Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 października 2018

Jubileuszowe „Spotkania” w Baju Pomorskim


25. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek „Spotkania” rozpoczął się w ubiegły weekend i potrwa przez najbliższy tydzień. W programie znajdziemy dziewiętnaście przedstawień z Polski i Europy. Organizatorzy przyzwyczaili nas również do tego, że festiwal to nie tylko spektakle konkursowe, ale wiele wydarzeń towarzyszących. W tym roku nie brakuje wystaw i to nie tylko w teatrze, ale i na Dworcu Głównym podróżnych wita ekspozycja poświęcona historii Teatru „Baj Pomorski”. Będą też warsztaty, głośne czytanie sztuki „Niewidzialna” Magdy Żarneckiej i Przemysława Jaszczaka, kiermasz książek, tradycyjnie Przegląd Teatrów Osób Niepełnosprawnych „Innym Okiem” i na finał koncert zespołu „Jedyni Prawdziwi The Kalesons”. Trudno szukać klucza, czy jakiegoś wspólnego mianownika wątków w repertuarze tegorocznego festiwalu. Mamy tu wielość form, stylów, konwencji i tematów. Klasyka w nowej odsłonie konfrontuje się ze współczesną dramaturgią. Cechą charakterystyczną,  wyróżniającą ten festiwal była dotąd różnorodność i otwieranie się zarówno na młodych, jak i dorosłych widzów. Jubileuszowa edycja trzyma się również tej formuły. Patrząc jednak na spektakle prezentowane w pierwszych dniach festiwalu, można odnieść wrażenie, że rysownie wyraźnej granicy wieku adresatów może okazać się złudne. Przedstawienie oznaczone pięć czy siedem plus, wcale nie oznacza, że dla dorosłych niekoniecznie, przeciwnie. To coraz mocniej obecny nurt w teatrze lalkowy, wielopoziomowe spektakle kierowane jednocześnie i do dzieci i dorosłych. Często dowcip i refleksja zbalansowane są tak, że wiek w odbiorze przestaje mieć znaczenie. Można to było dostrzec w spektaklach „Marvin” i „Odlot”.
„Marvin” Pawła Aignera oparty na tekście Marty Guśniowskiej, to skąpana w czarnym humorze i przetykana melancholią opowieść o przemijaniu i samotności, ale też o poszukiwaniu sensu życia i przyjaźni, która w równym stopniu dotykała młodszą i straszą publiczność. Choć może scenografia budująca klimat przebrzmiałego cyrku zbyt bezwzględnie zassała dzieci w świat wyobraźni jednak dorosłych. W „Odlocie” Maliny Prześlugi reżyserka Janni Younge koncentrując uwagę widza na oryginalnych lalkach ptaków animowanymi czasem i przez trzech aktorów, opowiada historię o dojrzewaniu, o poszukiwaniu tożsamości i w końcu o tolerancji. Oglądając ten spektakl, można odnieść wrażenie, że to lalkowe przedstawienie dla dzieci o wiele mądrzej tłumaczy dzisiejszy świat, niż wiele innych, realizowanych dla widzów dorosłych.
Dziś półmetek festiwalu. Spektakle możemy oglądać do soboty, wtedy to poznamy werdykt zamykający jubileuszową edycję.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  16.10.2018

czwartek, 4 października 2018

„Pan Lampa” na otwarcie sezonu w Baju Pomorskim


„Pan Lampa” Maliny Prześlugi to opowieść nie tylko o oświeconym starszym panu, który świeci i to dosłownie, ale przede wszystkim o tym, że nawet największy odmieniec pełen dziwactw, ma w sobie tyleż ciemnego, co i jasnego. Potrzeba tylko kogoś, kto by dostrzegł w nim te iskierki i zwyczajnie zaakceptował całość. Taką rolę pełni Pan Lampa, który niczym rodzinę przygarnia całą galerię osobliwości pod swój dach. W Domczysku, które dzieli razem z Piesą, postacią też przedziwną, bo to ni pies, ni kobieta, ale z pewnością wierna przyjaciółka, pojawiają się Pani Straszyńska, Państwo Bałagańscy, Pan Dosłowny, Babcia Drapcia, Wściekłak, każdy ze swoim natręctwem i swoją historią. Reżyserka Punch Mama, oddzielając sekwencje poszczególnych scen sugestywną muzyką i multimediami, przemyca do toruńskiego przedstawienia trochę ducha z „Rodziny Addamsów”, jakby puszczając oko do widzów, może to i dom dziwny, może i straszny, ale ogromnie przesympatyczny. Nikt tam nikogo nie krytykuje, nie moralizuje, nie próbuje zmieniać, co wcale nie znaczy, że w Domczysku nie ma zasad. Razem z Panią Starszyńską pojawiają się strachy i lęki, ze Wściekłakiem złość, z Bałagańskimi bałagan i brud, a z Panem Dosłownym zabawna i męcząca dosłowność. Każda przypadłość zostaje tu oświetlona, przyjęta, przytulona, zaakceptowana. I gdy wydaje się, że wszystko układa się harmonijnie, jak w kolorowym pudełeczku, przychodzi Ciemność. Nie, by kogoś straszyć, ona jest nieodłącznym elementem naszego istnienia. Czy jest w stanie zgasić światło, jeśli w kochanej istocie ono faktycznie już zaczyna przygasać? Pan Lampa ze spokojnym uśmiechem oswaja i ten strach.
W Panu Lampie Jacka Pysiaka trudno dostrzec staruszka, to postać bardziej serdecznego, ciepłego pana, który zatrzymał się w czasie i ma w sobie tyleż młodzieńczego entuzjazmu co dojrzałej mądrości. Wydaje się, że jest taką osobą, której przemijanie nie dotyczy. Nie przez przypadek pojawia się w sztuce też władczyni dnia, Słońce i stróż nocy, Księżyc. Skoro Pan Lampa macza palce w ich nieustannej pogoni, wyznaczającej rytm przyrodzie, można ulec złudzeniu, że i on jako część tego perpetuum mobile będzie trwać wiecznie. I Piesa w to wierzy. Pan Lampa nie może przecież kiedyś tak sobie zgasnąć. A co z Domczyskiem, z całym tym światem? On też wtedy zgaśnie, odjedzie?
W tym na poły baśniowym świecie znajdujemy prostą receptę na dobre, codzienne życie. W którym lepiej karmić się budyniem niż złością i akceptować stające nagle na głowie babcie niż pukać się w czoło. Bo tyleż w innych natręctw, ekscentryczności i lęków, co w nas samych. Z tym największym lękiem na czele, tym o przemijaniu. Nie tyle naszym, ile naszych najbliższych, którzy gasną i zostawiają nas pozornie w ciemności. Pozornie, bo światło takiej postaci jak Pan Lampa nigdy nie gaśnie.
„Pan Lampa” w Baju Pomorskim to spektakl nie tylko dla małych dzieci, ale również i dla dużych dorosłych.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  02.10.2018

piątek, 6 lipca 2018

Wyszczerbiona drabina do zbawienia w „Natanie mędrcu”


