Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toruń - miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toruń - miasto. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lipca 2018

Zakaz ruchu dla rowerzystów na Szerokiej to fikcja

Turyści robią zdjęcia z astronomem, mała dziewczynka uśmiecha się i pozuje, nagle sielanka pryska, rowerzysta z impetem wyjeżdża z Szerokiej wprost na dziecko. To scena z ubiegłowtorkowego popołudnia w okolicy pomnika Kopernika. Gdyby w pobliżu był jakiś patrol, to rowerzysta powinien dostać mandat za stwarzanie zagrożenia w ruchu drogowym. Rodzice nie byli jednak zainteresowani dochodzeniem sprawiedliwości, zajęli się uspokajaniem dziecka. Do tego zamiast prostego „przepraszam” od rowerzysty, usłyszeli „toż hamowałem”. Podejrzewam, że większość potrąconych zachowuje się podobnie, odpuszcza. Chyba że ktoś zdarzenie to sfotografuje i upubliczni. Jakiś czas temu po podobnej sytuacji, tyle że na Szerokiej, opisanej w mediach społecznościowych, natychmiast pojawiały się patrole Straży Miejskiej egzekwujące przestrzeganie przepisów. Przez tydzień. Potem ruch rowerowy na deptak wrócił do stanu sprzed potrącenia.
Zajście, które przywołałam, nie wydarzyło się na Szerokiej, tylko w miejscu, w którym zgodnie z przepisami rowerzyści mogą się przemieszczać, a to, że ów cyklista wyjechał tam akurat z deptaka, gdzie teoretycznie nie wolno mu było jechać, jest rzeczą drugorzędną. Przyczyną tego potrącenia była nadmierna prędkość i brak zachowania ostrożności. Równie dobrze mógł nadjechać od strony Chełmińskiej. Z drugiej strony ciekawe, dlaczego po Szerokiej poruszać się w tłumie rowerem nie można, a już po Rynku Staromiejskim w tym samym tłumie można.
Za całkowitym wprowadzeniem zakazu ruchu dla rowerów na Szerokiej przemawiało bezpieczeństwo pieszych. Przepisy były jednoznaczne do chwili, gdy wprowadzono wyłączenia, pozwalające na przecięcie ulicy. Wyjeżdżającemu z Małych Garbar zapis na tablicy pozwala przeciąć deptak, by dojechać do Wielkich Gabar, Strumykowej, Przedzamcza, Podmurnej, Mostowej. Ale gdy wyjeżdża on już z Podmurnej od strony Wisły, to żadnych ograniczeń tam nie znajdzie, może zwyczajnie jechać całą długością Szerokiej. Czyli kierując się oznakowaniem, to po Szerokiej można i nie można jeździć równocześnie. Istny chaos.

Może zatem skończyć z tą fikcją, niech będzie jasny przekaz, uznać obecność rowerzystów na Szerokiej, skoro oni tam i tak są. A zamiast zakazu bezwzględnie egzekwować przepisy, gdy ktoś na rowerze stwarza zagrożenie i to nie tylko na Szerokiej. Do tego przydałaby się kampania informacyjna, o tym, że pieszy w strefie zamieszkania ma zawsze pierwszeństwo i nie tylko przed autami, ale przed rowerami również. Zanim ktoś potrąci kolejne dziecko.
 

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  24.07.2018

 

piątek, 20 lipca 2018

Posadzka z glancem w gotyckim kościele św. Jakuba


Na wystawie pasteli Małgorzaty Iwanowskiej-Ludwińskiej wiszącej aktualnie w galerii Dworu Artusa jest praca, która szczególnie zwróciła moją uwagę, „Anioł Chełmionki odszedł pieszo”. W pomarańczach zachodzącego słońca, drogą ocienioną koronami drzew, odchodzi z dzielnicy anioł, strzegący jej dotąd. Wydaje się, że to scena na chwilę przed tym, gdy przedmieście przetnie nowa droga, rąbiąc przy okazji drzewa i burząc budynki. Patrząc na to, co się teraz dzieje w kościele św. Jakuba można odnieść wrażenie, że nie tylko z Chełmionki odszedł anioł strzegący, ale niepostrzeżenie, uciekając przed tłumami, opuścił też już i Stare Miasto. Gdy od kilku dni cała Polska żyje tym, jak to się stało, że w samym sercu Puszczy Noteckiej, nieopodal wsi Stobnica, na terenie chronionym budowany jest zamek hybryda, w naszym mieście, wpisanym na listę światowego dziedzictwa, powstaje porównywalne kuriozum, glancowany gotyk, który także zyskuje już rozgłos. W czasie trwającej właśnie renowacji kościoła św. Jakuba wymieniana jest stara, kamienna posadzka na inną, nową, również kamienną, tyle że szlifowaną na wysoki połysk. Idealną do hotelowego lobby, ale czy do gotyckiej świątyni? Jednocześnie usunięte, zabytkowe płyty nagrobne leżą na przykościelnej trawie i na przemian mokną lub wygrzewają się w słońcu. I podobnie jak we wsi Stobnica, tak i tu ciśnie się pytanie, jak to możliwe i kto na to wyraził zgodę?
Od jakiegoś czasu przestało na mnie robić wrażenie to, że usuwa się stare budynki i drzewa, by budować cokolwiek nowe. Taka kolej rzeczy. Co tam unikatowy, modernistyczny dworzec autobusowy, mamy teraz supermarket i stację benzynową. Co tam niszczejące forty czy kamienice i wille na Bydgoskim Przedmieściu, ze sztandarowym przykładem pod adresem Bydgoska 50/52. Mamy za to „odtworzoną kamieniczkę  średniowieczną” przy Podmurnej 52 i dobudowane akwarium do pierogarni nad ruinami kościoła św. Mikołaja na Starym Mieście. Jednak wydawało się, że co jak co, ale gotyk w Toruniu jest bezpieczny. Wydawało się.
Mada Müller córka fabrykanta, nuworysza z „Ziemi obiecanej” kazała werniksować obrazy, lubiła, żeby wszystko glanc miało, bo wtedy porządnie wygląda. Za chwilę w kościele św. Jakuba będzie podobnie, chyba że ktoś się w porę obudzi i zatrzyma dalsze picowanie świątyni na błysk. Toruński gotyk glancowany, nowa atrakcja już podbija internet. A przy okazji trzeba by też nieco podrasować znany slogan na „Gotyk teraz gładszy w dotyku”. Tylko rym się wyślizguje z tej wyglancowanej wersji.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  17.07.2018

czwartek, 12 lipca 2018

Wolna amerykanka i rosyjska ruletka w staromiejskiej strefie zamieszkania

Za kilka dni minie rok od wprowadzenia strefy zamieszkania w obrębie Starego Miasta. Wjazd do tej strefy trudno przegapić, nawet jeśli dla kogoś błękitny znak informacyjny D-40 nie jest klarownym komunikatem, to umieszczona obok niego żółta tablica przypomina o zasadach obowiązujących na tym terenie. Czyli od roku w staromiejskiej dzielnicy powinien panować standard wielu miast europejskich, gdzie przechadzając się uliczkami, nie zaprzątamy sobie głowy, że jakiś pojazd wymusi na nas zmianę kierunku spaceru, w strachu przed potrąceniem, czy też blokując nam chodnik. Miało być pięknie, a jest trochę jak w westernie, w którym wolna amerykanka miesza się z rosyjską ruletką. Za wprowadzeniem tu strefy zamieszkania przemawiało przede wszystkim bezpieczeństwo poruszania się mieszkańców i przyjezdnych, ale także uporządkowanie przestrzeni z nieprawidłowo parkujących samochodów. Jednak weekendowa samowola parkingowa kwitnie w najlepsze i można odnieść wrażenie, że ciągu mijającego roku osiągnęła jeszcze wyższy stopień specjalizacji przy cichym na to przyzwoleniu. Rozumiem frustrację sąsiadów z dzielnicy, którzy domagają się mandatów i interwencji Straży Miejskiej. To jednak nie rozwiązuje problemu. Wolna amerykanka trwa w najlepsze. Nie do końca jestem też przekonana, że karanie jest skutecznym środkiem na tę bolączkę. W ostatni weekend obserwowałam, jak obok samochodów z założoną blokadą, jakby nigdy nic zaparkowało auto. Zgodnie z zasadą rosyjskiej ruletki, skoro już komuś założyli blokadę, to może mnie się jakoś uda. I tak to się właśnie toczy. Do tego dochodzą gastronomicy i sklepikarze, którzy na swój sposób prowadzą walkę z autami, wystawiając stoliki, krzesła i potykacze zawłaszczając przestrzeń.
Pękanie z dumy, że nasze miasto odwiedziły w ciągu ostatniego roku dwa miliony przyjezdnych, powinno poza wprowadzeniem strefy zamieszkania łączyć się także z wizją planowania parkingów wielopoziomowych, jak to jest standardzie wielu miast europejskich. Nie na obrzeżach miasta, ale w obrębie Starego Miasta. Powtarzanie jak mantry liczby dostępnych miejsc do parkowania ich nie zwiększy. A jasno widać, że głównym problemem jest tu liczba aut przyjeżdżających. Brak takiego myślenia o przyszłości może zatrzymać miasto w megalomańskim zachwycie z zapchaną autami Starówką.
A gdzie w tym wszystkim piesi? Omijają przeszkody i potykają się o wystające kostki brukowe w przekonaniu, że na Starym Mieście, w strefie zamieszkania mają priorytet, przyjemniej teoretycznie.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  10.07.2018

