnie Festiwal Wisły i szanty.
Potencjał sceny na Wiśle jest ogromny, bo z podobną przyjemnością słucha się tam alternatywnych brzmień zespołu Tęskno, co coverów w wykonaniu Joanny Wojnowskiej i Rafała „Zwierzaka”, czy koncertu Toruńskich Gwiazd. Naturalne otoczenie ma jednak niedoceniane znaczenie w odbiorze muzyki. Dzięki temu, że scenę wykorzystuje wielu organizatorów, mamy na niej nie tylko różnorodność gatunków muzycznych, ale też nieomal codziennie, mniej lub bardziej przypadkowo, możemy posłuchać koncertu. Szkoda tylko, że w pobliżu sceny nie ma informacji repertuarowej, czyli kto i kiedy wystąpi. Niby taka oczywistość, a nie ma. Wisi wprawdzie baner, który odsyła na stronę kulturalnelato.pl, to jednak jakaś wizualna forma zbierająca wszystkie koncerty niezależnie również by się przydała.
Niewątpliwie do sukcesu sceny na Wiśle przyczyniła się w tym roku pogoda. Scena plenerowa ma to do siebie, że jej popularność w znacznej części zależy od aury. Cóż po najbardziej wyszukanych artystach, gdy pada, siąpi, ewentualnie grzmi. Ale jeśli wierzyć toruńskiemu klimatologowi Rafałowi Maszewskiemu, to do upałów w kolejnych latach powinniśmy się już powoli przyzwyczajać, bo średnia temperatura z roku na rok rośnie i tropikalne wieczory za chwilę nie będą żadną egzotyczną anomalią. Zatem przeniesienie latem życia towarzyskiego i kulturalnego nad rzekę wydaje się kierunkiem tyleż atrakcyjnym, co przypuszczalnie, nieuniknionym.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  14.08.2018

czwartek, 4 stycznia 2018

Pióra nad Wisłą, czyli kulturalny flesz po 2017

Początek roku to czas wszelkich podsumowań i rocznych przeglądów, przeplatanych z prognozami i planami. Najważniejsze, najciekawsze, najlepsze. Miniony rok w toruńskiej kulturze nie przyniósł jakichś szczególnych przełomów, wstrząsów, czy skandali. Przeciwnie, można nawet powiedzieć, że upłynął w miarę spokojnie, co wcale nie znaczy, że nudno i nijako. Maj i czerwiec tak kipiały festiwalami, że widzowie momentami zmuszeni byli do trudnych wyborów, co wybrać, a z czego zrezygnować, bo wiele imprez toczyło się równocześnie. Podobnie przepełniony był kalendarz w letnich miesiącach, co prawda ciężar gatunkowy imprez tam był różny, ale ilość faktycznie imponująca. Jesień przyniosła nowe otwarcie i ustabilizowanie sytuacji w Teatrze Horzycy oraz bezsprzeczne wydarzenie roku, czyli wystawę twórczości Davida Lyncha. Koniec roku zaś zapowiedź zmian w zarządzaniu trzema istotnymi miejskimi instytucjami, których konsekwencje dopiero przed nami.
Moje szybkie i subiektywne podsumowanie ubiegłego roku zatrzyma się jednak przy dwóch imprezach plenerowych, które zapamiętać warto. Jedną za efemeryczność, bo pewnie nie tak szybko powtórzy się spektakl, w którym tony podświetlonych piór wirować będą w rytmie muzyki nad miastem. A tak działo się podczas widowiska  „Plac Aniołów” odbywającego się w ramach 20-lecia wpisania toruńskiego Zespołu Staromiejskiego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. I choćby tylko dla tych piór warto było wyjść z domu na Rynek Staromiejski. Nie wątpię też, że pióra te długo jeszcze będą krążyć w filmach i na zdjęciach reklamowych. Podobnie rzecz się ma z drugą imprezą, Festiwalem Wisły, jej rozmach był na tyle fotogeniczny, że ożywiona jednostkami pływającymi rzeka, z pewnością znajdzie się w niejednym folderze promocyjnym. Jest jednak coś, co znacząco różni oba te wydarzenia, Festiwal Wisły ma ogromny potencjał, by stać się imprezą cykliczną, nie tylko jednorazową. I choć na fali sukcesu padły słowa pełne nadziei, że impreza powinna wpisać się na stałe w letni kalendarz, to wiele zależeć tu będzie zarówno od determinacji organizatorów, jaki i wsparcia samorządów. Jedno jest pewne, zapaleńcom z Kujawsko-Dobrzyńskiej Organizacji Turystycznej Wisła leży na sercu i to bardzo głęboko. A co z tego zamiłowania jeszcze wyniknie? Przekonamy się w tym roku.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  02.01.2018