Akcja „Natana mędrca” Gottholda Ephraima Lessinga rozgrywa się w Jerozolimie podczas trzeciej wyprawy krzyżowej, jednak w toruńskiej realizacji Piotra Kurzawy ten czas nie ma znaczenia. Również miejsce jest tylko metaforą. Według żydowskich midraszy sen Jakuba, w którym aniołowie schodzili na ziemię po drabinie, przyśnił mu się w nie okolicy Betel, ale na górze Moria, gdzie później stanęła Świątynia Jerozolimska. Miejscu, gdzie niebo łączyło się z ziemią, gdzie Bóg przyjmował ofiary i przemawiał do człowieka. W ten właśnie punkt przenosi nas reżyser, by opowiedzieć nam o córce żydowskiego kupca uratowanej z pożaru przez młodego templariusza, któremu wcześniej życie darował muzułmański sułtan. Ale podobnie, jak czas i miejsce dramatu, tak i perypetie oraz poplątane losy bohaterów wydają się w tym spektaklu jedynie pretekstem do rozważań o najbardziej intymnej relacji człowieka, relacji z Bogiem. Drabina zawieszona w centrum sceny może sugerować, że to jest to biblijne miejsce, gdzie na ziemię schodzą anioły. Recha, córka Natana wierzy, że to one wmieszały się w sprawy ludzkie i wyratowały ją z pożaru. Pierwsze, wyszczerbione szczeble mogą podpowiadać kierunek inny, ku niebu, ku zbawieniu. To ludzkie uczynki, jak ten templariusza ratującego z pożaru Rechę, pozwalają człowiekowi piąć się ku górze. I nie bez znaczenia są to trzy szczeble, które mogą wskazywać na trzy monoteistyczne religie, trzy stopnie na drodze do nieba. Żaden jednak nie jest tu kompletny, każdy trochę ułomny. Niedokończony czy może nadpsuty? Można w nich dostrzec też odbicie przesłania zawartego w przypowieści o trzech pierścieniach, przywołanego przez Natana, by odpowiedzieć Saladynowi na pytanie o to, która z religii jest prawdziwa. Każdemu posiadaczowi klejnotu wydaje się, że jego jest prawdziwy, czyniąc go tym wybranym, jednak moc pierścienia może jedynie uwiarygodnić postępowanie właściciela. I do tego sprowadza się idealne współistnienie i przenikanie tych trzech religii wywiedzione z jedności. Cyfra trzy w symbolice biblijnej przypisana jest pierwiastkowi boskiemu, tu współistnieje z czwórką, która określa to, co ziemskie, ludzkie. Połączenie tych dwóch elementów mamy wyraźnie obecne ascetycznej scenografii. Podest o czterech bokach z trzema krzesłami gotowymi dać odpoczynek, wytchnienie lub przestrzeń do rozmowy.
Zwyczajowo przyjęło się opisywać dramat Lessinga oświeceniową rozprawą o tolerancji i ten motyw możemy odnaleźć w realizacji Kurzawy, jednak ta poetycka, niespiesznie sącząca się opowieść przy sakralizujących ją dźwiękach muzyki, to coś zdecydowanie więcej. To traktat o tożsamości. Tej ziemskiej po linii genów, która nie podlega wyborowi i nie może jej zmienić kostium nakładany przez wychowanie. I tej duchowej. Bo czy religia przypisana jest urodzeniu? Czy może też podlegać wyborowi? I kto ma prawo o tym stanowić w odwiecznej walce o duszę? Hierarchowie? Rodzice? My.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  03.07.2018

czwartek, 31 maja 2018

Kontakt 2018 powrót do źródeł festiwalu


W dniu otwarcia XXIV Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Kontakt przeszłam ulicami Starego Miasta. Tłum przemieszczał się ulicą Szeroką do Rynku Staromiejskiego. Tu święto jednej ulicy, tam drugiej, tu Noc Muzeów, tam Rowerowa Masa Krytyczna na elegancko i jeszcze kilka innych wydarzeń. Nie znalazłam ani jednego śladu, poza placem przed Teatrem im. Horzycy, rzecz jasna, że w mieście właśnie odbywa się jedna z istotniejszych imprez teatralnych w kraju. Podejrzewam, że gdybym zapytała przypadkowego przechodnia o Kontakt, wzruszyłby ramionami. I wcale nie dlatego, że w tym roku zniknęły z przestrzeni miasta plansze z programem festiwalu. Zalewają nas imprezy masowe, obliczone głównie na ilość odbiorców, konkurowanie z nimi, to jednak nie liga Kontaktu. Naturalnie z nostalgią westchnęłam nad czasem, gdy festiwalem torunianie żyli prawdziwie. Gdy czekali na choćby ten jeden dostępny dla wszystkich plenerowy spektakl. Gdy mieli poczucie, że w mieście dzieje się coś wyjątkowego, coś, co wykraczało poza lokalne granice. W tamtym czasie, gdzie by się głową nie obróciło, wzrok wszędzie odnajdywał ślady Kontaktu. Z racji, że jednego dnia odbywały się dwa, trzy spektakle, organizatorzy festiwalu przez wiele lat zmuszeni byli eksplorować przestrzeń miasta w poszukiwaniu miejsc dobrych na teatralną scenę. Brak sali widowiskowej był wtedy może bolączką, ale też i zaletą. Kontakt otwierał miasto na obcowanie ze światem teatru, konfrontował, łamał schematy i przede wszystkim zasysał publiczność jak magnes. Festiwalem miasto żyło. A dziś? Jak przebić się przez zgiełk nadmiaru wydarzeń, w którym zaczynamy powoli tonąć? Po 27 latach od pierwszego Kontaktu Andrzej Churski, dyrektor Teatru im. Horzycy i Paweł Pasza, dyrektor artystyczny, postanowili wrócić do źródeł festiwalu. Zawęzili teatralną perspektywę, budując program skoncentrowany wokół osi relacji Wschodu z Zachodem, podobnie jak w pierwszych edycjach. Jednocześnie poszerzyli formułę o nowy projekt, Laboratorium Kontaktu. To dzięki temu eksperymentowi festiwal otworzył się na nowych odbiorców. Warsztaty, czytania performatywne dramatów, wystawy, śniadania przed teatrem, potańcówka dawały naturalną możliwość spotkań publiczności z twórcami. I po raz pierwszy festiwal otwierał spektakl przygotowany specjalnie na tę okazję przez toruńskich aktorów „Wielkie niebo. Od wschodu do zachodu”. Organizatorzy nie skupili się w tym roku na promocji i identyfikacji, ale na realnej obecności, wymianie myśli i emocji, poza głównym nurtem. Kameralność i spotkanie znowu stały się walorem. To inny, świeży wymiar Kontaktu, a po tej edycji, mam wrażenie, że wektor poszukiwań skierowany jest na właściwą stronę, w przyszłość festiwalu.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  29.05.2018