czwartek, 28 czerwca 2018

Jarmark Katarzyński mizerny jak nigdy dotąd


Tak słabej edycji Jarmarku Katarzyńskiego jeszcze nie było. Gdyby nie starocie pod Łukiem Cezara trudno by to nawet nazwać jarmarkiem, co najwyżej mizernym bazarkiem w cieniu lip. Wydawało się, że kryzys, który toczył tę imprezę, udało się przełamać, zapraszając w poprzednich latach właśnie starocie. Wydawało się, że teraz będzie już tylko lepiej, klientów będzie przybywać, zadowoleni handlowcy puszczą wici w świat, że na Katarzyński warto przyjeżdżać. Ostatnie dni pokazały, że były to płonne nadzieje, wahadło poszło w kierunku gorzej, dużo gorzej. Starej porcelany, biżuterii, bibelotów i monet może i było całkiem sporo, ale na tym koniec. Jedenaście straganów na Rynku Staromiejskim i dwanaście na Różanej z asortymentem, którego nawet nie ma co komentować. Oczywiście już poszła plotka wśród wystawców o przeniesieniu jarmarku na Rynek Nowomiejski. Reakcja była stanowcza – tam nie przyjedziemy - usłyszałam od panów handlujących starociami, bo dobrych skojarzeń nie mają. Bez korekt w formule tej imprezy, nie ma co liczyć, że samo coś się zmieni, to jest już chyba jasne. Jednak czy faktycznym problemem jest aktualna lokalizacja? Nie sądzę. Katarzyński na Rynku Nowomiejskim już gościł kilka lat temu i ówczesne przenosiny przyczyniły się tylko do powolnego odpływu wystawców i regresu. Może zatem myśląc o przyszłej edycji, organizatorzy powinni zacząć od pytania, dlaczego wystawcy omijają ten jarmark, a chętnie przyjeżdżają na inne kiermasze w mieście? Jeśli w plotce o potencjalnych przenosinach Rynek Nowomiejski jest ziarno prawdy i kryje się za tym pomysłem magiczne myślenie, że skoro Pchli Targ okazał się sukcesem, skoro inne okazjonalne bazarki cieszą się tam sporym zainteresowaniem, to i Katarzyński być może też zyska. Przestrzegam jednak, że owa magia w tym ostatnim wypadku może nie zadziałać. Bo jeśli nie wiadomo o co chodzi, to najczęściej wiadomo o co chodzi. Tu jest podobnie. Dlatego, zamiast szukać problemu w lokalizacji, warto przyjrzeć się kosztom. Nie potencjalnym, które impreza może przynieść, ale tym, które ponosi wystawca podczas dwutygodniowego pobytu i nie chodzi o opłatę za stragan. Niewykluczone, że tam kryje się jeden z problemów tej imprezy. Może trzeba przeanalizować wariant ze skróconym w czasie, ale znacznie poszerzonym o liczbę wystawców jarmarkiem. Tygodniowym, czy choćby weekendowym. Po takim liftingu to i dla Jarmarku Katarzyńskiego Rynek Nowomiejski może okazać się łaskawy.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  26.06.2018

środa, 14 marca 2018

Czy brakuje nam jarmarku wielkanocnego na Rynku Staromiejskim?


Kilka dni temu w Kalifornii otwarto muzeum porażki. Antidotum na nieustająco odnoszone sukcesy. Nieudane urządzenia elektroniczne, zadziwiające wynalazki, przedmioty, które nie podbiły świata. A wszystko po to, by inaczej patrzeć na porażki, bez lęku i wstydu. Dać sobie prawo do błędu, to pierwszy krok w kierunku sukcesu, takie przesłanie można odczytać z tego miejsca. Często już samo odejście od niezbyt dobrze działających przedsięwzięć jest początkiem sukcesu. A gdy jeszcze ustali się przyczyny braku powodzenia, to jest się już na prostej drodze do wygranej. Tak właśnie postrzegałam decyzję o końcu jarmarków wielkanocnych na Rynku Staromiejskim, jako przerwanie złej, a początek dobrej passy dla jarmarków w tym miejscu w ogóle. Te, co były, coraz mniej spełniały oczekiwania, każda kolejna edycja niosła więcej rozczarowań niż atrakcji. Zamiast zaklinać rzeczywistość słowami, lepiej było powiedzieć stop stagnacji. I tak się stało. Tym bardziej że obiecano jarmark bożonarodzeniowy w nowej odsłonie, inspirowany tymi z Wrocławia czy Pragi. Można było przypuszczać, że z czasem, na fali sukcesu jednego, powróci i wielkanocny. Jaki był bożonarodzeniowy, widzieliśmy. Przede wszystkim okrzyknięty sukcesem. Czy słusznie? Wiem, że na zachętę lepiej chwalić, niż się czepiać. Myślę jednak, że tak piejąc z zachwytu nad tronem z jemiołą i dziadkami do orzechów, a nie dostrzegając tego, że powielają błędy poprzedników, robi się organizatorom więcej krzywdy, niż pożytku. Trudno było na tym jarmarku znaleźć dzieła zapowiadanych artystów i rękodzielników, do tego puste namioty były wystarczającym sygnałem, że oferta organizatorów nie przyciągnęła wystawców z ciekawym towarem. Dlaczego? Nietrudno domyślić się, że chodziło o finanse. Głównym mankamentem poprzednich jarmarków była nie oprawa, ale prezentowany asortyment, to co przede wszystkim przyciąga kupujących. Czyli koło się znowu zamknęło. Jednak lekcji z poprzednich edycji nie odrobiono. Szanse, że na fali sukcesu tego, powróci jarmark wielkanocny, raczej topnieją.

A jak to się dzieje, że innym wychodzi? Ale tak naprawdę. Ciekawe, dlaczego rękodzielnicy z oryginalnymi pracami biją się, by pojawić się na kiermaszu w Muzeum Etnograficznym. Przyjeżdżają nawet z najbardziej odległych części kraju na kilka godzin kiermaszu i przyciągają prawdziwe tłumy. W tym roku po raz drugi będziemy musieli obejść się bez jarmarku wielkanocnego na Rynku Staromiejskim. Na szczęście w palmy, pisanki i inne cuda będzie można zaopatrzyć się w najbliższą niedzielę 18.03 na kiermaszu wielkanocnym w Muzeum Etnograficznym. Zatem świąteczne rękodzieło w artystycznym wydaniu naszego miasta nie ominie. Ale czy to nie za mało? Więc może jednak trochę brakuje tego jarmarku wielkanocnego?

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  13.03.2018

piątek, 9 marca 2018

Doskonałe czy zaniedbane? Jakie jest to nasze miasto.



Czy Toruń jest miastem zaniedbanym? Jak w ogóle można zadać takie pytanie? Że zaniedbanym? Jest pięknym, rozwijającym się miastem, ale zaniedbanym? No, może trochę zaniedbanym. Tak prowokacyjnie rzucił redaktor Robert Mazurek w rozmowie z posłanką Joanną Scheuring-Wielgus na antenie ogólnopolskiej rozgłośni radiowej. Owo „zaniedbanie” z radiowej rozmowy było wprowadzeniem do wątku o zbliżających się wyborach samorządowych. A wiadome jest to, że skoro chce się władzę przejąć i wybory wygrać, to należy wskazać, co działa nie tak, a jak powinno lepiej, czyli co jest zaniedbane. I pewnie ten szczegół umknąłby wielu osobom, jak i być może cała radiowa rozmowa, gdyby nie fakt, że odniósł się do niej prezydent Michał Zaleski na swoim facebookowym profilu. Naturalnie podważając to twierdzenie i kierując osobiste zaproszenie do redaktora, by sam się przekonał i zdanie zmienił. Jak można się domyślać, uruchomiło to komentarze, z jednej strony tych oburzonych, którzy widzą, że miasto jest głównie piękne, ale z drugiej nie brakuje tych, którzy na potwierdzenie tezy redaktora wyliczają zaniedbania widziane, upraszczając, w psich kupach i śmieciach. Jak to? Tyle się wybudowało i nadal buduje, tyle remontuje, modernizuje? Tyle wydarzeń? A tu psia kupa ma teraz decydować o wizerunku? I jak mają się do tego wysokie pozycje w rankingach zadowolenia mieszkańców ze swojego miasta?

Zapytałam kilku znajomych, bez kontekstu tej wypowiedzi, czy uważają, że nasze miasto jest trochę zaniedbane i o dziwo, tu za każdym razem w odpowiedzi usłyszałam, że tak. W rozwinięciu każdy dostrzegał większe i mniejsze inwestycje, ale jednak pierwsza myśl, którą noszą na temat miasta, była właśnie taka. I nie chodziło tym razem o psie kupy, czy zaśmiecone trawniki, ale o brak holistycznego spojrzenia na całość, gdzie jedno budujemy, a niszczymy niepotrzebnie drugie. O brak pomysłu na wykorzystanie zmodernizowanych miejsc, które po zakończeniu robót niszczeją. O działania wycinkowe, gdzie na zgłoszenia o problemach, służby miejskie reagują doraźnie, usuwając skutek, a nie zapobiegają przyczynie.

