czwartek, 5 stycznia 2017

Absmak wokół kolekcji Fundacji Książąt Czartoryskich

Bardzo możliwe, że gdyby nie remont Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie, nie mielibyśmy okazji oglądać części słynnej kolekcji w ratuszowych salach Muzeum Okręgowego. Co prawda nie zawitała do nas najcenniejsza perła, czyli „Dama z gronostajem”, która przez wiele lat była najbardziej podróżującym obrazem tej kolekcji, tyle że nie po kraju, a po świecie. To jednak ekspozycja „Pejzażu z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta oraz 39 innych obrazów wraz z obiektami rzemiosła artystycznego i militariami z kolekcji Czartoryskich była nie lada wydarzeniem dla miasta. Bardzo lubiłam odwiedzać tę wystawę i wcale nie ze względu na cenne dzieło holenderskiego geniusza. Za każdym razem moją uwagę przyciągał anioł z obrazu florenckiego artysty zwanego Mistrzem Epifanii w Fiesole i zapewne to z jego powodu wielokrotnie przychodziłam na drugie piętro Ratusza, by mimowolnie doszukiwać się w nim śladów inspiracji Botticellim. Wystawa "Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem Rembrandta. Skarby Fundacji Książąt Czartoryskich" gościła w Toruniu dłużej, niż pierwotnie planowano, nie pół roku, a ponad cztery lata, wpływ na to miał przedłużający się remont muzeum w Krakowie, co było tylko konsekwencją zawirowań wokół samej Fundacji Książąt Czartoryskich. Teraz za kwotę, bagatela, 100 milionów euro minister kultury wszelkie aktualne i potencjalne perturbacje zechciał uciszyć i kupił całą kolekcję Czartoryskich, czyli 86 000 obiektów muzealnych i 250 000 bibliotecznych. Ale czy faktycznie uciszył? Czy czasem nie stworzył precedensu dla innych fundacji sprawujących pieczę nad zabytkami? Może na decyzję ministra miały wpływ pogłoski o gotowości zakupu słynnego dzieła Leonarda da Vinci przez szejków arabskich? A może tylko chodziło o spektakularny sukces ministerstwa?
 
 „Dama z gronostajem” stała się oficjalnym i bezpiecznym dobrem wspólnym, czyli własnością Skarbu Państwa. Muzealnicy mogą teraz odetchnąć z ulgą, najcenniejsza kobieta w Polsce, Cecylia Gallerani będzie w końcu mogła odpocząć, przestanie zarabiać podróżami po świecie, to do niej trzeba będzie przyjechać. Jednak można odnieść wrażenie, że sceptyków jest znacznie więcej niż entuzjastów tej transakcji, do tego pojawiło się mnóstwo głosów tyleż oburzonych, co zaniepokojonych. Kolekcja była własnością fundacji i zgodnie z jej statutem miała swoje zbiory udostępniać społeczeństwu i udostępniała. Dlaczego zatem tak duża kwota publicznych pieniędzy ma nagle zasilić prywatne konto arystokraty? Szczególnie że jest to wielokrotność sumy, która rocznie przeznaczana jest na konserwację zabytków w kraju. Umowa została uroczyście podpisana, pieniądze przelane, komentarze niczego nie zmienią. Z perspektywy zwykłego Nowaka nic się nie zmieniło, bo tak, jak miał możliwość obejrzenia zbiorów w muzeum, jednym, czy drugim, tak nadal je będzie miał. Gdy Izabela Czartoryska w 1801 roku zaczęła tworzyć słynną dziś kolekcję, dając tym samym podwaliny polskiemu muzealnictwu, w zamierzeniu robiła to, by służyła ona dobru publicznemu. Dziś po ponad dwustu latach przysłużyła się również do pomnożenia majątku jej potomka. Myślę, że na twarzy Izabeli, gdzieś tam w zaświatach, mimo spełnienia jej woli, maluje się właśnie absmak.
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  03.01.2017

środa, 28 grudnia 2016

Konsekwencje niedojrzałych rządów w „Dwunastu miesiącach”