czwartek, 26 października 2017

Co nam przyniósł Rok Rzeki Wisły


Dokładnie rok temu zaczęło się od bitwy na rzece. A na Wiśle stanęła scena. To była tylko widowiskowa namiastka, zapowiedź tego, co czekać nas będzie przez kolejne miesiące Roku Rzeki Wisły w Toruniu i regionie. Potem już było tylko ciekawiej i intensywniej. Regaty, spływy, mistrzostwa, pikniki. Na wodzie scena zadomowiła się na dobre. Wystawy: „Dla żeglowania bezpiecznego. Święci patroni i sanktuaria wodniaków wiślanych”, „Wisła w dokumencie archiwalnym”, „Wiślanym szlakiem – nadwiślańskie krajobrazy”. Aż po kulminacyjny Festiwal Wisły. Imprezę, która oczarowała pomysłem i rozmachem oraz udowodniła, jak ogromny potencjał rekreacyjno-turystyczny, ale i kulturalny mamy na wyciągnięcie ręki ku rzece. Echa tego wydarzenia poszły w świat i podobno są miasta, które nam zazdroszczą tej realizacji. A to wszystko dzięki zapaleńcom z Kujawsko-Dobrzyńskiej Organizacji Turystycznej, przez których na tych kilka sierpniowych dni rzeka ożyła, zapełniła się, przyciągnęła tłumy i pokazał, to co niby jest oczywiste, ale nie dość eksponowane, że Wisła inspiruje, uczy, łączy i spaja region. Zatem nie ma się co dziwić, że prezydent Zaleski zamykając Festiwal Wisły, wyraził nadzieję, że impreza ta wpisze się do toruńskiego kalendarza letnich wydarzeń, jako cykliczna. Potencjał na rozkwit festiwalu jest spory. Determinacji organizatorom nie brakuje, co było widać w trakcie realizacji tej edycji. Tylko, czy nowa koncepcja zagospodarowania Bulwaru Filadelfijskiego będzie dawała możliwości rozwoju tej imprezie? Tu pojawiają się głosy, które nie są aż tak entuzjastyczne.
Rok Rzeki Wisły dobiega właśnie końca, a wraz z nim imprezy i wydarzenia tematyczne. Kilkanaście dni temu Centrum Nowoczesności Młyn Wiedzy w ramach przestrzeni „Rzeka” udostępniło piracki statek z zabawami edukacyjnymi. Najmłodsi będą mogli z niego korzystać przez najbliższy rok. Przed nami w listopadzie jeszcze otwarcie wystawy w Muzeum Historii Torunia „Toruń – życie nad Wisłą”, na której będzie można zobaczyć pocztówki, grafiki, zdjęcia oraz eksponaty z życia codziennego mieszkańców przedmieścia portowego. Niewykluczone, że ukaże się też jeszcze w tym roku publikacja inspirowana Wisłą i jej relacją z naszym miastem. I na tym chyba kończą się już obchody Roku Wisły w mieście. A co nam po nim pozostanie? Z pewnością dęby posadzone w Alei Wiślanej. Plaża na Kępie Bazarowej, która powstanie w przyszłym roku z budżetu partycypacyjnego. Niewykluczone, że wspomniany Festiwal Wisły powróci w drugiej edycji. Dobrze by było, żeby i scena na wodzie pojawiła się, jako stały element krajobrazu Bulwaru Filadelfijskiego w kolejnych sezonach letnich. Przeniesienie większości koncertów z Rynku Staromiejskiego, gdzie były bardziej utrapieniem niż urozmaiceniem, nad Wisłę, uważam za bardzo trafioną decyzję. Scena na wodzie była chyba jedną z ciekawszych lokalizacji letnich koncertów w ciągu ostatnich lat. Przede wszystkim zniknął estradowy chaos z Rynku Staromiejskiego. Bulwar stał się naturalnym amfiteatrem, który podczas koncertów gromadził regularnie całkiem sporą publiczność, a to jest niemały sukces. Dlatego może warto to kontynuować. Zatem wiele wskazuje na to, że Rok Rzeki Wisły może i się kończy, ale otwiera nowy rozdział w relacji miasto-rzeka. A o to chyba właśnie chodziło.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  24.10.2017

środa, 6 września 2017

Koniec kulturalnego, a może tłumnego lata w naszym mieście?