środa, 25 kwietnia 2018

Śladem Conrada w głąb współczesnego jądra ciemności


Wejście w „#ciemność”, w ostatni spektakl Tomasza Kaczorowskiego i Pawła Paszty w Teatrze Horzycy, zaczyna się od smartfona. Od wyłączenia go. Od odłożenia na chwilę nawykowego oznaczenia się w miejscu, kompulsywnego klikania „lubię to!”. I wcale nie dlatego, że wirtualna rzeczywistość to niekończący się labirynt miraży oraz ułudy pożerający czas, a finalnie i człowieka, istny początek końca cywilizacji. To zupełnie inna historia. Sam smartfon jako przedmiot jest poniekąd produktem wyzysku i eksploatacji środowiska. Czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się nad tym? Po spektaklu z pewnością inaczej nie niego spojrzymy. Hasztag przed ciemnością w tytule nie znalazł się tam przypadkowo, dla ozdoby czy fanu. Ten znak to klucz, który uchyla drzwi do opowieści o współczesnym, nieustająco głodnym świecie. Głodnym, w jednej części globu ustawicznie wymyślanych potrzeb, w drugiej, zwyczajnego chleba.
Spektakl zaczyna się biegiem korposzczurów, po bonusy, pakiety, nagrody, władzę. Po generalnie więcej czegokolwiek. Wszystko w imię zwiększania ogólnego poczucia szczęścia i zadowolenia. Marlow, idealista, mówi stop, pyta, po co tak. Urywa się z tej gonitwy. Rusza w świat w poszukiwaniu sensu, zabiera nas w podróż, w rejs, w ciemność. Wyrwanie się z sieci zależności jest jednak drogą w jedną stronę. Nie ma powrotu do miejsca, z którego się wyszło. Nie dlatego, że ktoś już zajął to miejsce, ale poszukiwanie źródła odmienia. Płynąc z Marlowem, zaczynamy zastanawiać się, gdzie zaczyna się zło współczesnego świata, gdzie ma swój początek. I czy aby nie jesteśmy nim my sami? Owo więcej nie opuszcza nas ani na chwilę w tej podróży. Tekst jest bardzo gęsty. Nie daje odetchnąć. Toniemy w tej opowieści. W brawurowym dialogu Marlowa z Kurtzem, w którym słowa dorównują prędkości karabinu maszynowego, prędkości informacji wrzucanych w eter przemieszanych z sentencjami. Trudno za nim nadążyć, trudno się zatrzymać. Czyż tak właśnie się nie komunikujemy? A wszystko to niczym gra na czarno-białej szachownicy poprzetykanej pniami drzew, które pozbawione życiodajnej korony wiszą na żelaznych łańcuchach.
Na spektakl inspirowany „Jądrem ciemności” Conrada twórcy zapraszają szczególnie nastolatków, niewykluczone, że głównie dlatego, aby pokazać, że lektury ze szkolnego kanonu pozornie tylko wieją nudą, a dobry klucz do nich potrafi odnaleźć współczesne treści i otworzyć ciekawe przestrzenie do dyskusji. Ale spektakl nie sprowadza się tylko do przedstawienia w intrygującej formie szkolnej lektury. Stawia pytania i zmienia perspektywę, nie daje odpowiedzi. „#ciemność” jest jak delikatny trzepot skrzydeł motyla, który z czasem może wywołać huragan. Przyszłość ziemi zależy od zmiany naszych nawyków. To odpowiedzialność każdego z nas.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  24.04.2018

czwartek, 5 kwietnia 2018

Patchwork z Sofoklesa i współczesności w Teatrze Horzycy


W toruńskiej realizacji dramatu Sofoklesa Wojtek Klemm zmienia Edypa z króla na „Edypa Tyrana”. Tu nie fatum będzie determinować władcę, pozbawiając go sprawczości i wyboru, ale obsesje i lęki. Edyp według Klemma to kurczowo trzymający się władzy uzurpator. Broni patriarchalnego świata, choć skaził go wcześniej ojcobójstwem. Próbuje uzdrowić państwo z choroby, którą sam na nie sprowadza. Szuka winnych. Rzuca groźbami, potrzebą rozliczeń. Swój grzech naruszający ład i równowagę społeczną wypiera, chowa, zapomina. W jednej z pierwszych scen Antygona zawiązuje mu oczy szalikiem, jest to zapowiedź i przeczucie tragedii, ale i sygnał, że Edyp nie widzi, bo nie chce widzieć. Pozwala na filtrowanie rzeczywistości specjalnie dla siebie. Jak balsamem owija się Jokastą. Kreona używa niczym sprawnego narzędzia. Porusza się w wyizolowanym świecie, bezpiecznie wyściełanym przez pochlebców i rodzinę pomiędzy bunkrem, z którego dowodzi a ołtarzem, gdzie utrzymuje rząd dusz. Jednak przed klątwą czy też bardziej przed prawdą o sobie i o własnych czynach, nie da się uciec, nawet okopując się w podziemnej twierdzy. Posłaniec, który zna prawdę i tak tam dotrze i przemówi. A na wszystko to patrzy nie chór starców, ale następne pokolenie, edypowe dzieci.
 „Edyp Tyran” nie przynosi żadnego katharsis, żadnego oczyszczenia emocji, ani nawet przeświadczenia, że światu można przywrócić równowagę, gdy prawda zostanie w końcu ujawniona. Żelazna kurtyna opada, jakby odcinała przeszłość, a faktycznie tylko po raz kolejny ją przysłania. W finale głos dostaje Antygona wystawiona na proscenium. To do niej ma należeć ciąg dalszy. To ona, przedwcześnie wydoroślała, harda i zdeterminowana,  może zawalczyć o lepsze jutro. Antygona mówi do nas, że jest dziurą z doczepioną głową, dziurą, która domaga się przemiany w całość. Ziarno nadziei? Czyżby?
Szkoda, że reżyser zwątpił w siłę dramatu greckiego, tnąc, dopisując i przetykając go tekstami innych pisarzy, ile się da. Istny patchwork z Sofoklesa i współczesności. I to wszystko tylko po to, byśmy nie mieli wątpliwości, że na scenie oglądamy historię dotyczącą nas. Tę, która właśnie teraz przetacza się za oknem. Z drabinką znaną z „miesięcznicowych” przemówień, nuconą „Barką”, zamachem, wychodzącym z podziemi żołnierzem wyklętym. Ze znakiem równości postawionym pomiędzy prezesem rządzącej partii a Edypem, który też mieszka z kotem. Zbyt duże to uproszczenie, na granicy gagu i internetowego mema. Tym samym ponadczasowa moc atomowa antycznej tragedii zamieniła się w pierdnięcie bieżącej publicystyki. Równie ulotnej, jak rzęsiste brawa, które zdają się bardziej niż uznaniem, być manifestacją poglądów politycznych widzów. I co z tego, że na stojąco.

 Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  04.04.2018

czwartek, 23 marca 2017

Poskromienie kobiecej solidarności


Patrząc na zbieżność dwóch wydarzeń jednego dnia, premiery „Poskromienia złośnicy” Szekspira w reżyserii Justyny Celedy i toruńskiej Manify, można by pomyśleć, że teatr wczuwa się idealnie w nastroje społeczne i współwibruje z coraz bardziej wkurzonym głosem kobiet. Trudno nie przypuszczać było, że twórcy, wybierając ten właśnie dramat, wypowiedzą się w sprawie, mówiąc o roli kobiety i jej wciąż słabszej pozycji w społeczeństwie. Nic bardziej mylnego. Justyna Celeda jeszcze przed premierą dość zdecydowanie odcinała się od tej ścieżki interpretacyjnej tekstu. Deklarowała wierność autorowi, ale przede wszystkim koncentrację wokół uczuć i emocji, a szczególnie jednej, mianowicie złości. Żadnych tam feministycznych fanaberii, żadnego tam obnażania patriarchalnego systemu. Nic z tych rzeczy. Pośmiejemy się z rozpuszczonej panny i poskramiania jej złości. Popatrzymy sobie na wesołą historyjkę, w której złośliwą sekutnicę w posłuszną żonę, mężczyzna konsekwentnie przemieniać będzie, skoro matce się nie udało, on za opłatą podejmie wyzwanie. W spektaklu zamiast ojca pojawia się zajęta biznesem matka i w relacji z nią tkwi źródło problemów z emocjami córki. Im głośniej Kasia krzyczy i warczy, tym bardziej domaga się miłości i uwagi, trop czytelny, choć nieco banalny. W konsekwencji bohaterka ląduje w małżeństwie, niczym w poprawczaku, które ma resocjalizować nie tylko jej stany emocjonalne, ale i charakter. A że ma być wesoło, to nie grzebmy zbytnio pod powierzchnią w poszukiwaniu niuansów. I faktycznie widownia dobrze się bawiła na popremierowym spektaklu, szczególnie w scenach dręczenia Katarzyny, czy to przez męża, czy to przez sługę. Widownia złożona z trzech czwartych z kobiet zanosiła się od śmiechu, gdy patrzyła, jak tresuje się kobietę, jak się ją upokarza, kruszy i pozbawia własnego zdania. I choć bardzo chciałam w tych scenach zobaczyć ten rodzaj miłosnej gry, zalotów, ścierania się energii męskiej i żeńskiej, z kipiącym napięciem w drodze do sypialni, to niestety nie o tym były te sceny. Sekwencja z łożem wyraźnie to potwierdzała. On i ona oddaleni od siebie tak, że spokojnie jeszcze dwie osoby pomiędzy można wcisnąć, nie mówiąc już o tym, że ona skulona, a on odprężony. Obrazek niczym wycięta z pisma kobiecego ilustracja artykułu o poważnych problemach w małżeństwie. Celeda chciała uciec od czytania spektaklu w kontekście społecznym i dać nam Szekspira ku uciesze i dała pastelowy świat z farsowymi gagami, ale przy okazji pokazała przemoc domową w czystej postaci i przypuszczam, że wyszło jej to trochę niechcący. Być może zamierzała powiedzieć tymi scenami pastwienia się nad bohaterką, że to rodzaj zabawy, terapii, treningu wypływającego z miłości, o czym ona sama zaświadczy w finale, ale to tylko moje domysły, bo tego w spektaklu nie ma. Są za to przezabawne ekwilibrystyki Grumia, które skutecznie odwracają uwagę od istoty problemu. Kobiety na widowni śmiały się naprawdę głośno, a mi robiło się tylko smutniej. Choć z drugiej strony, przecież w życiu chodzi o to, by bardziej cieszyć się i radować, niż przejmować czyimiś problemami. Pozostaje tylko pytanie, co w takim razie z kobiecą solidarnością, tą demonstrowaną w tym samym czasie na ulicy?

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  21.03.2017

środa, 25 stycznia 2017

Dorzucić grosza, byśmy zobaczyli „Dobroć, naszą dobroć” w Teatrze Wiczy

Pierwsza w Polsce była Julia Marcell. Dziesięć lat temu za pośrednictwem serwisu sellaband.com zebrała pięćdziesiąt tysięcy dolarów i wydała pierwszą płytę. Jakaż to wtedy była sensacja. Crowdfunding, zjawisko wówczas nieznane. Iluż artystów jej zazdrościło. Dziś społeczne finansowanie projektów, jest tak popularne, że serwisy aż pęcznieją od pomysłów czekających na wsparcie. Aby jednak projekt otrzymał to finansowanie, zebrana kwota musi być równa lub większa niż założono na dany cel. Jeśli jest mniejsza, wpłaty wracają do darczyńców. Zbierają artyści, społecznicy, podróżnicy. Zbiera też Teatr Wiczy.
Pierwszym spektaklem Teatru Wiczy, który widziałam, był „Sezon w piekle”. Był on zresztą też pierwszym toruńskim spektaklem tego teatru. Granym wtedy na poddaszu przy Szpitalnej. Wstęp wolny, widownia zawsze pełna. Ale to nie brak biletów stanowił o komplecie publiczności. Wicza od początku mówił o tym, co boli, co uwiera, co dotyka. Nie był ledwie ciepły, był gorący i aktualny. Obnażał rzeczywistość, zaglądał pod jej powierzchnię. Demaskował i ciekawił. Śmieszył i prowokował. Mówił językiem teatru o problemach tu i teraz, z którymi widz dość łatwo się identyfikował. W tamtym czasie, po przedstawieniu aktorzy wystawiali przed wyjściem kapelusz na dobrowolne datki. Poddawali siebie i swoją sztukę pod ocenę publiczności, ile ona warta. Ten kapelusz nigdy nie był pusty. Dziś Teatr Wiczy zbiera na dokończenie przedstawienia „Dobroć, nasza dobroć” w reżyserii Romualda Wiczy-Pokojskiego.
 