„Dwanaście miesięcy” Samuela Marszaka w reżyserii Bartosza Zaczykiewicza to opowieść o tym, co wydarza się, gdy naruszamy prawa natury. Jakie konsekwencje ciągną za sobą niezbyt mądre dekrety niedojrzałej władzy oraz co dzieje się, gdy chciwość żeruje na słabszych. Oglądamy bajkę, ale chwilami pobrzmiewa nam ona aluzjami do rzeczywistości. Mamy tu dwie bohaterki, jedna jest ubogą dziewczyną, druga rozkapryszoną królewną. Jedna spełnia rozkazy złej macochy, a druga ma cały dwór poddanych na usługi. Obie są sierotami. Fakt ten, dla tej pierwszej wydaje się szansą na znalezienie u tej drugiej odrobiny empatii, zrozumienia, a może nawet i pomocy. Nic bardziej mylnego. Biedna sierota w krytycznych sytuacjach może liczyć tylko na siły nadprzyrodzone. One w osobach dwunastu miesięcy faktycznie przychodzą jej z pomocą. Wydaje się to naturalną konsekwencją, bo od pierwszej sceny wiemy, że ta prosta dziewczyna rozumie przyrodę i jest z nią w przyjaźni. To dla jej bezpieczeństwa stara wrona chytrze żartuje z niezbyt rozgarniętego wilka, a dla jej uciechy wiewiórki prześcigają się w figlach z zającem. I gdy przy ognisku przyjmuje pierścień od brata Kwietnia, symbolicznie pieczętuje mariaż z naturą, która odtąd zawsze będzie ją chronić. Królewna natomiast z pozycji swojego tronu nie liczy się z nikim i z niczym. Obarczona władzą bez doświadczenia i kontroli sprawuje swoją rolę na granicy naiwności dziecka i czynów szaleńca. W przypływie kaprysu życzy sobie pierwiosnków zimą, mając za nic głosy doradców. Obiecuje złoto, rozbudzając chciwe umysły. Wykonanie tego absurdalnego rozkazu tylko utwierdza ją we wszechwładzy.  Brnie dalej. Co prawda scena, w której sama musi doświadczyć konsekwencji majstrowania przy prawach natury, jest dla widza raczej śmieszna niż straszna, jest bardziej przestrogą niż karą, to w finale królewna przyjmuje lekcję pokory. Ostatecznie dobro triumfuje, zło zostaje napiętnowane. Morał z bajki jest prosty, czyste serce i uczynki z niego płynące spotyka królewska nagroda, a przed karą za niegodziwości nie chronią nawet najwyższe tytuły i stanowiska. Prawda to, a jakże.
Charytatywne premiery w Teatrze im. W. Horzycy to już tradycja. Wszystko zaczęło się 16 lat temu przy okazji spektaklu "W 80 dni dookoła świata po stu latach" wg Juliusza Verne'a w  reżyserii Jerzego Bielunasa. O tamtego wydarzenia, każda kolejna premiera adresowana do młodej widowni, połączona jest z konkretnym celem dobroczynnym nakierowanym na pomoc dzieciom. W tym roku akcja była szczególna, ponieważ wpływy z zaproszeń na spektakl „Dwanaście miesięcy” podzielone zostały pomiędzy dwójkę chorych dzieci pracowników teatru, Ninę i Stasia. Przekaz płynący z tego przedstawienia, że dobre uczynki procentują, wzmocnił dodatkowo charytatywny wymiar premiery. Młodzi widzowie mogli sami przekonać się, że pomoc potrzebującym nie musi być czymś trudnym i wymagającym sporych wyrzeczeń. Przeciwnie, doświadczyli, że z pomocy można czerpać przyjemność i radość niepoliczalną. I to jest chyba najcenniejsze.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  27.12.2016