Kolejne „Kulturalne lato” w mieście za nami. Patrząc na plakaty ze zbiorczym planem imprez na ten czas, można było odnieść wrażenie, że Toruń w minione wakacje żył niczym innym, jak tylko kulturą. I pewnie jakieś ziarno prawdy w tym jest. Ba! Nawet spore, bo na brak koncertów czy festiwali latem nie można było narzekać. Jednak, gdy przyjrzeć się głębiej temu, co składało się na ów program, mogą pojawiać się wątpliwość, czy słowo „kulturalne” rozumie się podobnie, jak zdaje się pojmować je autor tego zestawienia. I nie chodzi mi o szukanie dziury w całym, jakże bogatym grafiku, ale o to, że nadużywanie słów niezgodnie z ich znaczeniem prędzej czy później prowadzi do nieporozumień. Wychodzi na to, że szyld „kulturalne” robi za worek, w którym da się upchnąć wiele. I piknik i rajd samochodowy i food trucki i inne atrakcje sportowe. Samo tworzenie jednego kalendarza wszystkich imprez odbywających się w mieście jest pomysłem jak najbardziej trafionym, tu nie ma wątpliwości. Tylko czy to wszystko razem powinno być akurat pod hasłem „kulturalne”? Czy aby ten skrót myślowy, dający ładną otoczkę skojarzeniową, nie powoduje, że w niektórych głowach utrwala się przekonanie, że pod „kultura” można podciągnąć teraz już każde wydarzenie? Przecież jeszcze nie tak dawno pretendowaliśmy do tytułu ESK, zatem to oczywiste! Gorzej, gdy ktoś zaczyna nazywać rzeczy po imieniu i odklejać ponaciągane etykietki. Wtedy jest hejt. Nikogo nie poruszyło jakoś specjalnie wrzucenie food trucków do tej samej puli imprez „kulturalnych” co Skywaya, ale już mówienie o tym drugim jako komercyjnej rozrywce, wywołało oburzenie organizatora. Czy słusznie? I co ma jedno do drugiego? Gdzie food truckom mierzyć się z festiwalem światła? To, że leżą w jednym worku „kulturalnych” wydarzeń, to żadna zbieżność. To przypadek. Czyżby?
Sezon wakacyjny ma przyciągać do miasta, a szczególnie na Stare Miasto, jak największą liczbę odwiedzających. Wiemy, że w ostatnim roku przybyło ich ponad dwa miliony. Jaka jest granica, nie wiemy. Jesteśmy miastem otwartym, ma być więcej i więcej. Atrakcji szeroko pojętych też ma być więcej i najlepiej trafiających w szerokie gusta. Ale przy tym nic nie może nam uchybić z wizerunku, stąd kulturalna otoczka do spięcia całości. I nie ma co udawać, że jest inaczej. Większość z tych działań jest nakierowana na to, by przybywali do miasta turyści. Może trzeba to jasno powiedzieć, a potem to dobrze skomunikować. Dlaczego z całego tego „Kulturalnego lata” nie zrobić jednego dużego festiwalu, pod jednym szyldem, z jednym przesłaniem mieszczącym wszystko? Tak zrobił z sukcesem Supraśl swoim Podlasie SlowFestem. To może i Toruń spróbuje? Będzie czytelne dla wszystkich. Tylko że u nas raczej nie będzie chodzić o slow. O kulturę też chyba nie. Zatem o co? Właśnie, o co może chodzić?

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  05.09.2017

wtorek, 18 lipca 2017

Protest niczym performance bez odbioru

Kilka tygodni temu rzuciłam spontanicznie w przestrzeń pomysł, że może warto rozważyć to, by niektóre instalacje z Festiwalu Wizji pozostawić w przestrzeni murów miasta na dłużej, niż tylko na tych kilka festiwalowych dni. Że to uatrakcyjni przestrzeń, że poza tłem do zdjęcia, poruszy nieco kanały myśli lub emocji, że trochę sztuki nowoczesnej jest potrzebne, choćby dla kontrapunktu. Przyznaję, że była to myśl przedwczesna i cokolwiek nierozsądna, z której się teraz, co prędzej, wycofuję. Przychylam się do słuszności formuły proponowanej przez organizatorów, cztery dni w zupełności wystarczą. Szczególnie w przypadku takiej edycji jak tegoroczna. Pierwszego dnia festiwalu przechodziłam spacerem, zgodnie z numeracją na mapce, od instalacji do instalacji, i z każdym krokiem wzrastało we mnie poczucie ulgi, że nie udało mi się zatrzymać kolegi przejeżdżającego przez nasze miasto tego dnia, by mi towarzyszył w tym oglądaniu. Zwyczajnie szkoda byłoby jego cennego czasu. Miałkość przekazu i osobliwa „wizualność”, oparta na połączeniu truizmu z banałem, pewnie wzbudziłyby w nim uśmiech politowania. Stojąc przy przedostatnim punkcie na mapce, pracy Szymona Motyla „Kawałek nieba”, usłyszałam za plecami głos kobiety. Pytała, czy podobają mi się instalacje, i czy podobnie jak ona, czuję zażenowanie. Podjęłam próbę interpretacji poszczególnych wypowiedzi artystów, ale nie udało mi się ich wybronić w jej oczach. Po chwili machnęła ręką i zaczęła robić zdjęcie niebieskim szkiełkom wiszącym nad ulicą. I to była dobra decyzja, ta instalacja wizualnie zasługiwała na uwagę.
W tym samym czasie, gdy mierzyłam ze wspomnianą panią poziom wzajemnego zażenowania wypowiedziami artystów w aranżacji przestrzeni, pod CSW inny artysta, Arek Pasożyt zasłabnięciem, zakończył swój ośmiodniowy protest. Głodował. Wybrał jedną z radykalniejszych form, by zwrócić uwagę na bolączki środowiska artystów i polityki kulturalnej w ogóle. Protest zawarty w manifeście pod tytułem „Deklaracja sprzeciwu” to bardziej opis sytuacji, w jakiej jesteśmy niż realna wizja, czy droga. Jednak, gdy słuchałam, jak opowiadał o swojej niezgodzie na taki stan, miałam wrażenie, że słyszę samą siebie sprzed pięciu lat. Wtedy intuicja podpowiadała mi, że festiwalizacja i festynizacja życia kulturalnego, z marginalizowaną edukacją kompetencji kulturowych, nie zawiedzie nas do niczego dobrego. I mamy, to co mamy. Bo to, że z kulturą nie jest tak dobrze, jak się z pozoru wydaje, zaczyna w końcu do nas docierać. Upolitycznienie na różnych szczeblach i w różnych formach jest faktem. Zmaterializowało się. Zmieniło z przeczucia w konkret. Jednych żywo to boli, inni jeszcze udają, że ich to nie dotyczy. Co można teraz zrobić? Ludzie na protest Arka Pasożyta patrzyli w większości jak na akcję performera, takie działanie „na niby”, umiarkowanie estetyczne. Dwóch, czy trzech polityków przyszło, zrobili zdjęcia i pokiwali głowami. Jakaś większa dyskusja nie rozgorzała. Może to ludzi już nie interesuje?  A może zwyczajnie nie rozumieją? Nie rozumieją, że tym razem, w tej akcji, to o nich też chodzi.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  18.07.2017