W zasadzie w kontekście każdego miasta można snuć takie dywagacje i użyć stwierdzenia, że jest „trochę zaniedbane”. Nie ma miejsc idealnych, każde miasto ma swoje niedopieszczone punkty. I trochę, to wcale nie znaczy bardzo. Szczerze mówiąc, nie uważam, że Toruń jest zaniedbany, ale zastanawia mnie, dlaczego tak nerwowo reagujemy na nawet drobne uwagi na temat miasta. Z czego wynikają takie reakcje? Bo nie sądzę, że tylko z lokalnego patriotyzmu i poczucia, że faktycznie mieszkamy w idealnym miejscu. Może lepiej, zamiast pudrować niedoskonałości, przyznać się, że one po prostu są i może nawet zawsze będą.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  06.03.2018

środa, 14 lutego 2018

Piątka szykuje się do jubileuszu 60-lecia


Gdybym miała jeszcze raz wybierać szkołę średnią, pewnie i tym razem też wybrałabym Piątkę. Nie wykluczam, że to po trosze z sentymentu, a nie ze względu na aktualne, czy przyszłe rankingi. V Liceum Ogólnokształcące było, jest i pewnie pozostanie dla mnie na zawsze najlepszą możliwą szkołą. Prawdopodobnie dlatego, że miałam szczęście trafić tam na takich nauczycieli, którzy poza realizacją podstawy programowej, kształtowali i wspierali również nasz rozwój. Dostrzegali indywidualny potencjał ucznia i podsycali go, inspirowali. Dawali nam przestrzeń do działania, pozwalali na szaleństwa twórcze. Na spektakle happeningi, koncerty i wystawy na terenie szkoły, poza lekcjami, a czasem i nawet podczas lekcji. Niejednokrotnie mieli wpływ na wybór dalszej edukacji i drogi życiowej. Podejrzewam, że w podobnym duchu o swojej szkole średniej może myśleć wielu absolwentów i to niekoniecznie V LO. Najczęściej dopiero po latach jesteśmy w stanie docenić swoich nauczycieli, którzy byli przy nas, gdy wchodziliśmy w dorosłość, gdy wszystko było takie pierwsze, takie ważne, takie możliwe do osiągnięcia oraz docenić to miejsce, gdzie się to działo, swoją szkołę. Dla mnie tym miejscem była Piątka i choć brzmi to nieco emfatycznie, to tam „wszystko się zaczęło”. Zaczęły się przyjaźnie, które trwają do dziś, zaczęło się zamiłowanie do teatru i literatury, zaczęła się pasja. I to chyba jest kluczowe słowo oraz wartość, którą wyniosłam z V Liceum. Ta szkoła potrafiła razem z talentem rozbudzać w uczniach pasję i nie tylko w czasie tych czterech lat, gdy pobierałam tam edukację, ale zawsze. Bo myślę, że nie przypadkiem w Piernikowej Alei Gwiazd swoje Katarzynki mają aż cztery absolwentki tej szkoły, a gdyby tak poszukać dalej po świecie, to pewnie jest wiele miejsc, gdzie swoje ślady zostawili inni absolwenci.

W tym roku V Liceum Ogólnokształcące obchodzi sześćdziesięciolecie swojego istnienia. Będzie część oficjalna i bal oraz spotkania klasowe. Świętowanie jubileuszu planowane jest na ostatni weekend września. Do tego czasu organizatorzy chcą przygotować mapę, na której odnotują obecność absolwentów na świecie. To jak? Absolwenci Piątki, gdzie jesteście, co u Was słychać? Wasza szkoła się pyta.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  13.02.2018

piątek, 19 stycznia 2018

Czy ekostrefa pomoże strefie zamieszkania na Starym Mieście?


Kilka dni temu media obiegła wiadomość, że kilka miasta w Polsce jest zainteresowane tym, by skorzystać z możliwości wprowadzenia strefy czystego transportu, czyli w praktyce pobierać opłaty za wjazd do swoich centrów. Wśród tych miast jest i Toruń. Jednocześnie natychmiast poszedł nieco uspokajający komunikat z naszego magistratu, że pomysł tych ekostref jest na razie w fazie analizy, że do wprowadzenia jeszcze długa droga i jeśli już, to dotyczyłby tylko zespołu staromiejskiego, bo na osiedlach przecież byłoby trudno o takie strefy. Na osiedlach? Jak to? Pewnie niektórzy się zdziwili. Wróćmy jednak na Starówkę. Czy potrzebna jest tu ekostrefa? Jeśli tak, to komu i dlaczego jest ona potrzebna? Poza oczywiście poprawą jakości powietrza, bo taka jest pierwotna intencja. Czy nie chodzi tu czasem o to, by ograniczając liczbę aut parkujących gdzie bądź na Starym Mieście, jednocześnie opanować chaos, który trwa tu nieprzerwalnie od kilku lat? Nie bez znaczenia jest pewnie i wątek ekonomiczny, w końcu opłaty za wjazd zasilą budżet gminy. A to, że konsekwencje ekostrefy niewątpliwie w pierwszej kolejności dotkną starówkowy biznes, to już mniejsza.

Gdy czytałam o tym pomyśle, pojawiło się pytanie, a co z inną strefą, strefą zamieszkania?  Zapowiadana tak szumnie i z przytupem przez BTCM pół roku temu, że rozwiąże nadmiar samochodów na ulicach, szczególnie tych parkujących nieprawidłowo i wprowadzi przyjazną przestrzeń dla mieszkańców i odwiedzających. Założenie było słuszne i rekomendowane już pięć lat wcześniej w raporcie Restartu. Niewątpliwie ta zmiana była potrzebna. Ale już w pierwszych dniach po wprowadzeniu, zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy ona, aby faktycznie jest na lepsze. Starówkowa grupa dyskusyjna na facebooku, mimo moderacji, przegrzewała się wtedy od skarg, uwag, zdjęć i propozycji korekt do nowych rozwiązań. Urzędnicy z interwencjami odsyłali internautów do Straży Miejskiej, korekty wprowadzali. Starali się studzić i uspokajać nastroje, a przede wszystkim, wywarzyć proporcje. Przecież nie mogło być tak, że instytucja, która prowadzi grupę dyskusyjną, ciągle zbiera na niej baty. Mam wrażenie, że wokół strefy zamieszkania cały czas toczy się gra, magistrat kontra mieszkańcy i jest to gra na znudzenie przeciwnika, czyli mieszkańców. Ta taktyka, jak obserwuję, jest słuszna, bo i ostatnio mieszkańcy przestali już tak bardzo marudzić, że samochody stoją poza miejscami wyznaczonymi na Łaziennej, czy Wysokiej. I nie dlatego, że auta faktycznie stamtąd zniknęły, nie. Mieszkańcy widzą, że te ich zgłoszenia, uwagi i komentarze nic nie zmienią. Samochody na Łaziennej, Wysokiej i w wielu innych miejscach niedozwolonych nadal stoją, blokując przejścia i chodniki. Ale ile można robić zdjęć, ile wykonywać telefonów z interwencją, gdy widać brak zmiany. To może pogłębiać bezradność i frustrację. A problem chaosu parkujących samochodów szczególnie wieczorem i w weekendy nie dość, że nie znika, to nawet się powiększa. Gdyby do tego dodać jeszcze fakt, że prędkość, z którą się poruszają auta na niektórych ulicach objętych strefą, daleko przekracza dopuszczalną, trzeba by uznać, że strefa zamieszkania nie tylko nie funkcjonuje tak, jak zakładano, ale i nosi znamiona fiaska. Zatem potrzeba zmiany sytuacji „wisi w powietrzu” i niewykluczone, że pretekstem do tej zmiany będzie właśnie powietrze, czyste powietrze.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  16.01.2018