Pierwszą odsłonę tego spektaklu mogliśmy oglądać pod koniec listopada ubiegłego roku podczas dwudziestych piątych urodzin teatru. Wicza wziął na warsztat polskość dziś. Po pięciu latach milczenia, artyści wreszcie przemówili. I to jak zwykle głosem wyrazistym i znaczącym. Skąd sączą się te ciemne plamy, skoro tyle w nas dobroci. To nie przypadek, że bohaterów spotykamy na weselu. Najlepiej widzimy, jacy jesteśmy, gdy siadamy przy jednym stole. Choć od czasów bronowickiej chaty do dzisiejszego ósmego piętra wieżowca minęło ponad sto lat, to w duszach bohaterów nadal huczy ten nasz romantyzm. Niby uśpiony, ale jakże łatwy do rozhuśtania. Sprzeczność w słowach, myślach, czynach. Autodestrukcja na własne życzenie. Tyle już mogliśmy zobaczyć na przedpremierowym pokazie. Spektakl jest cały czas w procesie twórczym i na ostateczny kształt musimy chwilę poczekać. Na scenografię, druki reklamowe, wynajęcie sali prób oraz premierę potrzeba jeszcze 12500 złotych. Zbiórka na ten cel potrwa do 14 lutego na platformie polakpotrafi.pl. Mam nadzieję, że i tym razem ten kapelusz nie będzie pusty i że uda się zebrać potrzebną kwotę, bo warto.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  24.01.2017

środa, 28 grudnia 2016

Konsekwencje niedojrzałych rządów w „Dwunastu miesiącach”


„Dwanaście miesięcy” Samuela Marszaka w reżyserii Bartosza Zaczykiewicza to opowieść o tym, co wydarza się, gdy naruszamy prawa natury. Jakie konsekwencje ciągną za sobą niezbyt mądre dekrety niedojrzałej władzy oraz co dzieje się, gdy chciwość żeruje na słabszych. Oglądamy bajkę, ale chwilami pobrzmiewa nam ona aluzjami do rzeczywistości. Mamy tu dwie bohaterki, jedna jest ubogą dziewczyną, druga rozkapryszoną królewną. Jedna spełnia rozkazy złej macochy, a druga ma cały dwór poddanych na usługi. Obie są sierotami. Fakt ten, dla tej pierwszej wydaje się szansą na znalezienie u tej drugiej odrobiny empatii, zrozumienia, a może nawet i pomocy. Nic bardziej mylnego. Biedna sierota w krytycznych sytuacjach może liczyć tylko na siły nadprzyrodzone. One w osobach dwunastu miesięcy faktycznie przychodzą jej z pomocą. Wydaje się to naturalną konsekwencją, bo od pierwszej sceny wiemy, że ta prosta dziewczyna rozumie przyrodę i jest z nią w przyjaźni. To dla jej bezpieczeństwa stara wrona chytrze żartuje z niezbyt rozgarniętego wilka, a dla jej uciechy wiewiórki prześcigają się w figlach z zającem. I gdy przy ognisku przyjmuje pierścień od brata Kwietnia, symbolicznie pieczętuje mariaż z naturą, która odtąd zawsze będzie ją chronić. Królewna natomiast z pozycji swojego tronu nie liczy się z nikim i z niczym. Obarczona władzą bez doświadczenia i kontroli sprawuje swoją rolę na granicy naiwności dziecka i czynów szaleńca. W przypływie kaprysu życzy sobie pierwiosnków zimą, mając za nic głosy doradców. Obiecuje złoto, rozbudzając chciwe umysły. Wykonanie tego absurdalnego rozkazu tylko utwierdza ją we wszechwładzy.  Brnie dalej. Co prawda scena, w której sama musi doświadczyć konsekwencji majstrowania przy prawach natury, jest dla widza raczej śmieszna niż straszna, jest bardziej przestrogą niż karą, to w finale królewna przyjmuje lekcję pokory. Ostatecznie dobro triumfuje, zło zostaje napiętnowane. Morał z bajki jest prosty, czyste serce i uczynki z niego płynące spotyka królewska nagroda, a przed karą za niegodziwości nie chronią nawet najwyższe tytuły i stanowiska. Prawda to, a jakże.
Charytatywne premiery w Teatrze im. W. Horzycy to już tradycja. Wszystko zaczęło się 16 lat temu przy okazji spektaklu "W 80 dni dookoła świata po stu latach" wg Juliusza Verne'a w  reżyserii Jerzego Bielunasa. O tamtego wydarzenia, każda kolejna premiera adresowana do młodej widowni, połączona jest z konkretnym celem dobroczynnym nakierowanym na pomoc dzieciom. W tym roku akcja była szczególna, ponieważ wpływy z zaproszeń na spektakl „Dwanaście miesięcy” podzielone zostały pomiędzy dwójkę chorych dzieci pracowników teatru, Ninę i Stasia. Przekaz płynący z tego przedstawienia, że dobre uczynki procentują, wzmocnił dodatkowo charytatywny wymiar premiery. Młodzi widzowie mogli sami przekonać się, że pomoc potrzebującym nie musi być czymś trudnym i wymagającym sporych wyrzeczeń. Przeciwnie, doświadczyli, że z pomocy można czerpać przyjemność i radość niepoliczalną. I to jest chyba najcenniejsze.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  27.12.2016

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Toruńska Hedda Gabler, idealna bohaterka dla tabloidów