wtorek, 4 lipca 2017

W którym momencie stajemy się torunianami?

Kilka dni temu znajoma zapytała, po ilu latach mieszkania w tym mieście można o sobie powiedzieć, że jest się torunianinem? Zaskoczyła mnie. Czyli co stanowi o tym, że jest się torunianinem? Odpowiedziałam pytaniem. Czy ktoś, kto osiadł w naszym mieście, może tak o sobie mówić? Czy potrzebny jest do tego wpis o urodzeniu? On bezsprzecznie przesądza. A kości przodków? One wcale nie dają gwarancji, że będziemy mieć więź z miejscem, do tego historia i polityka minionego wieku trochę skomplikowały sytuację. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad kwestią swojej tożsamości toruńskiej. Pewnie dlatego, że urodziłam się tu, od zawsze mieszkam na Starym Mieście, a i kości przodków leżą na cmentarzu św. Jerzego. Jestem torunianką gdziekolwiek bym była i trudno mi wyobrazić sobie, żebym myślała o Toruniu inaczej, niż moje miasto. Gdy wyjechałam na studia do Warszawy, wbito mi w dowód pieczątkę „zameldowanie tymczasowe” i tak dokładnie traktowałam swoje bytowanie. Serca, niczym Chopin, tam nie zostawiłam, choć są miejsca w stolicy, o których myślę z sentymentem, zdarza się, że dodaję do nich zaimek „moje” i wiem, że jest to nieco na wyrost. Bo jakie tam one „moje”. Wracając jednak do rzeczonego pytania, kiedy można o sobie mówić, że jest się torunianinem. Jeśli nie tylko urodzenie, czy kości przodków, to co jeszcze może stanowić o tym, że ziemia, miejsce jest nasze, że możemy o sobie powiedzieć więcej, niż ja stąd. Meldunek? A może jednak serce, podpowiedziała znajoma. Wybór, a nie determinizm. I zaczęła opowiadać historię swoich przeprowadzek, począwszy od dzieciństwa, miejsc, w których przebywała. Policzyła, że w Toruniu mieszka najdłużej, siedemnaście lat. Lubi to miasto, płaci w nim podatki, wybiera radnych, wybudowała dom i każdego dnia dopełnia swoją cząstką zbiorową opowieści o tym miejscu. Czy może o sobie mówić, jestem torunianką? Jak wiele osób, które wybrały to miasto, ma podobną wątpliwość?
Gdy kończymy rozmowę, pyta jeszcze, czy wybieram się na zwiedzanie „Ratusza nieznanego” w najbliższy czwartek. Taka wakacyjna propozycja Muzeum Okręgowego, nie tylko dla turysty. Odkrywanie na nowo miejsca, obok którego przechodzimy codziennie, do tego będzie możliwość wejścia na ukryte sale, w tajne przejścia i inne nieoczywiste zakamarki. Brzmi zachęcająco, mówię, że rozważę udział w tym zwiedzaniu. Od siebie dorzucam „Przetrwam. Opowieść Pani Durabo” Agnieszki Niezgody do obejrzenia w środę i niedzielę w Baju Pomorskim. To wyjątkowa okazja, bo ten spektakl grany jest niezwykle rzadko, do tego ewaluuje i wzbogaca się o nowe, podrzucane przez widzów wątki. Kto ma ochotę przejrzeć się w swojej toruńskości, powinien go zobaczyć. Postać Pani Durabo, jako odwieczna pamięć tego miasta, miesza to, co przeszłe z tym, co teraz. Mity przetyka prawdziwymi losami mieszkańców i przybyszów, wplatając w to wszystko historyczne wydarzenia. Pokazuje w poetyckich skrótach i zabawnych metaforach, jak przez nasze miasto przepływa nie tylko czas i rzeka, ale i ludzie ze swoimi namiętnościami. Nieustannie przez wieki i półotwartą bramę.
Po tej rozmowie zaczęłam się zastanawiać, skąd u osoby, która korzysta z każdej możliwej okazji, by poznawać to miasto, jego historię i kulturę, wie o nim więcej, niż niejeden ukorzeniony mieszkaniec, pojawia się obawa, czy wolno jej przykleić do siebie toruńskość. Skąd to wahanie o przynależność do miejsca? Czy może o sobie mówić, jestem torunianką? Myślę, że może.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  04.07.2017