czwartek, 14 grudnia 2017

Toruńskie instytucje kultury do wygrania


Przeciętny użytkownik, kupując urządzenie, czymkolwiek by ono nie było, niewiele zastanawia się, wedle jakich zasad i dlaczego dany sprzęt funkcjonuje. Ma grać, dzwonić, jechać, czy co tam jeszcze. Co powoduje, że tak się dzieje, o to mniejsza. W centrum zainteresowania są jakość i cena oraz ich wzajemne relacje. I dylematy, czy tanie może być dobre, czy cena faktycznie stanowi o prawdziwej wartości. Każdy przeciętny użytkownik kupujący urządzenie pewnie liczy się z tym, że im taniej, to z jakością może być potem różnie. Ale po co przepłacać, skoro można mieć za mniej. A to, że obudowa pęknie po pierwszym tygodniu, czy padnie bezpiecznik i okaże się, że to model jednak wybrakowany, cóż, zawsze jest jakieś ryzyko. Podobnie czasem bywa z przetargami, gdzie istotnym kryterium wyboru jest właśnie cena.
Prawdopodobnie dla przeciętnego mieszkańca naszego miasta mało istotne jest, w jaki sposób zarządzane są lokalne instytucje kultury, ważne by dobrze funkcjonowały. Dlatego nie sądzę, żeby jakieś większe poruszenie mogła wywołać informacja, o tym, że magistrat zamiast konkursów dyrektorskich ogłosił przetarg na zarządzanie Dworem Artusa, Toruńską Agendą Kulturalną i Centrum Kultury Zamek Krzyżacki. Jeśli przy tym dołożyć komunikat, że zmiana ta, to nie dość, że nowoczesna, to jeszcze przyniesie bardziej atrakcyjny program artystyczny przy optymalizacji kosztów, to tym bardziej trzeba się cieszyć z innowacji, a nie węszyć zagrożenie. Do tego w końcu kulturą toruńską będzie mógł zająć się każdy, bez względu na kompetencje i to wszystko dla dobra odbiorców, czyli nas mieszkańców. Było dobrze, będzie lepiej. Lepiej, czyli jak? Przede wszystkim taniej oraz atrakcyjniej i naturalnie dla większej liczby odbiorców. Takie parametry wcale niekoniecznie wskazują na to, że toruńska kultura instytucjonalna będzie nadal w przyszłości utrzymywać swoją wysoką i cenioną pozycję. Czy będzie tam jeszcze miejsce na eksperymenty artystyczne, wydarzenia niszowe, działania niedochodowe? Czy nadal istotna będzie kulturotwórcza rola tych instytucji? Wątpliwości można mnożyć dalej, ale nie w tym rzecz. To, że magistrat chce sprawdzić, jak będzie działała instytucja kultury w nowym modelu zarządzania, jest jak najbardziej chwalebne i może być faktycznie ożywczym impulsem. Tylko dlaczego przeprowadza eksperyment na trzech placówkach jednocześnie? Czy rzeczywiście chodzi tu o nową jakość w kulturze? Czy tylko o oszczędność i to ona jest głównym motorem zmiany? A co, jeśli ten eksperyment nie powiedzie się? Cóż, zawsze jest jakieś ryzyko.
Nieomal w tym samym czasie, gdy pojawiło się ogłoszenie przetargowe na zarządzanie trzema instytucjami kultury, wystartowała toruńska edycja „Monopoly”, gdzie każdy może sobie kupić Dwór Artusa, Krzywą Wieżę, czy Zamek Krzyżacki, wystarczy wyrzucić odpowiednią liczbę oczek na kostce i mieć w banku dostateczną liczbę banknotów. Proste. Patrząc na kierunek zmian w prowadzeniu instytucji kultury w naszym mieście, można ulec złudzeniu, że zarządzanie kulturą to właśnie taka prosta gra, nic tu się nie da schrzanić i potrafić może to każdy. Nic tylko rzucać kulturalną kostką. A co z tego wyjdzie?  Żeby tylko nie było jak w grze, że to loteria.


Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  12.12.2017

czwartek, 5 października 2017

Stare Miasto powinno żyć ludźmi, nie tylko odwiedzającymi


Zastanawiałam się ostatnio nad tym, która z dzielnic w Toruniu jest najbardziej przyjazna do życia. Bo gdybym miała wyprowadzić się ze Starego Miasta, to dokąd? W jaki sposób sprawdzić to, w której części miasta żyje się najlepiej? Nie przypominam sobie, żeby ktoś w ostatnim czasie zbierał dane na ten temat, ale może coś mi umknęło i takie zestawienie istnieje? W różnych badaniach nad jakością życia w miastach i zadowoleniem mieszkańców, Toruń najczęściej plasuje się w pierwszej dziesiątce. Czyli patrząc z perspektywy szerszej, w ankietach wychodzi, że mieszkańcy mówią jesteśmy zadowoleni. A wchodząc już w obszar granic miejskich to, gdzie jest najlepiej w tym najlepszym miejscu na ziemi? Jakich użyć parametrów, by to znaleźć? Naturalnie to obiektywne wskaźniki, dają miastu pozycję taką, a nie inną w rankingu, więc w przypadku dzielnic powinno być podobnie. Ale czy za określeniem „przyjazne miejsce” pod przykrywką neutralnych parametrów, nie będzie się kryć więcej składników nacechowanych emocjonalnie i subiektywnie, czasem niemających nic wspólnego w szeroko pojętym zadowoleniem? Czy „przyjazne” nie bywa rozumiane nieco inaczej, jako „moje” i dlaczego właśnie się z nim identyfikuję i lubię? I czy przypadkiem nie jest to bardziej pojęcie z kategorii filozoficznej? Na przykład obszary oznaczone, jako zdegradowane, czy wykluczone społecznie wcale nie muszą nieść za sobą w pakiecie braku „przyjazności” dla mieszkańców tego miejsca, w ich subiektywnym odczuciu. I odwrotnie. Patrząc na dynamikę, z jaką pięknieje i zmienia swój charakter najstarsza dzielnica miasta, powinniśmy dostrzegać wzrost zadowolenia mieszkańców tego obszaru. A jest odwrotnie. I nie jest to teza oparta o żadne miarodajne wskaźniki, bardziej opinia ukształtowana przez to, co słyszę od sąsiadów z dzielnicy. W rozmowach coraz częściej pojawia się wątek potencjalnej wyprowadzki i to z ust osób, które mieszkają tu od pokoleń. Z jakichś powodów Stare Miasto się wyludnia. I jakość życia może też być jednym z nich. A jednocześnie odnoszę wrażenie, że poruszanie wątku jakości życia na Starówce jest trochę takim naszym, miejskim tabu. Lepiej go nie dotykać, a gdy już temat jest poruszany w dyskusji, nieuchronnie zmierza w kierunku stwierdzenia: „jak się coś nie podoba, to można się wyprowadzić, nie potrzeba nam, w tej naszej gotyckiej perełeczce narzekaczy”. I to jest argument, który faktycznie kończy dyskusję. Ciekawe, kto kiedyś ostatni zgasi światło.
Od niedzieli możemy robić zakupy z kartą rabatową „Moja Starówka”. W wybranych punktach gastronomicznych, handlowych i usługowych wszyscy, którzy zechcą taką kartę mieć, dostaną rabat, nie tylko mieszkańcy Starówki. Ten projekt to efekt współdziałania przedsiębiorców i urzędników BTCM w celu, by na obszarze staromiejskim jak najwięcej ludzi robiło zakupy i spędzało czas. I dobrze, przedsiębiorcy powinni zarabiać. Stare Miasto powinno żyć ludźmi. Pytanie tylko, co z tymi, którzy tu mieszkają? Czy może następny projekt BTCM pochyli się nad wzrostem zadowolenia życia w tej dzielnicy?

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  03.10.2017

środa, 28 czerwca 2017

Biało-niebieskie Święto Miasta z trocinami w tle


Lubię Święto Miasta. I myślę, że nie jestem z tym uczuciu jakoś szczególnie oryginalna. Podejrzewam, że zdecydowana większość mieszkańców Torunia odnajduje dla siebie, w tych czerwcowych dniach, jeśli nie pełne garście, to choć szczypty radości. Wydarzeń w plenerze jest tyle i do tego tak rozmaitych, że nietrudno znaleźć pretekst, by dołączyć do świętowania, na choćby jeden, wybrany sposób. To jest ta chwila, gdy możemy zobaczyć, że jesteśmy nie tylko zbiorem mieszkańców, ale w jakimś sensie wspólnotą. A o to przecież właśnie chodzi w tej miejskiej fecie rozpisanej na wiele dni, żeby każdy mógł poczuć się dumny, że tu mieszka, że jest stąd. W tym roku do miejskiego świętowania dołączyło Bydgoskie Przedmieście ze świętem dzielnicy. I wyboru tego terminu trzeba organizatorom pogratulować. Wpisanie Święta Bydgoskiego Przedmieścia w czas, gdy hucznie celebrujemy imieniny patrona miasta, chwalimy się sukcesami i dzielimy tym, co mamy najlepszego w kulturze, sporcie i rozrywce, było decyzją jak najbardziej właściwą. Bydgoskie ma się czym pochwalić, zatem i program był wyjątkowo bogaty. Różnorodność wydarzeń idealnie ilustrowała ideę tej inicjatywy, by pokazać miejsce pełne historii, ciekawej architektury, zieleni, ale też i ludzi, którzy tworzą tam atmosferę. A jak najlepiej zaprezentować uroki dzielnicy? Oczywiście zapraszając na spacer po niej. Takich spacerów tematycznych przeszło tego dnia po Bydgoskim pięć. Szlakiem uciech i rozrywek wszelakich, piekarni i ciastkarni, modernistycznej architektury, śladów literackich oraz miejsc zaskakujących i nieznanych. Dodatkowo tego dnia wystartowała darmowa aplikacja „Tupik”, z którą będzie można samodzielnie zwiedzać dzielnicę. Jak nic, Bydgoskie otwiera się na turystów. Tylko klasnąć w dłonie z radości, co za wspaniały, świąteczny dzień. I pewnie tak bym o nim myślała, utrzymując się jak najdłużej w nieco sielankowym nastroju, gdyby nie to, że wybrałam się w sobotę na jeden z tych spacerów. Gdy wraz z innymi spacerowiczami spotkaliśmy się przy CSW, by podążać tropami literatów, przywitały nas widok ścinanych klonów. Jakkolwiek to zabrzmi, Święto Miasta zaczęło się dla nas od dźwięków piły. Nie kwestionuję potrzeby wycięcia tych klonów. Nawet nieuzbrojone w ekspercką wiedzę oko może zobaczyć, że pnie są puste, czyli stanowiły zagrożenie. Nie rozumiem jednak, jak można wycinać drzewa w dniu Święta Miasta, do tego w ścisłym centrum, bo działo się to przy Fosie Staromiejskiej, w chwili, gdy nieopodal rozpoczynały się pierwsze imprezy, teatralne Święto ulicy Wilama Horzycy. Takie działanie zdaje się być albo sabotażem, albo perwersją. Inaczej trudno mi to wytłumaczyć. Kto podjął decyzję o takim terminie wycinki?
W czasie, gdy dyskusje o tym, jakie ma być miasto, zielone czy betonowe, zaczynają być coraz intensywniejsze, ta sytuacja wydaje się symboliczna. Patrzyłam na wirujące w powietrzu biało-niebieskie konfetti z piątkowej ceremonii odsłonięcia Katarzynek, jak mieszały się ze świeżymi trocinami. Nie było to połączenie harmonijne.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  26.06.2017

wtorek, 21 lutego 2017

Smog czy wycinka, które słowo popularniejsze?