„Hedda Gabler (29 l.) będąc w ciąży strzela sobie w głowę.” Podpis na plakacie brzmi niczym tytuł z tabloidu, do tego zilustrowany pośmiertnym zdjęciem twarzy pięknej kobiety, zupełnie nienaruszonej kulą pistoletu. Intrygujące? Na tyle, by zainteresować się, dlaczego strzeliła sobie w głowę, owszem. Informację, że główna bohaterka popełniła samobójstwo, słyszymy z offu, zanim zaczynie się spektakl, zaraz po standardowym komunikacie o konieczności wyłączenia telefonów komórkowych. Zatem, skoro już na wstępnie poznajemy tragiczny finał, znaczy to tyle, że przez ten fatalny pryzmat będziemy oglądać wycinek z życia bohaterki, który wskaże nam przyczyny jej śmierci i da odpowiedź na pytanie, dlaczego młoda, ładna, wydaje się, że niegłupia, zamożna mężatka, do tego w ciąży, strzela sobie w głowę. Co może zabić taką kobietę? Albo rozszerzając nieco pytanie, to co dziś uśmierca, pozbawia życia kobiety, w przenośni i w sensie dosłownym? Chyba jednak nie nuda, jak zdałoby się wnioskować z filmu, który zaczyna spektakl i szczerze mówiąc, mógłby z powodzeniem dopełnić go do końca, niczym zabawa z telewizyjną formą teatru zaprezentowana widzom na kameralnej scenie. Czyli jeśli nie nuda, to co zabija? Na scenie mamy cztery kobiety. Jest zakompleksiona pomoc domowa, nieco zastraszona i upokarzana przez pracodawców uległa dziewczyna z niską samooceną. Jest kobieta bluszcz, przyjaciółka rodziny, owijająca się na kolejnym mężczyźnie, poświęcając każdemu swój talent i czas. Jest ciotka w typie Matki-Polki zatracająca się bez reszty w opiekę, gotowa zamęczyć siebie i innych swoją troskliwością i oddaniem. Każda z nich wydaje się trochę podporządkowana, trochę wbita w rolę w relacjach z innymi, ale też i pogodzona z tym. Jest i Hedda, piękna, seksowna, nieco wyrachowana i bezwzględna, ale przede wszystkim, jako jedyna niezależna. Ale czy faktycznie taka jest tytułowa bohaterka? „Hedda Gabler, ostrze z nieba, kruche jak zmrożona krew” śpiewają o niej, niczym o celebrytce, czy ikonie popkultury. To jaka ona w końcu jest? Choć w pierwszej odsłonie wydaje się silna, sama o sobie stanowiąca, może trochę znudzona, to po chwili okazuje się, że jest bardzo rozchwianą pomiędzy pozami wyrachowanej manipulantki a histerycznej buntowniczki, niedojrzałą dziewczyną. W finale widać postać miotaną przez strach, może samotność, ale przede wszystkim pustkę, której nie da się już zasypać bezpieczeństwem finansowym, wysoką pozycją społeczną męża, czy seksem. Ale czy to ostatecznie zaważyło, że pociągnęła za spust pistoletu? Historia na scenie zdaje się być skrojona nieco na miarę tabloidu.
Reżyserka przed premierą w Teatrze Horzycy mówiła, że jej spektakl ma być głosem w dyskusji o współczesnych kobietach, tych zaszczutych, ale też tych manipulujących. O ich potrzebach, namiętnościach i o wolności. Czy faktycznie jest? Niewątpliwie mógłby być i to nawet ważnym, ale nie do końca jestem pewna, czy takim głosem jest. Zastanawiam się, czy nie sprowadza się on do banalnego napisu wymazanego na ścianie podczas spektaklu: „jesteśmy głupie”. To stwierdzenie o kobietach może być tyleż prawdziwe, co wątpliwe. Zatem nadużyciem wydaje mi się tu liczba mnoga.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 28.06.2016

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Czy teatr może zmieniać świat? Człowieka bywa, że zmieni i to trwale. Zapiski z Festiwalu Teatralnego Kontakt.

Jak po Buchenwaldzie można wierzyć w to, że teatr zmieni świat? Tak na pytanie, podszyte nieco uszczypliwością, czy jego teatr jeszcze o coś walczy, czy ma ambicje, by zmieniać świat, odpowiedział Thomas Ostermeier podczas festiwalowego spotkania, po spektaklu „Wróg ludu”. Jego realizacja dramatu Ibsena, otwierającego Kontakt, była przede wszystkim gorzkim obnażeniem mechanizmów władzy, które choć nie są żadną głęboko skrywaną tajemnicą, zdemaskowane powodują niesmak, ale też i bezsilność wobec otaczającej nas rzeczywistości. Tą bezsilność dobitnie pokazuje scena, w której niespodziewanie otwiera się czwarta ściana i publiczność może włączyć się w debatę, dostaje głos i pozorną możliwość wpływu na wydarzenia. Szybko jednak doświadcza, jako zbiorowość, że ta interakcja to też rodzaj manipulacji. Reżyser nie pozostawia złudzeń, nie buduje idealistycznego finału, zgodnego z duchem autora dramatu, w którym bohater bezkompromisowo, z wiarą, do końca broni swoich racji, zostawia nas raczej z pytaniem, czym jest dziś prawda i ile jest warta, a dokładniej, ile konkretnie ona kosztuje. Czy tak zawieszone pytanie może nami, jako zbiorowością, potrząsnąć, wywołać wzburzenie, czy tylko skłonić do refleksji i komentarzy? Czy faktycznie, teatr ma dziś jakiś, choćby znikomy, wpływ na losy świata? Czy to raczej świat odciska się na scenie?
 
Gdyby doszukiwać się jakiegoś wspólnego mianownika w spektaklach tegorocznej edycji Kontaktu, to niewątpliwie, odciśniętej na scenie twarzy rzeczywistości, trudno nie zauważyć. Tu i teraz przywołane zostało zarówno przez dokument, jak i schowane w historii, czy mitologii. Na scenie, w „Carze Samozwańcu”, płynęły dawne strumienie krwi w całkiem aktualnej rzeźni politycznej. Pojawiły się nieodległe zbrodnie w przejmująco opowiedzianej historii miasta pogranicza, Juárez, niosąc w finale nadzieję, że piekło ma granice. Usłyszeliśmy strzały w Sarajewie, które zamieniły światu muzykę, z dźwięków lekkiego walca w uderzania zdeformowanego marsza. A bohater tego historycznego upadku starego porządku, w finale, ma twarz współczesnego, islamskiego bojownika. W publicystycznym „Mein Kampf” twórcy zadali pytanie, na które do teraz nie potrafię sobie odpowiedzieć, czy gdybym w 1933 roku, była w tym wieku, w którym właśnie jestem, to czy miałabym na półce biblię nazistów? Sugerując, rzecz jasna, że każdy humanista powinien ją przeczytać. Czy miałabym zatem? Nie wiem nadal.
 