czwartek, 22 czerwca 2017

Toruński Festiwal Książki choć historyczny to z nowym duchem


Najczęściej padającym słowem podczas Toruńskiego Festiwalu Książki było „kwerenda”. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem program tegorocznej edycji został zbudowany wokół myśli: „Historia jest nauczycielką życia”. A skoro historia, to bez kwerendy ani rusz i dzięki temu ulubione słowo archiwistów królowało przez dziesięć dni w toruńskich instytucjach kultury, na spotkaniach literackich. Czytelników najczęściej interesują kulisy, warsztat pisarza, o niego zwykle pytają. Jak, gdzie, kiedy. Zatem, gdy autor przenosi akcję w czasy minione, to bez względu na gatunek literacki, jedno z pierwszych pytań, jakie się zwykle pojawia, jest to, skąd zna realia epoki, malując je nierzadko tak precyzyjnie, że publikacja mogłaby uchodzić wręcz za fabularyzowany dokument. Wtedy właśnie pojawia się słowo kwerenda, w pierwszym rzędzie ma na celu uwiarygodnienie autora, w drugim potrafi nawet i uczynić z niego eksperta tematu. I tu otwierają się kolejne drzwi do dalszych dociekań, skoro tak wiarygodnie odtworzona jest historyczna scenografia to, w jakim stopniu wątki i losy bohaterów mają źródła w prawdziwych zdarzeniach. A jeszcze bardziej komplikuje się sprawa, gdy na scenę wchodzą postaci autentyczne. Pytania można sypać wówczas garściami. Jak traktować książkę historyczną, jako źródło wiedzy, czy rozrywki? Jak dalece autor może pozwolić sobie w powieści na własną interpretację czasu przeszłego, zwodząc czytelnika, że prezentuje fakty, a w rzeczywistości serwuje miłą kompilację wyrwanych epizodów na uzasadnienie swojego poglądu? Jak nie dać się wpuścić w maliny i nie wpaść w pułapki manipulacji i mistyfikacji?  Historia literatury, ta nasza również, zna przypadki, że gdy fikcję zmiesza się z prawdą i nie pozostawiając śladów łączenia, splecie się w książkę, a książka zapadnie w umysły mas, to może nieźle namieszać w kilku pokoleniach i żadne potem publikacje naukowe nie dadzą jej rady. W takim razie, czy można zaufać autorom i którym w szczególności? A może trzeba zachować czujność i po lekturze przeprowadzać własne śledztwo? Czyli sumując, ile jest prawdy w tej fikcji, a ile fikcji w prawdzie? Te pytania, między innymi, unosiły się nad dwudziestym trzecim, historycznym Toruńskim Festiwalem Książki. Historycznym, bo poświęconym historii, bo już zakończonym, ale i historycznym, bo ta edycja wniosła kilka zmian do dotychczasowej formuły, dając festiwalowi nowego ducha i otwierając na przyszłość nieszablonowe ścieżki rozwoju. Choćby wprowadzenie hasła przewodniego. Miało ono być przestrzenią do eksploracji i spoiwem łączącym wydarzenia okołoliterackie, niosło jednak ryzyko, że może zamknąć tematycznie festiwal i sprowadzić go do jednej kategorii. Stało się inaczej. Na festiwalu znalazło się miejsce zarówno na spotkania autorskie dla czytelników starszych, jak i młodszych, na dyskusje panelowe, warsztaty. Pojawił się wątek lokalny w osobach toruńskich pasjonatów i miłośników zabytków, sztuki i historii miasta. Dodatkowo przeniesienie terminu na czerwiec pozwoliło organizatorom wyprowadzać imprezę nieco w plener. Na razie nieśmiało, ale kto wie, czym zaskoczą w kolejnej edycji. Może będzie to bicie rekordu Guinessa w największej liczbie czytających jednocześnie na Rynku Staromiejskim? To by było coś.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  20.06.2017