Chociaż mamy dopiero luty, to już dziś mogę pokusić się o typowanie, że jednym z popularniejszych słów tego roku, będzie smog. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy zyskał tak na rozgłosie, że nie ma chyba osoby, przez której usta by nie przeszedł tej zimy. Co się takiego stało, że właśnie w tym roku dopadło nas to okropne słowo i szkodliwe zjawisko? Wcześniej go nie było? Ktoś złośliwy powiedział, że dopiero, gdy smog dał o sobie znać w stolicy, został dostrzeżony jako problem i zyskał na medialności. Z jednej strony pojawiły się głosy zaniepokojenia i aplikacje umożliwiające sprawdzenie stanu powietrza w danej okolicy, z drugiej opinie, że to czysta manipulacja wymierzona w polski węgiel. W ubiegły czwartek, gdy w Toruniu został ogłoszony alarm smogowy, szłam właśnie do lekarza. Idąc, zastanawiałam się, oddychać, czy nie oddychać. Może oddychać półgębkiem, przez chusteczkę, bo maski przecież nie mam. A ten męczący mnie od dwóch tygodni kaszel, to może wcale nie wirus, a już skutek powietrza, którym oddycham. I w tym momencie przypomniały mi się płyty boazerii i meble, które kilka tygodni temu wystawili w nocy, przed kamienicę, moi sąsiedzi, w oczekiwaniu na kontener. Zanim dojechał, wszystko zniknęło. Pewnie potem, któryś z tych czarnych dymów nad Starym Miastem, to były właśnie te meble. Oddychać, czy nie oddychać? Po badaniu okazało się, że to jednak tylko wirus, nic więcej. Pani doktor zaleciła mi odpoczynek, dużo witamin i dużo spacerów. „A wie pani, że dziś w Toruniu mamy alarm smogowy?” – zapytam, wysłuchawszy wskazań. Pokiwała głową ze zdumieniem, myślała, że to problem głównie Wrzosów. Niestety, nie tylko. Na szczęście do wiosny bliżej, niż dalej i temat szarej łuny oraz przykrego zapachu za chwilę zniknie. Ale czy na pewno powinien?
W tym samym czasie, gdy prawdy o smogu przeplatają się z mitami, w ruch poszły piły i wycinają drzewa z błogosławieństwem nowego prawa. W Toruniu już w styczniu zniknęły drzewa z ul. Chrobrego i ul. Sobieskiego rosnące wzdłuż torów kolejowych. Podobno stanowiły większe niebezpieczeństwo, niż przynosiły korzyści. Teraz kikuty podciętych sanitarnie drzew straszą przy ul. Moniuszki. Może gubiły zbyt dużo liści, stanowiąc zbyt wysoki koszt sprzątania? A podejrzewam, że to dopiero przygrywka. Wczoraj było tu drzewo, dziś jest pieniek, takie zdjęcia będziemy sobie wysyłać i wzdychać powietrzem gęstym od zanieczyszczeń. Wiem, że urzędnicy uspokajają, że większe wycinki w mieście nie są planowane. Tyle że nowe przepisy nie wymagają od właścicieli posesji zgody urzędników na wycięcie drzew, więc trudno przewidzieć, jak za chwilę będą wyglądały osiedla. Nie zamierzam straszyć, ale z tą urzędniczą pewnością też bym uważała. Wystarczy przecież całe mnóstwo drobnych cięć, by w krótkim czasie uszczuplić zasoby zieleni w mieście. Może zamiast o kolejnych siłowniach zewnętrznych, czy placach zabaw, lepiej już dziś pomyśleć o regularnym nasadzaniu nowych drzew.
Zatem w wyścigu o najpopularniejsze słowo roku, smog będzie miał bardzo poważnego konkurenta w wyrazie wycinka. Chociaż z drugiej strony, oba te zjawiska są ze sobą powiązane, jak przyczyna ze skutkiem, więc i słowa powinny pojawiać się wspólnie. Wyścig o pierwszeństwo w popularności może być zatem wyrównany.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  21.02.2017

wtorek, 22 listopada 2016

Superpełnia namieszała emocjami w koncercie gwiazdy


Pełnia księżyca potrafi czasem nieźle podkręcić emocje, wiadomo to nie od dziś, ale jak może namieszać superpełnia superksiężyca, to mogliśmy zaobserwować w ubiegłą środę. Euforia i oburzenie jednocześnie. I to na jaką skalę. Choć samo zjawisko wypadało dwa dni wcześniej, to skutki owego wpływu oglądaliśmy właśnie w ubiegłą środę, kiedy to ożywienie wypełnione zarówno jedną, jak i drugą emocją osiągnęło pełnię. Czymże innym można wytłumaczyć zamieszanie, jakie powstało wokół koncertu Stinga w Toruniu. Najpierw specjalny, wieczorny briefing, z którego płynęła mieszanka ekscytacji, entuzjazmu i zachwytu, że taka niespodzianka, taka gwiazda, taki koncert i to już za trzy tygodnie. Chwilę później wybuchła zmasowana irytacja i niezadowolenie mieszkańców. Jak to się mogło stać? Miało być tak pięknie, a wygląda, jakby diabli namieszali. Przecież na taką okazję, to każdy mieszkaniec miasta i regionu czekał od lat, można było wywnioskować z przekazu poprzedzającego tę niezwykłą wiadomość. Otóż tak, koncert Stinga jest z pewnością spełnieniem marzeń jego fanów w mieście i nie tylko. Tu pełna zgoda, gdyby tak na to patrzeć, to dobrze rozpoznane zostały pragnienia sporej części mieszkańców. Jest on też niewątpliwie świetną promocją miasta. Według mnie ten koncert, to dużo lepszy kierunek w pokazywaniu ducha Torunia, niż event w stylu „Sylwester z Dwójką”. Ale chyba jednak ktoś tu nieźle namącił i ja stawiam na ogromną tarczę księżyca, która rozbudziła emocje wszystkim na tyle, że komunikat o tym wydarzeniu minął się z intencją organizatorów i spotkał z oburzeniem mieszkańców. Bardzo kąśliwie ujął to starszy pan, którego opinię na ten temat podsłuchałam. Brzmiało to mniej więcej tak: „Patrzycie, jakie fantastyczne ciastko kupiliśmy za wasze pieniądze, teraz napatrzcie się, bo konsumować będą wybitni.” I w tym słowie wybitni, kryje się paliwo oburzenia. Choć nie tylko tam.
Myślę, że bardzo źle się stało, że organizatorzy nie zadbali od początku o dobrą komunikację wokół tego koncertu. Naprawdę szkoda, bo to bardzo ważne wydarzenie dla miasta. Ten koncert to nie efemeryczne widowisko, które uleci z pamięci po tygodniu, nagrany będzie funkcjonować w przestrzeni przez wiele lat i zamiast budzić tylko dobre skojarzenia,  przywoła też niesmak u niektórych. Jestem w stanie zrozumieć podekscytowanie, jakie mogło się pojawić w urzędzie, że taka gwiazda może zaśpiewać u nas choćby i sześć piosenek. Być może decyzje trzeba było podejmować błyskawicznie, by nie stracić okazji i pewnie dlatego radni toruńscy dowiedzieli się o tym cudzie z mediów. Niewykluczone, że tak właśnie było i to trochę może wyjaśniać te emocje i niefortunny briefing. Ale wcale nie musiało tak być. Co zatem innego mogłoby tłumaczyć tę, chyba pierwszą od prawie czternastu lat, wpadkę komunikacyjną toruńskiego urzędu, przy tak ważnym dla miasta wydarzeniu? I co mogłoby pomóc, by to złe wrażenie jak najszybciej zatrzeć? Może gdyby, otworzyć ten zamknięty koncert, ustawiając telebim przy sali na Jordankach dla trochę większej części chętnych, to ciemna otoczka irytacji, by pojaśniała i znacznie zmieniłoby to wydźwięk całości. Może. Ciekawe tylko, czy na taką propozycję artysta wyraziłby zgodę.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  22.11.2016