wtorek, 20 grudnia 2016

Dzielmy się tym, co mamy w sobie najlepszego


Gdy w ubiegłym tygodniu wycinałam świąteczne gwiazdki i serca z kruchego ciasta, Aleppo właśnie dogorywało. Pieczenie świątecznych ciastek to taki mój coroczny zwyczaj, przy muzyce z dzwoneczkami, z zapachem wanilii, goździków i cynamonu w tle. W tym roku całą tę otoczkę sobie darowałam, tego dnia nie potrafiłam wymazać spod powiek obrazów z bombardowanego miasta. Nie mogłam. Nie chciałam. Im dłużej wałkowałam ciasto, tym bardziej te symbole nadziei i miłości zyskiwały kruchość. Stawały się coraz cieńsze, prawie przezroczyste, gotowe jednak na posypanie kryształkami cukru. W święta ma być przecież słodko, a nie gorzko i boleśnie. Ludzie tam w oblężonym mieście tracą w tej chwili życie i domy, a ja sobie świąteczne ciastka na blasze układam. Ale cóż innego mogę zrobić? Wyobraziłam sobie, że siedemdziesiąt dwa lata temu, gdy umierała Warszawa, jakaś Hannah w Nowym Jorku też pewnie zagniatała ciasto i myślała, cóż ja mogę zrobić. Choć z drugiej, gdyby ją zapytać po latach, pewnie by powiedziała, że wtedy nie miała pojęcia o skali dramatu miasta na drugim końcu świata. Ona nic nie wiedziała. Takich słów nie będę mogła powiedzieć kiedyś ja ani nikt z nas, że nic nie wiedzieliśmy. W ostatnim czasie można było odnieść wrażenie, że świat po tylu miesiącach przywykł już do tej wojny, znieczulił się wręcz na nią i dopiero teraz, obrazy bombardowanego miasta zburzyły ten subtelny letarg. Między jednym a drugim wyjęciem kolejnej blachy pełnej świątecznych gwiazdek z piekarnika, podeszłam do komputera i przelałam darowiznę na konto organizacji charytatywnej z dopiskiem SOS Syria. Tylko tyle w tamtej chwili mogłam zrobić.
Święta Bożego Narodzenia to moment oczekiwany przez cały rok. Czas pokoju, chwila, gdy rodzi się światło i nadzieja, dzień, w którym gasną wszystkie spory. Tymi frazami tradycyjnie opisujemy te grudniowe dni. Grzejemy się przy tych słowach i wzruszamy niezmiennie po całym roku biegania w codzienności niekoniecznie zadowalającej. Zatapiamy się w dźwięki kolęd i wierzymy, że może w tym roku jakiś kawałek naszego wewnętrznego dziecka przeniesie się tego dnia do idealnego świata, w którym zło nie ma nic do powiedzenia, a dobro niepodzielnie króluje na ziemi. Jednocześnie stawiamy dodatkowy talerz na świątecznym stole z nadzieją, że nikogo nieproszonego nie będzie trzeba przy nim sadzać, że nikt nam nie zakłóci radosnej atmosfery rodzinnego koła. A przecież to puste miejsce nie ma być tylko pustym symbolem. Tradycją, bo tak się zawsze robi w święta. To miejsce ma być dziś naszą furtką, którą otwieramy się na drugiego człowieka. Ma nam przypominać w tym szczególnym czasie, że to od naszych większych lub mniejszych gestów zależy, czy dobra będzie przybywać na świecie. Patrząc na ten pusty talerz, zobaczmy w tym miejscu konkretną osobę i jeśli to możliwe, obdarujmy ją, przynajmniej ciepłą myślą. Może to będzie sąsiad, może kogoś z rodziny, z którym trudno spotkać się przy jednym stole bez wywlekania urazów, podziałów czy niechęci. A może ktoś z nas odważy się posadzić przy swoim stole symbolicznie tych, którym zbombardowano domy, zabito najbliższych i to oni są dziś prawdziwymi opuszczonymi, wędrowcami i potrzebującymi. Chociaż są bardzo daleko od nas.
Życzę zatem spokojnych świąt i abyśmy dzielili się nie tylko opłatkiem, ale i tym, co jest w nas najlepsze.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  20.12.2016