wtorek, 23 maja 2017

Maj przepełniony kulturą po brzegi i nieco ponad

 
Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek pomyślę, a co dopiero napiszę zdanie, że imprez kulturalnych w naszym mieście jest za dużo i to za dużo jednocześnie. Patrząc, jak ten maj pęka w czasowych szwach od koncertów, spektakli, wystaw, spotkań i widowisk, przyszła do mnie ta refleksja o nadmiarze. Jeśli do tego doliczyć wydarzenia sportowe, rozrywkowe i rekreacyjne, to już kompletne szaleństwo. Samych festiwali mamy w tym miesiącu jedenaście, nie wliczając w to Juwenaliów, Nocy Muzeów, czy Tygodnia Bibliotek. To jest wzrost o ponad sto procent, porównując kalendarz majowych wydarzeń sprzed trzech lata. To źle? Chyba nie! Tylko czy publiczność wytrzyma taki kulturalny maraton. Zaczęło się od Majówki. Programem atrakcji przygotowanych na dziesięć dni przełomu kwietnia i maja można by spokojnie zapełnić cały letni miesiąc, szczególnie że większość tych wydarzeń była plenerowa. Pogoda co prawda dopisała własne poprawki do wcześniejszego scenariusza, ale finalnie udało się organizatorom wszystko zrealizować. A potem to zapowiedzi jawiły się już tylko ciekawiej i atrakcyjniej. Do powiększającej się corocznie listy festiwali majowych z ich filarami, teatralnym „Kontaktem”, w tym roku w odsłonie debiutanckiej oraz festiwalem muzyki „Probaltica”, dołączyły teraz kolejne, młody jeszcze Przegląd Dyplomów i Egzaminów Muzycznych „Przygrywka” i znany z letnich miesięcy Festiwal Piosenki i Ballady Filmowej. Obie te imprezy odbywały się w innym czasie, w tym roku jednak organizatorzy postanowili, że i nimi ubogacą nam maj. O ile w przypadku „Przygrywki”, która jest stosunkowo nową propozycją i wciąż poszukującą, zmiana terminu nie wywołuje większego zdziwienia, to już w przypadku tak ugruntowanego projektu, jak Festiwal Piosenki Ballady Filmowej jest to niespodzianka. Co się takiego stało, że impreza, która stanowiła jedną z atrakcji letniego kalendarza wydarzeń kulturalnych, po siedmiu edycjach zmienia nie tylko czas, ale i miejsce koncertu galowego? Rozumiem organizatorów, że rezygnują ze sceny plenerowej na jednym czy drugim rynku, sala na Jordankach daje zdecydowanie większe możliwości techniczne, a i problem z największą niewiadomą, czyli pogodą odpada. Jednak porzucenie letnich miesięcy na rzecz i tak dość znacznie przepełnionego maja nie jest już tak oczywiste.
Zdanie o nadmiarze imprez kulturalnych w naszym mieście może się komuś wydawać narzekaniem podobnym do tego, że zimą jest zbyt mroźnie, a latem nadto upalnie. Nic z tych rzeczy, w tym wypadku jest to zwyczajna zachłanność ubrana dla niepoznaki w żart, bo jak tu być w dwóch, a czasem nawet w trzech miejscach jednocześnie. Nie da się. To, że w jednym czasie odbywa się tyle imprez, świadczy tylko dobrze o mieście, że za przybywającymi budynkami i instytucjami, wzrasta też liczba wydarzeń kulturalnych. Naturalnie jest granica tego wzrostu, nazywa się ona frekwencja i to ona z czasem zweryfikuje, ile w jednym momencie powinno odbywać się choćby festiwali. Do jakiej liczby jest to spójna, uzupełniająca się oferta kulturalna, a od jakiej zaczyna się zwyczajne konkurowanie o widza. Na razie mamy chyba do czynienia z pierwszym wariantem.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  23.05.2017

czwartek, 8 grudnia 2016

Czy Toruń porusza literaturą? W ubiegłym tygodniu poruszał.