czwartek, 3 listopada 2016

Promocja to pojemne słowo, sylwester zaś kosztowne


Gdyby mogli Państwo zadecydować, na co przeznaczyć zaoszczędzone 1,6 miliona złotych z budżetu miasta, to czy byłaby to w pierwszym odruchu spłata niemałego zadłużenia, czy może kilkugodzinna impreza sylwestrowa? Oczywiście, nie jakaś tam sobie kameralna impreza na rynku, ale huczne z przytupem widowisko multimedialne z gwiazdami i ze strzelającymi korkami szampana na oczach, niewykluczone, że i nawet dwóch milionów widzów. Taki rozrywkowy bonus dla mieszkańców, chwila szaleństwa na antenie ogólnopolskiej, ale też przekroczenie finansowej granicy, poza którą dotąd organizatorzy miejskich imprez masowych sięgali w marzeniach. Dotąd nikomu nie przyszłoby do głowy, że z taką łatwością mogą znaleźć się w budżecie tak niebagatelne środki na imprezę rozrywkową. A okazuje się, że mogą. Ta impreza sylwestrowa może być też sygnałem na przyszłość dla innych organizatorów, nie idźcie na kompromisy przy budowaniu programów artystycznych, nie dawajcie wiary, że pula środków jest ograniczona. Skoro można na rozrywkę, to czemu nie na kulturę?
A może lepiej zainwestować te pieniądze w młodych, by tu zostali, w nowe miejsca pracy, w programy socjalne? Tu mogą być namacalne efekty. Bo jaką wymierną korzyść będziemy mieć z organizacji jednonocnej zabawy sylwestrowej? Zrobiłam na ten temat swoją małą, prywatną sondę. Zapytałam osoby mieszkające aktualnie w Toruniu, ale też i te, które kiedyś były z nim związane, co sądzą o organizowaniu przez miasto tak kosztownego eventu i jakie widzą w tym profity. Głosy mieszkających tu były w większości sceptyczne, zważywszy na koszty, jakie trzeba ponieść. Zabawa może i będzie fajna, ale zapłacić za to będziemy musieli sporo. Komentarze w tym tonie dominowały. Entuzjastami tego pomysłu były osoby, które patrzyły aktualnie na miasto z daleka i w organizacji Sylwestra z Dwójką widziały głównie promocję. Po chwili jednak każda z tych osób dodawała, ale czy o taką promocję faktycznie miastu chodzi. Taką, czyli jaką? Nie wynikałam jednak. Promocja to pojemne słowo.
Oczywiście, że w tym dywagowaniu, na co by można przeznaczyć te 1,6 miliona złotych, jest szczypta manipulacji. Tak moglibyśmy robić, z co bardziej kontrowersyjnym projektem realizowanym z miejskiej kasy. Choć z drugiej strony, tak kosztownej nocy za publiczne pieniądze w Toruniu, chyba jeszcze nikt nigdy nie planował, więc nie można się dziwić poruszeniu, jakie wywołuje rzeczona kwota. Pytania się mnożą. Czy godząc się na organizację sylwestrowej nocy z TVP2 spontanicznie i jednorazowo wskakujemy na ogólnopolską antenę na kilka godzin, za odpowiednią sumę, czy też może w założeniu jest dłuższa współpraca? Czy jest w tym jakiś plan i wizja, czy tylko radość, że Toruń stanie się scenerią dla spektakularnego widowiska telewizyjnego, oglądanego przez milionową publiczność? Może gdyby spojrzeć na sprawę z nieco innej perspektywy, że to nie wydatek, ale inwestycja, emocji byłoby mniej. Tylko że wtedy niezbędna byłaby informacja, jakie realne korzyści popłyną z tego dla miasta. Na razie tego nie wiemy, wiemy, że będzie zabawa.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  03.11.2016

wtorek, 2 sierpnia 2016

Ekspresowa wycieczka po toruńskich lokalach w poszukiwaniu małej czarnej


„Cywilizacja zaczyna się tam, gdzie podają kawę z ekspresu ciśnieniowego.” Nazwisko autora tej myśli, niestety, uleciało mi w tej chwili z pamięci, ale zdanie to, niczym sentencję, powtarzałam jeszcze nie tak dawno, za każdym razem, gdy w odwiedzanych miejscach, poszukiwania dobrze zaparzonej kawy kończyły się fiaskiem. Co ciekawe, w tamtym czasie, najlepsze espresso piłam nie gdzie indziej, ale na pustyni. Dziś w prawie każdej, nawet najmniejszej gastronomii, ekspres ciśnieniowy, mniej lub bardziej profesjonalny, stoi, więc mogłoby się wydawać, że eldorado dla miłośników kawy znacznie poszerzyło swoje granice i jest na wyciągnięcie ręki. Nic bardziej mylnego. Sam fakt obecności takiego urządzenia wcale nie gwarantuje, że w tym miejscu podadzą nam espresso z cremą, czyli słynną pianką, która świadczy o dobrze zaparzonej kawie. A jeszcze nie tak dawno ekspres ciśnieniowy w lokalu był gwarancją wypicia małej czarnej o odpowiedniej mocy i konsystencji. Dziś bywa z tym różnie. Mam wrażenie, że wysyp ekspresów ciśnieniowych nie podniósł jakości serwowanej kawy, lecz wręcz przeciwnie, spopularyzował i zaczyna utrwalać, nie za wysoki poziom podawania tego trunku, często wynikający z braku elementarnej wiedzy baristycznej. Czasami, gdy kelnerka podaje mi niewłaściwie zaparzoną kawę, co widać już po śladowej cremie lub jej braku, pytam, czy uważa, że ta kawa jest dobra? I prawie zawsze pada odpowiedź twierdząca z powołaniem się na dobry ekspres, który w jej mniemaniu nie może przecież parzyć kawy złej. Dość szybko jednak zmienia zdanie, gdy niczym w telewizyjnym show kulinarnym, sugeruję, aby spróbowała, czy na pewno jest dobra, wtedy pośpiesznie przynosi drugą, często zdecydowanie lepszą, choć niestety nie zawsze. I po co ta cała heca? Bo co jak co, ale źle zaparzona kawa w kawiarni, to jak zwiędłe kwiaty w kwiaciarni, nawet najlepsze wstążki nie dodadzą im świeżości.

A jak wygląda jakość małej czarnej w toruńskich lokalach? Bardzo różnie. Na mojej subiektywnej liście są tylko cztery miejsca, które mogę polecić w ciemno, bo nie zdarzyła mi się tam żadna kawowa wpadka w ostatnim czasie. Crema jest tam zawsze prawidłowa, a kawa po prostu dobra. To Atmosphera, kawiarnia u Lenkiewicza, Prowansja i cafe pARTer w CSW. Ta ostatnia jest też całkiem przyjazną przestrzenią, żeby poczytać książkę lub popracować. Idealną sytuacją dla mnie byłaby ta, w której w ulubionych miejscach, mogłabym też wypić dobrą kawę, ale niestety nie zawsze tak jest. Lubię patio cukierni Sowa, widok z kawiarni Queensland, czy wnętrze Coffe&Whisky, ale przyzwyczaiłam się już do tego, że z jakością zaparzonej tam kawy jest trochę, jak z wygraną na loterii fantowej, przeważnie się trafia, ale bywa, że nie. Największe jednak rozczarowanie ostatniego czasu, to kawa w dopiero co otwartych Różach i Zen. Tak źle sparzonej kawy nie spodziewałam się po tym miejscu. I choć radość z możliwości spędzania czasu w tym klimatycznym lokalu była spora, to dwie kawy ten entuzjazm znacznie ostudziły. Szkoda. Oczywiście jest sposób, by te niedociągnięcia baristyczne przysłonić, wystarczy wlać do espresso nieco spienionego mleka. Tylko że wtedy to już nie będzie ta mała czarna, której szukamy.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  02.08.2016