środa, 14 grudnia 2016

Szymborska w 20 lat po sztokholmskiej tragedii


Z tym literackim Noblem, to tylko problem. Tak można by skwitować zamieszanie, które obserwujemy w tym roku wokół tej nagrody. Problem zarówno dla laureata, jak i Fundacji Noblowskiej. Nie dość, że pewniak Murakami jej nie dostał, ani nawet syryjski poeta Adonis, druga osoba ze szczytu listy najbardziej prawdopodobnych kandydatów, to poszukiwania Boba Dylana przez Akademię Szwedzką, by potwierdził przyjęcie nagrody, trwały kilkanaście dni. Jakby tego było mało, artysta odmówił przyjazdu do Sztokholmu na ceremonię wręczenia nagród i nie oddelegował nikogo, kto by w ubiegłą sobotę, z rąk króla Szwecji Karola XVI Gustawa, odebrał w jego imieniu medal i dyplom. Konsternacja? Zaskoczenie? Czy ktoś się tego spodziewał? Chyba nie. Choć mam wrażenie, że dwa ostatnie miesiące delikatnie sygnalizowały możliwość takiego scenariusza. Już w pierwszej reakcji na werdykt Akademii, po zdumieniu wyrażonym w pytaniu: „kto?”, świat podzielił się na entuzjastów i sceptyków tego wyboru. A Dylan milczał i telefonów ze Szwecji nie odbierał. Na podstawie niektórych medialnych doniesień, o braku reakcji artysty, można było odnieść wrażenie, że zaszył się gdzieś na odludziu, by przeczekać zamieszanie. Nic bardziej mylnego. Koncertował spokojnie dalej, tyle że nijak nie odnosił się do wieści płynących ze Sztokholmu. Budował dystans właściwy poecie, który nie dla laurów i braw tworzy. Im bardziej artysta milczał, tym intensywniej kotłowały się komentarze. Jednocześnie spór, czy piosenka to literatura, przeplatały spekulacje: przyjmie czy odrzuci nagrodę. Dylan nie postąpił jak Jean-Paul Sartre i nagrodę przyjął, co dla niego, jak się okazało, wcale nie oznaczało, że pojawi się w Sztokholmie 10 grudnia. Scenariusz, że Dylan znajdzie sposób, by zręcznie ominąć noblowską galę, już wtedy mógł wydawać się wielce prawdopodobny. Tak też się stało. Przyjął splendor płynący z tego wyróżnienia, ale jednocześnie zrobił unik przed wrzawą i zgiełkiem. Pierwszy bard w historii tej nagrody, ale nie pierwszy poeta i nie pierwszy, którego to wyróżnienie bardziej chyba trwożyło, niż cieszyło.
Dokładnie dwadzieścia lat temu Wisława Szymborska też pewnie miała ochotę postąpić tak, jak dzisiaj Dylan. Przyjąć nagrodę od Akademii, skoro już dali, ale jakoś uniknąć skutków całej tej „sztokholmskiej tragedii”. Nie dało się. Tu jawi się pewien paradoks tej nagrody. Z jednej strony może wydawać się, że jej przyznanie jest spełnieniem marzeń pisarza, ukoronowaniem dokonań. Z drugiej jednak ciężar konsekwencji potrafi przytłoczyć na tyle, że co wrażliwsi chętnie by jej nie dotykali, żeby tylko ominąć szum i gwar. Wtedy, gdy w Domu Pracy Twórczej "Astoria" Szymborska otrzymała informację, że dołączyła do grona noblowskich laureatów, sądziła, że zamieszanie wokół jej osoby potrwa najwyżej trzy miesiące. Myliła się. Echo „sztokholmskiej tragedii” przeżyło noblistkę i trwa do dziś. Naturalnie nie ma ono w sobie już tego posmaku sensacji, co kilkanaście lat temu, ale wiele intrygujących epizodów z życia poetki może nas jeszcze zaskoczyć. A te znajdziemy w ostatnio wydanym zbiorze listów Szymborskiej i Filipowicza „Najlepiej w życiu ma twój kot.” Polecam.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  13.12.2016

czwartek, 8 grudnia 2016

Czy Toruń porusza literaturą? W ubiegłym tygodniu poruszał.