Czy Toruń może kojarzyć się komuś z literaturą? Cóż to za pytanie! Zaraz po oburzeniu powinnam usłyszeć, że z pewnością tak. Nasze piękne miasto, inspirujące każdą cegłą i każdym zaułkiem, do tego z tradycjami, oczywiście, że się kojarzy. Zaryzykuję jednak i podważę tę pewność i odpowiem, że niekoniecznie. Osoby patrzące na miasto z daleka zwykle wymieniają trzy kluczowe słowa w kontekście Torunia: radio, piernik, Kopernik. Kolejność poszczególnych wyrazów może być dowolna, nie ma to znaczenia i tak w żadnym z nich nie kryje się bezpośredni związek z literaturą. Pośredni i nieco dalszy niewykluczone, że byśmy znaleźli, ale nie w tym rzecz. Nie mówię również o subtelnym doszukiwaniu się śladów znanych pisarzy, którzy w przeszłości przejechali przez miasto lub się w nim na chwilę zatrzymali, nie. Chodzi o to, czy potrafimy bez namysłu wymienić pisarza związanego z Toruniem? Czy choćby książkę osadzoną tak silnie w mieście, że można o niej mówić toruńska? Nie sugeruję tu, że pisarzy i takich książek nie ma. Przeciwnie. Są, tylko mam wrażenie, że umykają gdzieś, gdy miasto chwali się swoimi twórcami. A szkoda. Choć w tym momencie, ktoś może mi zarzucić niedorzeczność. Przecież katarzynkę w Alei Piernikowej Janusz Leon Wiśniewski posiada, świat go zna, bo książki pisze. Uwieczniony podpis pisarza zasłużonego zatem mamy, ale czy faktycznie on taki toruński?
Kolejne kampanie promujące Toruń obrazują, czasem ku zdumieniu samych mieszkańców, czego to areną nasze miasto jest. Odrzucając te chwilowe skojarzenia przyklejone na potrzeby konkretnych imprez, można zauważyć, że budowanie wizerunku rozpostarte jest pomiędzy szeroko pojętym sportem a kulturą. Aktualnie zamyka się to w haśle „Toruń porusza”, czyli punktem wyjścia jest odwołanie się do kopernikańskiego „ruszył...” i dalej podąża w kierunku inspiracji oraz fascynacji. A czym porusza, to symbolicznie widzimy na głowie anielicy z promocyjnego plakatu. Historią, gotykiem, teatrem, komedią, muzyką, filmem. Literatura nijak się tam nie pojawia. Naturalnie można by doszukać się i tego wątku, twórczo interpretując znaki, ale jednoznacznie symbolu książki, czy pisarza tam nie ma. Ktoś mógłby to odczytać, że w mieście uniwersyteckim brakuje literackiego klimatu lub takich  imprez, a przecież tak nie jest. Wydarzeń związanych z literaturą kilka w ciągu roku znajdziemy. Tylko może miasto nie widzi w tym potencjału? Skoro 63 procent społeczeństwa nie czyta, to po co skupiać się na dziedzinie, która wydaje się niszowa? Ten fakt uświadomił mi symbolicznie wspomniany plakat promujący miasto i bardzo chciałam, by to przekonanie, rozwiała dyskusja na Toruńskim Festiwalu Książki o toruńskiej literaturze. I tak się poniekąd stało. Pomysł organizatorów, by zaprosić autorów związanych z miastem i mówić o literaturze tworzonej w Toruniu uważam za trafiony. Sam fakt, że w jednym miejscu siadają przy stole pisarze toruńscy, wydaje się znaczący. Chociaż rozmowę zdominowała opowieść o tym,  jak to się dzieje, że miasto staje się tłem lub bohaterem powieści, to myślę, że ten panel może być początkiem szerszej dyskusji. Dyskusji o tym, co zrobić, by Toruń zaczął się kojarzyć choć trochę z literaturą.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  06.12.2016

wtorek, 25 października 2016

Na rzece wielkie poruszenie, tak zaczyna się moda na Wisłę


W ubiegłą środę na Wiśle mogliśmy obserwować wielkie poruszenie, dymy, wybuchy, strzały, jednym słowem bitwa. Takiego widowiska dotąd tu jeszcze nie widzieliśmy. Choć do pokazów historycznych z rycerzami w strojach polskich, krzyżackich i na koniach już przywykliśmy, bo regularnie latem potykają się w bitwie o zamek, to tym razem było inaczej. Akcja przeniosła się nad rzekę i na rzekę. Była scena na wodzie, rycerze, król, wielki mistrz, legat papieski, mieszczanie, kuglarze, pływały galary z kupcami i z piratami. Działo się sporo. Na bulwarze zapłonęło flisacze ognisko, a nad całością zabrzmiały dźwięki dzwonu Tuba Dei. Ktoś mógłby zapytać co w tym dziwnego i niezwykłego, skoro to widowisko z okazji inauguracji Ogólnopolskiego Roku Rzeki Wisły, to gdzież indziej miałoby być? Niby oczywiste, ale wcale nie takie proste w praktyce. Zrobić przedstawienie na wodzie, pokazać, że bulwar może być naturalnym amfiteatrem, było to marzenie wielu organizatorów imprez i koncertów, jednak komplikacje techniczne zwykle powodowały zmianę lokalizacji lub znaczne uproszczenia redukujące udział rzeki. Kiedy oglądało się inscenizację zaprzysiężenia II pokoju toruńskiego, poprzedzonego bitwą na wodzie oraz symbolicznym otwarciem wodnego flisu, sceneria wydawała się tak naturalna i prawdziwa, że aż pewnie wiele osób się dziwiło, czemu wcześniej nic takiego tu się nie odbywało. No właśnie. I za to wielkie brawa dla organizatorów, bo tym przedstawieniem udowodnili, że scena na Wiśle jest możliwa i to jest to. Wiem, że w tym wypadku nie scena na wodzie jest najistotniejsza, ale to widowisko   inauguracyjne, symbolicznie oddaje ideę Roku Rzeki Wisły. Zwraca nasze oczy ku rzece, by zobaczyć ją inaczej, niż przywykliśmy dotąd na nią patrzeć. Pokazuje, że niemożliwe jest możliwe. I o to właśnie chodzi w tym roku poświęconym Wiśle, by wybrać się w końcu nad rzekę tak naprawdę, by zobaczyć jej możliwości, by korzystać z jej dobrodziejstw. Zatem, może uda się w końcu przywrócić plażę nad brzegiem Wisły, którą znamy tylko ze starych fotografii? Czy może, zamiast lokować baseny sezonowe na osiedlach, zorganizować je na rzece? Oczywiście to zdecydowanie kosztowniejsze, ale czyż nie bardziej atrakcyjne i zarazem naturalne. A jak turystycznie ubogaca ofertę miasta. Nieprawdaż?
Program Roku Rzeki Wisły w naszym regionie zapowiada się bardzo ciekawie. Poza mnóstwem imprez wodniackich, Festiwalem Wisły z udziałem tradycyjnych łodzi, okazjonalnymi spływami i regatami, rajdami i biegami, nie zabraknie też wystaw, konferencji, pikników i koncertów. A może Państwo mają pomysły na oryginalne wydarzenie, które mogłoby się znaleźć podczas wiślanego święta w nadchodzącym roku? Co jeszcze mogłoby się wydarzyć na wodzie, czy brzegu rzeki? Organizatorzy tego przedsięwzięcia w regionie, Kujawsko-Dobrzyńska Organizacja Turystyczna, są wciąż otwarci na propozycje. To może być wyjątkowy czas, który będzie łączył ludzi ponad podziałami, tak zwyczajnie z pożytkiem dla nas wszystkich i jednocześnie każdego z osobna. Wiem, że marzeniem wielu osób zaangażowanych w ten projekt jest, by moda na Wisłę trwała znacznie dłużej niż tylko te 365 dni. I niech tak się stanie, bo Wisła jest tego warta.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  25.10.2016