Przez cały festiwal pulsowało mi w głowie, to pytanie zawarte w tytule, czy teatr może zmienić świat, czy jest go w stanie przeformułowywać? Myślę, że jest to raczej oddziaływanie odwrotne, to świat dziś zmienia teatr, dając mu, co najwyżej, przywilej opowiadania o tym, diagnozowania, komentowania, a i nawet przepowiadania. Ale to wcale nie znaczy, że nie przemienia człowieka. Przeciwnie. Są spektakle, które pozostają w widzu na długo po opadnięciu kurtyny, stając się z czasem probierzem dla innych widowisk. Taka właśnie była nagrodzona „Iliada”, starożytny epos rozłożony na ciszę i wielogłos aktorski, którego rytmiczne pulsowanie sączyło subtelnie dowcip i tragizm losu nie tylko herosów i bogów olimpijskich, ale każdego z nas. Taki spektakl przemienia, trwale.


Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 30.05.2016

 
 

wtorek, 19 kwietnia 2016

Ten Sienkiewicz bardziej trzeźwi niż krzepi

Czy historia melodramatycznego trójkąta miłosnego była tylko narracyjnym wabikiem Sienkiewicza, by w finale pokazać czytelnikowi jedną, kluczową scenę? Zwycięską bitwę z roku 1410, ku pokrzepieniu. To śmiała teza, choć z perspektywy ponad stu lat od powstania powieści, nie pozbawiona zasadności, że to właśnie słynny obraz bitwy utrzymuje „Krzyżaków” na patriotycznej liście lektur. Przecież wystarczy dziś wypowiedzieć sam tytuł, a nieomal automatycznie w komplecie z powieścią pojawia się nam bitwa pod Grunwaldem. Choć teraz w większości przypadków, wcale nie będzie to ta, namalowana przez Jana Matejkę, która niewątpliwie zainspirowała autora, by stworzyć opowieść osadzoną w wiekach średnich, w momencie triumfu polskiego oręża. Bardziej będzie to kilkunastominutowa sekwencja batalistyczna, spektakularnie sfilmowana przez Aleksandra Forda ponad pięćdziesiąt lat temu. I nie ma tu znaczenia, które artystyczne wyobrażenie tej bitwy odtworzymy sobie w głowie, któreś na pewno się pojawi, a równocześnie z nim ożywi się bezwiednie, nieomal mityczne przekonanie lub choćby jego cień, że znienawidzonego wroga prędzej, czy później spotkamy na polu bitwy i jest to bitwa wygrana, jak tamta sprzed setek lat. Zatem można zaryzykować stwierdzenie, że bez przywołania tej spektakularnej potyczki, bez bitwy pod Grunwaldem, „Krzyżacy” trochę tracą swój krzepiący charakter i z pewnością tracą też wysoką pozycję na patriotycznej liście lektur. W takim razie lepiej jej nie pomijać. A może właśnie tak trzeba, by prześwietlić, jak wygląda ten mit, ale noszony w nas.
W toruńskiej realizacji „Krzyżaków” Michała Kotańskiego bitwy nie ma. Co wcale nie znaczy, że nie pojawia się w śladach i cieniach i nie tylko ta, średniowieczna i nie tylko ta, zwycięska. Zresztą cały spektakl przetykany jest patriotycznymi znakami i odniesieniami, które źródła swoje mają w niejednej bitewnej ranie narodu. Bo to, nie praca i tworzenie na rzecz wspólnoty stanowi o bohaterstwie, ale wojna. To jej przywoływanie jednoczy i budzi marzenia o chwale. Od pierwszej sceny, pijany Zbyszko modli się do dobrego Boga o wojnę, by mógł w konfrontacji, pod narodową banderą, załatwić swoją małą, prywatną sprawę. Odwet przebrany w uczucie miłości. Ale i ten afekt jest jedynie kolejną maską, wymówką, pretekstem i romantyczną pozą, by uszlachetnić wściekłość i frustrację prostego chłopaka z blokowiska. I tak patrzymy, jak własna zemsta jest w stanie poruszyć lawinę zdarzeń z wojennymi konsekwencjami dla całej społeczności. Wróg w „Krzyżakach” jest oczywisty, to Niemcy, bo któżby inny. W spektaklu postaci Krzyżaków noszą kostiumy stylizowane na hitlerowskie mundury od Hugo Bossa, zatem mogłoby się wydawać, że kalkowanie wroga jest tu jednoznaczne i nie ma nic pomiędzy. Ale czy na pewno? Czy może wrogiem nie jest tu po prostu inny, elegancki, lepszy świat, który nie grzęźnie po łyki w błocie?
Choć spektakl niesie nas prosto do z pozoru znanego finału, to nie znajdujemy w nim ukojenia płynącego z apoteozy naszego zwycięstwa. Ostatnia scena z sygnałem przypominającym Godzinę „W”, brzmi jak memento, jak ostrzeżenie, byśmy jednak nie modlili się do dobrego Boga o wojnę. Jest jak uderzenie w policzek, na otrzeźwienie.
 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 19.04.2016

piątek, 25 marca 2016

Świąteczny spacerownik teatralny po Toruniu


Prawie trzy miesiące temu wystartowała w sieci Encyklopedia Teatru Polskiego. Projekt ten z pewnością ucieszył nie tylko ludzi zajmujących się teatrem zawodowo i naukowców, którzy pracowali nad nim ponad dwa lata, ale również zwykłych miłośników teatru. W jednym miejscu można teraz znaleźć materiały, które były dotąd rozproszone. Poza bazą wiedzy wypełnioną hasłami przedmiotowymi i osobowymi, informacjami z zakresu historii teatrów i zespołów, portal zawiera spore archiwum cyfrowe, a w nim zdjęcia, afisze, recenzje. Twórcy tej strony zapewniają, że nie jest to rzecz zamknięta, przeciwnie, formuła jest jak najbardziej otwarta na ciągłe uzupełnienia i propozycje. Dla mnie, choć myślę, że nie tylko dla mnie, projekt ten wygląda imponująco i mogłabym jeszcze chwilę wymieniać, co tam znajdziemy i dlaczego, z tego powodu ogrania mnie zadowolenie. Zatrzymam się jednak tylko na jednej zakładce, chyba najbardziej pobudzającej aktywność, na „Spacerowniku teatralnym”. Pomysł, by poznawać teatr i jego historię wpisaną w miasto, czasem tą zupełnie nieznaną, a często zapomnianą, poprzez spacer śladami znanych twórców, czy wydarzeń artystycznych, jest nie tylko niezwykle oryginalny i atrakcyjny, ale może być również bardzo inspirujący lub zwyczajnie przyjemny.