wtorek, 12 lipca 2016

Jedna scena na rynku to mało, za mało, postawmy więc dwie


Od przybytku głowa nie boli, jak mawia stare powiedzenie, ale z kolei inne dopowiada, że każdy nadmiar szkodzi. Niby lepiej mieć dwie sceny, niż jedną, ale gdy obie stoją w odległości zaledwie kilku metrów od siebie, zwrócone frontami, to może wtedy faktycznie jedna by wystarczyła. W ubiegłą sobotę, idąc przez Rynek Staromiejski, taki to osobliwy widok właśnie ukazał się moim oczom, dwie sceny naprzeciwko siebie. Czyżbyśmy doczekali się kiełkującej wersji toruńskiego Openera, dwie sceny, jedna główna, druga offowa? Nadużywam kąśliwości? Możliwe. Przyznam się, że taką sytuację, nie tak dawno, nakreśliłam w nieco złośliwym żarcie, komentując lokalizowanie wszystkich imprez, czasem jednocześnie, na placu pomiędzy Ratuszem a kościołem św. Ducha. Gdy zobaczyłam ten obrazek, jak wydarza się naprawdę, to wcale nie było mi do śmiechu. Na jednej ze scen trwał właśnie koncert w ramach festiwalu Celtycki Gotyk, druga stała pusta. To ta scena, którą TAK nazywa letnią sceną i zaprasza na nią w lipcu, między innymi, debiutujące zespoły. Nie wykluczam, że organizatorzy Celtyckiego Gotyku, w jakieś części swojej imprezy, korzystali faktycznie z dwóch scen jednocześnie, a może zwyczajnie na swój festiwal postawili drugą scenę, bo zespoły nie mieściły się na mniejszej, tego nie wiem. Tak czy siak, wyglądało to kuriozalnie.
Zastanawiam się tylko, po co była budowana plenerowa scena przy CKK Jordanki, po co amfiteatr w Etnograficznym, po co kameralna scena przy Baju? Wymieniać dalej? A może wskazać miejsca, które rozstawiana sezonowo scena mogłaby ożywić? Po co? Skoro i tak będziemy mieli Rynek Staromiejski zastawiony permanentnie sceną, a nawet dwiema, a z czasem może i trzema jednocześnie. Na bogato. Nie zmieszczą się? A turyści niech się przeciskają pomiędzy foliowymi budami i metalowymi konstrukcjami, niech kombinują, jak tu strzelić sobie fotkę, by uwiecznić, choć kawałek wiekowego muru bez szpetnych dodatków. O mieszkańcach i niektórych przedsiębiorcach w tym kontekście wspominać nie będę, ich argumenty od trzech lat na nikim nie robią wrażenia.
Jednak coraz śmielej w dyskusjach o Starówce pojawia się to pytanie, czy faktycznie, wszystkie imprezy, jak leci lub które pierwsze zarezerwują miejsce, należy sadowić w przestrzeni Rynku Staromiejskiego. Czy nie jest ich już tam czasem za dużo? Żeby było jasne, nie kwestionuję w tym momencie lokalizacji celtyckiego festiwalu, prędzej moją wątpliwość budzi postawienie letniej sceny na cały miesiąc. Czy faktycznie musi ona stać przez lato na rynkowym bruku? Mamy tyle wspaniałych, letnich miejsc przystosowanych do występów. Scen, na które warto zapraszać artystów, tych początkujących również. O przestrzeniach do zaadaptowania w ogóle nie będę tu wspominać. Zatem wydaje mi się, że po tym sezonie czas pomyśleć, na poważnie, o selekcji imprez, które odbywają się na reprezentacyjnym placu miasta. Czas, by za porządek lub chaos imprezowy na Starym Mieście odpowiadała ostatecznie jedna instytucja lub wydział UM. Żeby nikomu nie rodziło się w głowie pytanie, czy leci tu z nami jeszcze jakiś pilot? Czy może dryfujemy już bezwładnie z prądem?
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  12.07.2016

wtorek, 5 lipca 2016

Fajerwerki coraz bardziej powszednie niż świąteczne


Pierwszy strzał połączony z ogromnym hukiem padł w ubiegły piątek kilka sekund przed godziną 23:15. I od razu był celny, wyrwał ze snu tych, którzy zdążyli już zasnąć i to nie tylko w dzielnicy Staromiejskiej. Choć to na Starym Mieście drżące budynki mogły zwiastować, że dzieje się coś niepokojącego. Przy drugim i trzecim wystrzale było już wiadomo, to nie jakieś niebezpieczne zdarzenie, ale tylko fajerwerki. Odruchowo zerknęłam na zegarek z niedowierzaniem, że urzędnicy wydali pozwolenie na użycie materiałów pirotechnicznych w nocy. Poza Sylwestrem i Nowym Rokiem, by móc zafundować sobie wystrzałowe pokazy, trzeba mieć stosowne zezwolenie wydawane przez Urząd Miasta. Zaczęłam szybko szukać w pamięci, czy czasem nie umknęło mi jakieś miejskie, nocne wydarzenie godne wzbogacenia fajerwerkami, bo to faktycznie tłumaczyłoby tak późną porę wybuchów. Nie mogłam sobie nic przypomnieć. Powtórka ze strzelania odbyła się w sobotę, tym razem kilka minut po godzinie 22:00, jak co weekend od kilku tygodni, zresztą. Co to zatem za strzelanie po nocach i co z tym mogą zrobić budzeni mieszkańcy? Jak później doczytałam, urzędniczka moderująca grupę dyskusyjną „Mój@ Starówka”, doradzała, by w takiej sytuacji zgłosić zakłócenie ciszy nocnej do Straży Miejskiej. Faktycznie, jakie to proste, nie pomyślałabym. Już oczami wyobraźni widziałam wyskakujących w piżamach na ulicę mieszkańców w poszukiwaniu miejsca, z którego dochodzą wystrzały, by co rychlej zgłosić je Strażnikom Miejskim. A tak na poważnie, czy faktycznie taki nocny huk słyszany w kilku dzielnicach trzeba jeszcze dodatkowo zgłaszać Straży Miejskiej, patrole tego nie odnotowują?
Jedna z obudzonych mieszkanek napisała o tym zdarzeniu na forum grupy „Moj@ Starówka”. Z dwóch krótkich zdań okraszonych wielokrotnymi wykrzyknikami nietrudno było wyczytać irytację, ale też i bezsilność wobec powtarzającego się regularnie przerywania ciszy nocnej, nie tylko w jednej dzielnicy, dość znacznym poziomem decybeli. Do jej wpisu dołączyli inni, również nie kryjąc wzburzenia, ale przede wszystkim, po raz kolejny, sygnalizując problem urzędnikom z BTCM. Liczyli na pomoc, ale i na dyskusję wokół powtarzającego się tematu. Niestety, poza wskazówką, którą przytoczyłam powyżej, mogli przeczytać jeszcze, skracając nieco całość wypowiedzi do jednego słowa, że po prostu narzekają. Niestety.
Nie mam nic do fajerwerków, wręcz przeciwnie bardzo lubię oglądać widowiska pirotechniczne, w żadnym wypadku też nie chciałabym odbierać młodym parom możliwości podkreślenia wyjątkowej dla nich uroczystości ślubnej spektakularnym pokazem świetlnym, absolutnie nie. Ale trudno mi jednak zaakceptować powtarzające się regularnie w ostatnim czasie zakłócanie ciszy nocnej niespodziewanymi wybuchami. Czy da się to zatem jakoś pogodzić? A gdyby tak, odpowiedzialni za wybuchy trzymali się tych minut przed, a nie po godzinie 22:00, do tego, gdyby informacja o strzelaniu, z wydziału, który wydaje w tej sprawie decyzję, szła do BTCM, a stamtąd do informacji publicznej, to myślę, że byłby to jakiś kompromis. Przy okazji BTCM mogłoby się pochwalić sukcesem, jako koordynator, który godzi interesy. Na tym chyba polega rola tego biura, nieprawdaż?
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  05.07.2016

wtorek, 21 czerwca 2016

Blokować, a może ignorować? O kłopotliwym „prezencie” na Święto Miasta.


Święto Miasta to wyjątkowy czas. To taka chwila, że mimo różnych czasem niedogodności, braków, trudności i kłopotów, mamy szansę cieszyć się wspólnie z tego, że mieszkamy w całkiem fajnym miejscu na ziemi i znaleźć powody do tego, by docenić ten fakt. I choć samo święto przypada 24 czerwca, to świętowanie od lat przybiera najrozmaitsze formy i nie da się całej fety pomieścić jednego dnia, nawet czterech dni bywa za mało. Przecież to takie urodziny i imieniny w jednym, a nawet coś więcej. Zatem prawie cały miesiąc, to czas prezentów, nagród, koncertów, festynów, widowisk. A tu, w tym radosnym dla naszego miasta czasie, ukazuje się w sieci filmik o pięćdziesięciu rzeczach, które, delikatnie mówiąc, denerwują w Toruniu. Autorem materiału jest tyleż popularny, co kontrowersyjny youtuber Maciej Dąbrowski. Całość tego trzynastominutowego materiału okraszona jest takim mnóstwem wulgaryzmów, że dla odbiorcy, który po raz pierwszy ma kontakt z aktywnością tego satyryka, to zarówno ich obecność, jak i liczba powoduje, że z materiału wyparowuje zupełnie ironiczny charakter wypowiedzi, a pozostaje jedynie wulgarny skandal. I faktycznie można się oburzyć, że w rynsztoku topi się dobre imię naszego miasta. Ale wystarczy wejść w inne produkcje tego autora, to po chwili okazuje się, że w podobnej, niewybrednej stylistyce rozlicza się z bolączkami i symbolami innych miast. Możemy się dowiedzieć, co satyryka denerwuje, delikatnie mówiąc, w Krakowie, Wrocławiu, Lublinie, Poznaniu, Szczecinie, a także na Pomorzu, Śląsku, czy we Włoszech. Czyli nie uwziął się jakoś specjalnie na nas, tylko włączył do serii miast odwiedzanych. Niby to nic nie zmienia, ale jednak zmienia trochę kontekst. A gościł u nas rzeczywiście, miesiąc temu w Dworze Artusa na Festiwalu Kultury Popularnej DwuTakt. Zatem, czyżby pokłosiem tej wizyty był właśnie ten filmik o naszym mieście? Niewykluczone. Wobec tego obrażać się za ten filmik, czy nie? Blokować, a może zignorować?
„Kto się za ten wiersz obraża, ten się sam za gówniarza uważa.” Nie mogłam się powstrzymać, by w tym miejscu nie zacytować równie słynnego, co w swoim czasie skandalicznego tekstu Witkacego, „Do moich przyjaciół gówniarzy”. Utwór ten funkcjonuje również pod drugim tytułem spopularyzowanym w piosence „Kielce”. To z tym miastem autor obszedł się bezwzględnie, podobno z zemsty, uwieczniając je w literaturze, jako szczyt ohydy i małomiasteczkowej brzydy. Nawet jeśli Kielce zadowolone nie są i przez lata próbowały coś z tym zrobić, to i tak sporo osób do dziś kojarzy je tylko z tym tekstem i wcale nie jest to skojarzenie negatywne. Taki właśnie w ironii tkwi paradoks.
Wracając do tego nieszczęsnego filmiku o rzeczach denerwujących, delikatnie mówiąc, w naszym mieście, to można się w nim doszukać, w pewnym sensie, szczególnie biorąc pod uwagę czas, w jakim się pojawił, dość wątpliwego i kłopotliwego, ale jednak „prezentu” na Święto Miasta. Urzędnicy chcieliby się go jednak szybko pozbyć i trudno się dziwić. Na jednym z portali internetowych rzeczniczka prezydenta poinformowała, że zostanie zgłoszony jako naruszający regulamin i uderzający w dobre imię miasta. Tylko, czy takie działania nie przyniosą efektu odwrotnego?