Czy Toruń może kojarzyć się komuś z literaturą? Cóż to za pytanie! Zaraz po oburzeniu powinnam usłyszeć, że z pewnością tak. Nasze piękne miasto, inspirujące każdą cegłą i każdym zaułkiem, do tego z tradycjami, oczywiście, że się kojarzy. Zaryzykuję jednak i podważę tę pewność i odpowiem, że niekoniecznie. Osoby patrzące na miasto z daleka zwykle wymieniają trzy kluczowe słowa w kontekście Torunia: radio, piernik, Kopernik. Kolejność poszczególnych wyrazów może być dowolna, nie ma to znaczenia i tak w żadnym z nich nie kryje się bezpośredni związek z literaturą. Pośredni i nieco dalszy niewykluczone, że byśmy znaleźli, ale nie w tym rzecz. Nie mówię również o subtelnym doszukiwaniu się śladów znanych pisarzy, którzy w przeszłości przejechali przez miasto lub się w nim na chwilę zatrzymali, nie. Chodzi o to, czy potrafimy bez namysłu wymienić pisarza związanego z Toruniem? Czy choćby książkę osadzoną tak silnie w mieście, że można o niej mówić toruńska? Nie sugeruję tu, że pisarzy i takich książek nie ma. Przeciwnie. Są, tylko mam wrażenie, że umykają gdzieś, gdy miasto chwali się swoimi twórcami. A szkoda. Choć w tym momencie, ktoś może mi zarzucić niedorzeczność. Przecież katarzynkę w Alei Piernikowej Janusz Leon Wiśniewski posiada, świat go zna, bo książki pisze. Uwieczniony podpis pisarza zasłużonego zatem mamy, ale czy faktycznie on taki toruński?
Kolejne kampanie promujące Toruń obrazują, czasem ku zdumieniu samych mieszkańców, czego to areną nasze miasto jest. Odrzucając te chwilowe skojarzenia przyklejone na potrzeby konkretnych imprez, można zauważyć, że budowanie wizerunku rozpostarte jest pomiędzy szeroko pojętym sportem a kulturą. Aktualnie zamyka się to w haśle „Toruń porusza”, czyli punktem wyjścia jest odwołanie się do kopernikańskiego „ruszył...” i dalej podąża w kierunku inspiracji oraz fascynacji. A czym porusza, to symbolicznie widzimy na głowie anielicy z promocyjnego plakatu. Historią, gotykiem, teatrem, komedią, muzyką, filmem. Literatura nijak się tam nie pojawia. Naturalnie można by doszukać się i tego wątku, twórczo interpretując znaki, ale jednoznacznie symbolu książki, czy pisarza tam nie ma. Ktoś mógłby to odczytać, że w mieście uniwersyteckim brakuje literackiego klimatu lub takich  imprez, a przecież tak nie jest. Wydarzeń związanych z literaturą kilka w ciągu roku znajdziemy. Tylko może miasto nie widzi w tym potencjału? Skoro 63 procent społeczeństwa nie czyta, to po co skupiać się na dziedzinie, która wydaje się niszowa? Ten fakt uświadomił mi symbolicznie wspomniany plakat promujący miasto i bardzo chciałam, by to przekonanie, rozwiała dyskusja na Toruńskim Festiwalu Książki o toruńskiej literaturze. I tak się poniekąd stało. Pomysł organizatorów, by zaprosić autorów związanych z miastem i mówić o literaturze tworzonej w Toruniu uważam za trafiony. Sam fakt, że w jednym miejscu siadają przy stole pisarze toruńscy, wydaje się znaczący. Chociaż rozmowę zdominowała opowieść o tym,  jak to się dzieje, że miasto staje się tłem lub bohaterem powieści, to myślę, że ten panel może być początkiem szerszej dyskusji. Dyskusji o tym, co zrobić, by Toruń zaczął się kojarzyć choć trochę z literaturą.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  06.12.2016