Dla Torunia znajdziemy opracowane dwie ścieżki, dwa spacery teatralne, oba autorstwa Artura Dudy. To „Witkacy w Toruniu” i „Miejsca (nie)teatralne”. Chcąc podążać tropem Witkacego, spacer zaczynamy naturalnie od Bydgoskiego Przedmieścia i słynnej willi „Zofiówka”, pensjonatu, w którym bywał artysta. Dalej przemieszczamy się do Teatru W. Horzycy, gdzie odbyły się dwie prapremiery jego dramatów. Zatem te dwa miejsca są oczywiste, ale dalej idziemy na cmentarz św. Jerzego, do Pałacu Dąmbskich i kamienicy przy ul. Szerokiej 24. Dlaczego tam? To właśnie, między innymi, znajdziemy w tej encyklopedii.

Drugi spacer, nieco dłuższy, oprowadza nas po miejscach i obiektach, które stawały się niejednokrotnie, a czasem tylko okazjonalnie, sceną teatralną. Niestety dziś, w dobie kultury kubaturowej, szukanie nieoczywistych przestrzeni dla sztuki teatralnej w mieście, może się niektórym wydawać zbyteczne, czy nawet niedorzeczne. A szkoda. Ten spacer prowadzi nas po miejscach, w których mogliśmy oglądać spektakle Festiwalu Kontakt, ale nie tylko. Pojawia się tam Dwór Artusa, który niejednokrotnie gościł interesujące widowiska teatralne, ale sceną dla Kontaktu, jednak nie był. Patrząc na te (nie)teatralne miejsca zaproponowane przez Artura Dudę, zaczęłam z pamięci dopisywać do tej listy kolejne obiekty, w których gościły festiwalowe spektakle. Tak powstał mi nowy, inny teatralny spacer, choć może, patrząc na ilość miejsc oraz na odległości pomiędzy nimi, to raczej teatralny maraton – Miejsca Kontaktu. Wariantów takich spacerów może być znacznie więcej, a te dwa są niewątpliwie cenną inspiracją.

W najbliższą niedzielę będziemy świętować Wielkanoc, ale również Międzynarodowy Dzień Teatru. Może zamiast zwykłego, świątecznego spaceru po Starym Mieście, wybierzmy się w tym roku na taki rodzinny, teatralny spacer. Będzie to w pewnym sensie podwójne świętowanie, a przypuszczam, że miłe nie tylko dla teatromanów. Zachęcam.



Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 22.03.2016

 

poniedziałek, 1 lutego 2016

Ważna lekcja, nie tylko teatralna od Melechówny

W ubiegłym tygodniu wspaniały jubileusz 90 urodzin obchodziła najbardziej znana toruńska aktorka, Zofia Melechówna. Mogłoby się wydawać, że tak wiekowa dama, młodszemu pokoleniu miłośników teatru może i jest znana, ale jedynie z kronik i dawnych recenzji spektakli, czy też czyichś odległych wspomnień o uczennicy Schillera. Nic z tych rzeczy, myślę, że nawet najmłodszy teatroman w naszym mieście wie doskonale kim jest pani Zofia, czy też może właściwiej, kim jest Zula, bo w Toruniu Zula jest tylko jedna.
Przez lata, poza graniem w teatrze, poświęcała mnóstwo czasu i energii młodym pasjonatom poezji i dramatu. Słuchała, a potem analizowała te interpretacje, uczyła, co to pauza, fraza, uczyła kultury słowa. Była i nadal jest mentorem dla młodych recytatorów. Nadal przekazuje swoją wiedzę z niesamowitą pasją i charyzmą. Zastanawiam się teraz, ileż to osób przez te wszystkie lata występowało przed nią, ile osób przesłuchała i wysłuchała, ilu osobom dała cenne wskazówki, a ile z tych osób, z rad skorzystało. Myślę, że to były setki setek młodych ludzi zafascynowanych teatrem, ale nie tylko nim. Wśród tych osób była i ja. Pamiętam, swoje wystąpienie przed Zulą, było to w ostatniej klasie liceum, przygotowywałam się wtedy do szkoły teatralnej. Byłam niezwykle zadowolona ze swojej interpretacji fragmentu „Balladyny”, monologu bohaterki na tronie i tenże fragment, pewna siebie wyrecytowałam. Byłam również zupełnie nieświadoma, że mówię to przed jedną z najlepszych Balladyn. Gdy teraz sobie o tym myślę, to widzę jak bardzo ta sytuacja musiała być komiczna i jedyna możliwa pointa to zimny prysznic słów. Myślę sobie, że Zula musiała być bardzo rozbawiona, nie tyle samą interpretacją tekstu, ostatecznie wcale nie była taka zła, ale musiała być rozbawiona moją osobą, bojową i pewną siebie nastolatką z nieomylnością w oczach. Z mojej postawy można było jasno wyczytać, że czekam na nic innego, tylko aplauz i ewentualnie drobne sugestie w szczegółach. Oczywiście nietrudno sobie wyobrazić, że nic takiego się nie zdarzyło. Dostałam za to wtedy od Zuli jedną z ważniejszych lekcji nie tylko teatralnych, ale i życiowych. W ciągu kilkudziesięciu minut nauczyła mnie nie tylko słuchać uwag, ale przede wszystkim o nie prosić i za nie dziękować, a oklaski traktować, jako dodatek i nie przywiązywać się do nich. Myślę sobie, że to nigdy nie była popularna postawa, a aktualnie wydaje się jeszcze bardziej anachroniczna niż kiedyś. Czy da się w ten sposób funkcjonować w dzisiejszym świecie? Gdzie, żeby w ogóle zaistnieć trzeba sobie samemu wystawiać nieustannie laurkę z własnych, nawet najmniejszych i nic nieznaczących osiągnięć, nie dość tego, to trzeba te drobne zasługi podkręcać do rangi wiekopomnych, a na koniec najważniejsze, trzeba być nieustannie nieomylnym, wszechwiedzącą alfą i omegą pomijającą szczególnie obiektywne autorytety. Gdzie tu miejsce na pytania o własne niedociągnięcia, gdy mamy być najlepsi, bo tacy tylko wygrywają? A jednak warto bardziej niż braw słuchać krytyki, nawet tej ostrej. Dlatego jestem wdzięczna Zuli za tę jedną godzinę wiele lat temu, w czasie której nauczyła mnie najważniejszej prawdy, że trwanie w samozadowoleniu bywa zgubne, zawsze.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej" 26.01.2016