wtorek, 12 kwietnia 2016

Pamięć złotego czasu Wisły


„Miasto stoi nad wodą gładką jak pamięć lustra”, wiele osób, zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych, mijających mural przy ulicy Podmurnej, z XVII-wiecznym planem Torunia, ulega sugestii, że tym zdaniem Zbigniew Herbert opisał położenie naszego miasta. Niekoniecznie tak jest, choć wycięte ono z całości, niczym sentencja, idealnie oddaje kwintesencję miejsca, dwa nierozerwalne byty, miasto i woda sklejone w jedno. Miasto, w tej frazie, stoi twarzą do rzeki, wpatruje się w nią i przegląda się w niej. To ona, rzeka, stanowi o jego początkach, nadaje mu sens istnienia w każdym teraz i kryje przeszłe ślady w głębokości swojej pamięci. Tyle poezji, a co tak naprawdę, myślimy o Wiśle, rzece nad którą mieszkamy. Czym ona jest dzisiaj, tu, dla nas? Co z nią robimy? Czy jest tylko niebieską kreską na mapie? Kłopotem, bo nie da się przez nią przerzucić kładki, by połączyć brzegi, a potrzeba przynajmniej kilometrowego mostu. Czy może poetyckim bohaterem pozującym do historycznych obrazków i fotografii, opiewanym w pieśniach, romantyczną scenerią, weekendowym wytchnieniem? Czy mamy ciągle jeszcze z rzeką faktycznie żywą relację, przeglądamy się w naszej Wiśle, jak w lustrze? Mam wrażenie, że od dłuższego już czasu stoimy do niej, może nie tyle plecami, co bokiem, pozerkując nieco z ukosa okazjonalnie. Zatem, czy ogłoszenie roku poświęconego Wiśle mogło by to zmienić? Niewykluczone. Nie należy jednak spodziewać się tego, że samo ogłoszenie rocznego święta największej, polskiej rzeki spowoduje, że stanie się ona na powrót, w ciągu dwunastu miesięcy, żywą, żeglowną drogą. Niekoniecznie. Wielce prawdopodobne natomiast jest to, że może to być faktycznie impuls do przywracania wodnych szlaków, jeśli nie typowo transportowych, to choćby turystycznych.

Powstały Społeczny Komitet Obchodów Roku Rzeki Wisły pragnie połączyć działania różnych środowisk, nie tylko wodniaków w skupianiu uwagi na rzece i organizowaniu wydarzeń wokół niej w ciągu jednego roku, pod jednym znakiem. Pomysł ten popiera już prawie czterdzieści miast. W ubiegłym tygodniu do tej inicjatywy przyłączyli się również toruńscy radni. Jednogłośnie poparli projekt uchwały sejmowej w sprawie ustanowienia roku 2017 Rokiem Rzeki Wisły. Wybór daty nie jest przypadkowy, nawiązuje on bowiem do roku1467, pierwszego roku po II Pokoju Toruńskim, na mocy którego Wisła wraz w ujściem, znalazła się w granicach Rzeczpospolitej. Ten rok uznaje się również za moment, który otwierał złoty czas żeglugi wiślanej, jednocześnie czas rozkwitu miast nadwiślańskich. Rocznica tego wydarzenia, wydaje się być bardzo dobrą chwilą, by przypomnieć sobie o znaczeniu Wisły zarówno w historii, jak i dostrzec jej rolę dziś. Pojawia się od razu też pytanie, jakie miasto mogłoby rozpocząć te obchody? I czyż nie Toruń, wydaje się w tym historycznym kontekście taką samonarzucającą się lokalizacją? Mi owszem.
Myślę, że taki rok jest bardzo potrzebny i wszyscy powinniśmy trzymać kciuki, by ten projekt, stał się uchwałą sejmową. Dobrze by było, żeby nie powódź, czy susza skupiały naszą uwagę na rzece i jej realnej obecności, ale takie święto łączące ponad podziałami.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 12.04.2016