wtorek, 29 listopada 2016

Będąc twórcą i tworzywem, czyli zbiorowy autoportret w galerii


Selfie z autoportretem tyleż łączy, co dzieli. Nie trzeba tego chyba zbyt zawile tłumaczyć, bo mam wrażenie, że wyczuwamy różnicę pomiędzy obydwoma zjawiskami. Już na poziomie słowa, selfie nie stało się oczywistym zamiennikiem autoportretu, choć zdarza się, że nim bywa. Selfie to szybkie, spontaniczne ciach. Z ręki, z patyka, z wydętymi ustami i półprzymkniętymi powiekami, choć nie jest to obowiązkowe, na tle czegoś lub z kimś obok. Cyfrowy zapis chwili, ulatujący z pamięci nośnika czasem szybciej niż sama chwila. Jedno i drugie łączy z pewnością palec opadający na przycisk zapisz, zatrzymaj, uchwyć, ale zdecydowanie odróżnia intencja, z jaką ten palec dotyka miejsca zapisu. W tym drugim przypadku moment zatrzymania obrazu jest tylko momentem końcowym procesu kreacji. Sumą namysłu, wypadkową emocji, konceptem. Bywa, że czas występowania tego łańcucha składowych autoportretu pokrywa się z liczbą sekund potrzebnych do odpowiedniego ustawienia dzióbka na tle rozgwieżdżonego nieba i kawałka zabytkowego muru, ale nie jest to dostateczny powód, by postawić tu znak równości. Jeśli niezbyt jasno oddałam różnice pomiędzy tymi dwiema formami fotograficznego przedstawienia siebie, to warto wybrać się do Małej Galerii Fotografii ZPAF przy ulicy Różanej na wystawę „Tacy jesteśmy”, tam klarownie zobaczymy ten rozdźwięk.
Ta wystawa jest z jednej strony prezentacją artystów Okręgu Kujawsko-Pomorskiego ZPAF, z drugiej zaś trochę zapisem czasu, ale też i krótką lekcją historii fotografii w jednym. Różnorodność, jaką tam oglądamy, można nazwać mini przeglądem fotograficznych form, najczęściej będących pochodną estetycznych upodobań autorów. A sprawił to fakt, że ekspozycję scala temat, a nie technika, czy forma właśnie. Tytułowe, jacy jesteśmy dziś, jak widzimy siebie, jak chcemy pokazać innym, powoduje, że artyści otwierają przed nami swoje mikroświaty. Wpuszczają widza nieco na drugą stronę, jednocześnie umowną migawką puszczając do nas oko. A to żartują z siebie trochę lub też chowają się, jak tylko mogą za nieostrości, rozmycia, smugi, krople, drzewa. Budują niezbędny autodystans, dużo mówiący o nich, twórcach. Czasem brzmi to trochę tak: jestem, a właściwie to nie ja jestem lub mnie tu wcale nie ma. Patrząc na akt z autorem w tle, mam wrażenie, że tak właśnie mówi do mnie Zbigniew Filipiak odbity i rozmazany w lustrze na planie dużo dalszym niż drugi. Ale i z tej odległości hipnotyzuje i zatrzymuje niedopowiedzeniem. Z kolei patrzący prosto nam w oczy Dariusz Gackowski ze swojego klasycznego, czarno-białego autoportretu niczego nie kamufluje, nie chowa, nie nadbudowuje nowych treści, patrzy prawdziwe i magnetycznie zarazem.
Bohater z filmowego klasyka Marka Piwowskiego przekonywał nas w filozoficznym wywodzie, że nie może być jednocześnie twórcą i tworzywem. A jakże, w końcu chodziło o wolność wyboru. Jednak kluczem do tego, aby oba te zjawiska mogły zaistnieć jednocześnie, jest umiejętność znalezienia odpowiedniego dystansu. Tę właściwą odległość i perspektywę spojrzenia na fotografowany obiekt znaleźli twórcy, których prace znalazły się na wystawie „Tacy jesteśmy”. Jeśli ktoś ma ochotę się o tym przekonać, to warto zajrzeć do galerii przy ulicy Różanej.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  29.11.2016