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 21.06.2016

wtorek, 17 maja 2016

Gratuluję panie prezesie!


Początkowo miała to być opowieść, według klasycznego schematu, jak to mały, ale nieustępliwy, może do swoich racji przekonać dużego, czyli o tym, że warto być upartym i nie poddawać się w batalii, nawet z dużą korporacją, a osiągnie się cel. Przecież każdy by chciał, aby jego kaloryfery w domu nie tylko wisiały, ale też grzały, a ciepła woda nie kosztowała tyle, co perfumy. Ale nie będzie o tym. Mimo że kilka osób namawiało mnie, bym o tym właśnie napisała, bo temat grupowych węzłów cieplnych i tego konsekwencji, jest problemem wielu kamienic dzielnicy staromiejskiej i niewykluczone, że ta historia mogłaby skłonić kogoś do podjęcia działania dla niełatwej, ale możliwej zmiany. Mojej kamienicy wraz z dziesięcioma innymi to się udało. Po wielu staraniach przekonaliśmy francuską firmę, która dostarcza naszemu miastu ciepło, aby rozwiązali nam ten gordyjski węzeł teraz, a nie za kilka lat i przeprowadzili, oczekiwaną, przez nas, modernizację sieci. Niby dobrze, a jednak źle. Żeby przeprowadzić ów remont, to trzeba przekopać ulicę i to przekopać późną wiosną lub latem, nie zimą, czy jesienią. I to kopanie wzburzyło właściciela browaru oraz część handlowców, doprowadzając do zatrzymania robót. Nagle w miejscu potencjalnego wykopu pojawiła się barykada, po jednej stronie przedsiębiorcy, po drugiej francuska firma i my, mieszkańcy. Takiej sytuacji nie życzę nikomu, z tego właśnie powodu, nie będę zachęcać felietonem sąsiadów ze starówkowych ulic, by zawalczyli o lepsze warunki w ogrzewaniu swoich mieszkań, bo może się okazać, że i ich ulica stanie się raptem awanturą podzielona.
Choć zdenerwowaniu przedsiębiorców się nie dziwię, bo i moje zdumienie wywołał fakt, że o planowanym remoncie na ulicy Szczytnej, dowiedzieli się pięć dni przed jego rozpoczęciem. To rzeczywiście jest niedopuszczalne. Jednak, nie jestem pewna, czy wcześniejsza wiedza o tych niedogodnościach, nie wiodłaby do podobnej scysji. Na spotkaniu w Urzędzie Miasta, które miało doprowadzić do porozumienia pomiędzy stronami, właściciel browaru, zdecydowanym głosem, wchodząc naprzemiennie, to w rolę dawnego radnego, to w rolę przedsiębiorcy, przekonywał, że żaden termin poza sezonem grzewczym nie jest dla niego dobry, bo na sercu leży mu komfort turystów, bo najważniejszy jest jego biznes. To zrozumiałe, ten własny biznes. Gdyby przesunąć termin nawet na wczesną jesień, to na szali leżała groźba odcięcia od ciepła, na czas remontu, ponad sześćdziesięciu mieszkań, a także przychodni lekarskiej i apartamentów, baru Małgośka oraz kilku innych podmiotów gospodarczych. Sprawa trudna, w której kompromis wcale nie oznaczał spotkania się w pół drogi, ale musiał zakończyć się ustąpieniem jednej ze stron. Ostatecznie, przynaglani do decyzji przez magistrackiego urzędnika, przytaknęliśmy, że godzimy się na wrześniowy termin i na wszelkie konsekwencje z niego płynące.
I pewnie ten tekst by nie powstał, bo wzbraniałam się, mnożąc obawy, czy aby opisując tę historię, nie obsadzę siebie, mimowolnie, w roli sędziego własnej sprawy. A jednak powstał. Po spotkaniu, mimo naszego ustępstwa, emocje nie skapitulowały, wychodząc liczyliśmy całkiem realne straty finansowe. Podeszłam jeszcze na krótką rozmowę do właściciela browaru. W tym samym momencie podszedł również do niego wspomniany już urzędnik i  wyprostowany zadowoleniem z dobrze wykonanego zadania, z dumą wystrzelił: „Gratuluję panie prezesie…”
PS Wczoraj właśnie ruszyły prace remontowe związane z wykonaniem ciepłociągu na ulicy Kopernika i Żeglarskiej. Tam faktycznie przechodzi niewielu turystów, no i nie prowadzi tam biznesu były radny, który sprawnie pociąga za miejskie sznurki.


Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 17.05.2016

wtorek, 5 kwietnia 2016

Lubić Stare Miasto, to coś więcej niż je tylko lajkować


„Chcielibyśmy, aby Stare Miasto zostało pokochane, polubione, lajkowane” - tak mówił Andrzej Rakowicz, zastępca prezydenta, gdy ponad miesiąc temu, razem z Aleksandrą Iżycką, nową dyrektor Biura Toruńskiego Centrum Miasta, promowali grupę dyskusyjną Moja Starówk@ na Facebooku. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale to pokochanie, skojarzyło mi się całkiem bezwiednie z inną, nieco kontrowersyjną kampanią sprzed sześciu lat, „Pokochaj psią kupę”. I choć może to brzmieć, jak złośliwy żart z mojej strony, to tak, proszę mi wierzyć, wcale nie jest. Nie doszukuję się tu bezpośredniej analogii, bardziej postrzegam podobne podejście do tematu. W jednym i drugim przypadku występuje ten sam mechanizm, odwrócenie optyki i spojrzenie na problem tak, by przestał być problemem, a stał się jego rozwiązaniem, tak by odwrócony nieporządek przeistoczył się w porządek. Bo jakkolwiek byśmy zaklinali rzeczywistość, recytując listę zrealizowanych projektów, pokazując drugą z planami do wdrożenia, to ludziom mieszkającym i działającym na Starym Mieście wcale nie jest tak dobrze, jak powinno wynikać ze starań na ich rzecz poczynionych. Być może, jest to tylko kolejna dzielnica opanowana, w znacznej części, przez niewdzięcznych malkontentów, którzy widzą nieustannie pustą w połowie część szklanki. Jednakże, czy taka postawa musi od razu równać się z brakiem sympatii do swojej dzielnicy? Przeciwnie, to krytyczne podejście jest w istocie formą troski o nią. A może to dotychczasowe działania na jej rzecz, w jakimś zakresie, mijają się z rzeczywistymi problemami ludzi? Zatem, co komu po lajkowaniu?
Jeszcze kilka miesięcy temu zastanawiałam się nad sensem i zasadnością dalszego istnienia BTCM. Faktem jest, że biuro to, w ciągu tych prawie siedmiu lat funkcjonowania, zrealizowało całkiem sporo projektów, w tym kilka bardzo istotnych. Nie wątpię jednak, że gdyby te zadania podzielić na odpowiednie wydziały miejskiego urzędu, czy instytucje kultury, to też by były dobrze zrealizowane. W takim razie po co nam, mieszkańcom staromiejskiej dzielnicy, to odrębne ciało managerskie? Po co przedsiębiorcom, turystom? Co jest takiego wyjątkowego w tej jednostce, że jej brak odczulibyśmy dotkliwie, a może i boleśnie? Otóż, odpowiadając sobie wtedy na to pytanie, wyszło mi, że niewiele osób odnotowałoby realnie ten ubytek w urzędniczej tkance. A przecież nie tak miało być, nie tak. Pewnie dlatego, dość sceptycznie, przyjęłam informację o uruchomieniu czegoś tak banalnego, jak grupa dyskusyjna na portalu społecznościowym. Wyglądało mi to na kolejną odsłonę działań głównie wizerunkowych. Jednak, już po tych kilku tygodniach, widzę, że to może okazać  się wcale nie taka wirtualna rzeczywistość do lajkowania, ale platforma faktycznego mierzenia się z konkretnymi bolączkami, czy też tylko niedogodnościami.
Zatem trzymam kciuki za nową dyrektor BTCM, życząc jej przede wszystkim skuteczności w działaniu, ale i przekonania przechodzącego z czasem w pewność, że te drobne, czasem trywialne, ale rozwiązane problemy ludzi, są dla nich cenniejsze, niż najbardziej spektakularne eventy. Życzę jej też, by to nam, żyjącym i przebywającym tu, na Starym Mieście, zależało, by to biuro istniało jak najdłużej.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 29.03.2016