wtorek, 22 listopada 2016

Superpełnia namieszała emocjami w koncercie gwiazdy


Pełnia księżyca potrafi czasem nieźle podkręcić emocje, wiadomo to nie od dziś, ale jak może namieszać superpełnia superksiężyca, to mogliśmy zaobserwować w ubiegłą środę. Euforia i oburzenie jednocześnie. I to na jaką skalę. Choć samo zjawisko wypadało dwa dni wcześniej, to skutki owego wpływu oglądaliśmy właśnie w ubiegłą środę, kiedy to ożywienie wypełnione zarówno jedną, jak i drugą emocją osiągnęło pełnię. Czymże innym można wytłumaczyć zamieszanie, jakie powstało wokół koncertu Stinga w Toruniu. Najpierw specjalny, wieczorny briefing, z którego płynęła mieszanka ekscytacji, entuzjazmu i zachwytu, że taka niespodzianka, taka gwiazda, taki koncert i to już za trzy tygodnie. Chwilę później wybuchła zmasowana irytacja i niezadowolenie mieszkańców. Jak to się mogło stać? Miało być tak pięknie, a wygląda, jakby diabli namieszali. Przecież na taką okazję, to każdy mieszkaniec miasta i regionu czekał od lat, można było wywnioskować z przekazu poprzedzającego tę niezwykłą wiadomość. Otóż tak, koncert Stinga jest z pewnością spełnieniem marzeń jego fanów w mieście i nie tylko. Tu pełna zgoda, gdyby tak na to patrzeć, to dobrze rozpoznane zostały pragnienia sporej części mieszkańców. Jest on też niewątpliwie świetną promocją miasta. Według mnie ten koncert, to dużo lepszy kierunek w pokazywaniu ducha Torunia, niż event w stylu „Sylwester z Dwójką”. Ale chyba jednak ktoś tu nieźle namącił i ja stawiam na ogromną tarczę księżyca, która rozbudziła emocje wszystkim na tyle, że komunikat o tym wydarzeniu minął się z intencją organizatorów i spotkał z oburzeniem mieszkańców. Bardzo kąśliwie ujął to starszy pan, którego opinię na ten temat podsłuchałam. Brzmiało to mniej więcej tak: „Patrzycie, jakie fantastyczne ciastko kupiliśmy za wasze pieniądze, teraz napatrzcie się, bo konsumować będą wybitni.” I w tym słowie wybitni, kryje się paliwo oburzenia. Choć nie tylko tam.
Myślę, że bardzo źle się stało, że organizatorzy nie zadbali od początku o dobrą komunikację wokół tego koncertu. Naprawdę szkoda, bo to bardzo ważne wydarzenie dla miasta. Ten koncert to nie efemeryczne widowisko, które uleci z pamięci po tygodniu, nagrany będzie funkcjonować w przestrzeni przez wiele lat i zamiast budzić tylko dobre skojarzenia,  przywoła też niesmak u niektórych. Jestem w stanie zrozumieć podekscytowanie, jakie mogło się pojawić w urzędzie, że taka gwiazda może zaśpiewać u nas choćby i sześć piosenek. Być może decyzje trzeba było podejmować błyskawicznie, by nie stracić okazji i pewnie dlatego radni toruńscy dowiedzieli się o tym cudzie z mediów. Niewykluczone, że tak właśnie było i to trochę może wyjaśniać te emocje i niefortunny briefing. Ale wcale nie musiało tak być. Co zatem innego mogłoby tłumaczyć tę, chyba pierwszą od prawie czternastu lat, wpadkę komunikacyjną toruńskiego urzędu, przy tak ważnym dla miasta wydarzeniu? I co mogłoby pomóc, by to złe wrażenie jak najszybciej zatrzeć? Może gdyby, otworzyć ten zamknięty koncert, ustawiając telebim przy sali na Jordankach dla trochę większej części chętnych, to ciemna otoczka irytacji, by pojaśniała i znacznie zmieniłoby to wydźwięk całości. Może. Ciekawe tylko, czy na taką propozycję artysta wyraziłby zgodę.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  22.11.2016