środa, 16 listopada 2016

Toruński kościół świętego Ducha na ścianie w Indiach


Czy zwracacie Państwo uwagę na obrazki, które wiszą na ścianach w pokojach hotelowych? Najczęściej wtapiają się harmonijnie w przestrzeń, korespondując kolorystycznie z całością. Zwykle przedstawiają mniej lub bardziej udane reprodukcje znanych obrazów, lokalne pejzaże, martwą naturę, ewentualnie fotografie danej miejscowości, czasami słynne światowe budowle. Wieżę Eiffla, mosty: Golden Gate, Tower, Rialto i pewnie jeszcze kilka innych światowych cudów można by tu dorzucić. A czy do tego zbioru dołączylibyście jakiś nasz lokalny zabytek? Tak bez wahania, że pewnie gdzieś wisi. Nic? Otóż niekoniecznie. Wczoraj odebrałam wiadomość na komunikatorze, w której pod zdjęciem toruńskiego kościoła św. Ducha, napisane było: „Poznajesz?” W pierwszej chwili pomyślałam, że to dziwne pytanie do torunianki, która całe życie mieszka w nie tak dalekim sąsiedztwie tej budowli, ale doczytałam dalej: „To wisi w hotelu, w naszym pokoju w Indiach.” W tym momencie rzeczywiście podzieliłam zdumienie mojej rodziny odwiedzającej właśnie Tańdźawur i zrozumiałam, dlaczego, zamiast wysłać mi fotografię wyjątkowej świątyni Brihadiśwary, oglądam znany mi kościół. Ale skąd on tam? Jak to się stało, że dekorator powiesił na ścianie w pokoju hotelowym w dalekich Indiach kawałek Torunia? Ciekawostka. Może przeszukując bazy zdjęć, natknął się na tę budowlę i spodobała mu się strzelistość bryły z oryginalnymi plamami koloru? Może ta fotografia, to pamiątka z podróży kogoś z zarządzających hotelem? A może to prezent od toruńskiej firmy, która od kilku lat z sukcesem zdobywa indyjski rynek, przy okazji zostawiając tam też ślady naszego miasta? Nie wiadomo. Jedno jest pewne, toruński kościół jest na hotelowej ścianie w Indiach. Niewykluczone, że nie tylko tam.
Patrząc na to zdjęcie, pomyślałam sobie, że może to jest niezły pomysł na nieco nieoczywistą promocję miasta, Toruń na ścianie. Fotosy z naszego miasta w pokojach hotelowych i to nie lokalnie, ale rozrzucone nawet w najbardziej odległych częściach świata. Naturalnie koncepcja ta może wydawać się nieco naiwna, bo niby dlaczego ktoś miałby wieszać akurat zdjęcia z Torunia. Bo ładne widoki? Bo to miasto wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO? Są to jakieś argumenty. Tylko też, jaki interes wizerunkowy w dekorowaniu cudzych ścian, nie mając wpływu na kontekst i towarzyszące temu inne elementy, miałoby nasze miasto? Umiarkowany, delikatnie mówiąc. W inny sposób pracuje się przecież na rozpoznawalność. Co z tego, że gdzieś na świecie wisi sobie na ścianie nasz kościół, skoro tylko nieliczni mogą osadzić obiekt w przestrzeni konkretnego miasta. Niby tak, ale z drugiej strony fajnie, że tam sobie wisi.
W swojej wizji, Torunia na ścianie, poszłam jeszcze dalej, bo wyobraziłam sobie kadry z naszego miasta na fototapecie. Ale nie te pocztówkowe obrazki wyskakujące zwykle na portalach fotograficznych, gdy wpisze się hasło Toruń. Raczej klimatyczne ujęcia, na które chciałoby patrzeć codziennie, pijąc poranną kawę, czy zwyczajnie odpoczywając po południu. Ktoś powie, kolejny banał. Bardzo możliwe. Choć z drugiej strony, niewykluczone, że promowanie się takim pozornie niedorzecznym gadżetem, może okazać się niezwykle oryginalne.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  15.11.2016

wtorek, 8 listopada 2016

„Coś tam spłoszyło się bożego…”, czyli Leśmian nie na patrona


Gdyby liczba wybranych patronów na dany rok wpływała na jego jakość, to można by śmiało prognozować, że nadchodzący będzie zasobny. Nigdy dotąd nie było ich aż tylu. Mogłoby się wydawać, że im więcej patronów, tym lepiej, bo jest w kim wybierać, szersze kręgi można zainteresować i przy okazji zadowolić. Niby tak, ale też w tej mnogości osób spada nieco ranga patrona, uwaga rozprasza się na kilku i gdzieś za delikatną mgłą, na dalszym planie pozostaną nadal ci dotąd mniej znani. Ustanowienie patrona danego roku ma na celu głównie uhonorowanie i upamiętnienie, ale przede wszystkim odświeżenie dorobku wybitnej postaci, która może i dziś stanowić inspirację, przykład. Dotychczas były to dwie, trzy osobowości lub ważne rozdziały z historii, wokół których przez rok organizowano rozmaite wydarzenia popularyzujące. Koncerty, widowiska, festiwale, konkursy, konferencje, wydawnictwa. Programy obchodów skoncentrowane na dwóch, trzech postaciach miały szansę przebijać się przez inne wydarzenia, same siebie nie zagłuszając. Główne kryterium wyboru patrona stanowi zwykle okrągła rocznica narodzin, śmierci lub też historycznego momentu. To ona przesądza, że dany rok pobrzmiewa muzyką Chopina, wierszami Miłosza, czy Tuwima, ale też przypomina jakie znaczenie, dla kultury i nie tylko, miał chrzest przyjęty przez Mieszka, czy wystawienie „Natrętów” Józefa Bielawskiego w Operalni. Wybranie patrona, to nie taka prosta rzecz, szczególnie gdy rocznic zbiega się wiele w jednym roku. Kogo wybrać? Mniej znanego bohatera kosztem ikony? Lekarza, duchownego, żołnierza, czy poetę? Najlepiej wszystkich. A wtedy czyj to on będzie właściwie?

W tym roku, w czerwcu Sejm ustanowił, że nadchodzącemu 2017 patronować będzie przede wszystkim Rzeka Wisła, ale też Joseph Konrad-Korzeniowski, Józef Piłsudski,  brat Albert Chmielowski, błogosławiony Honorat Koźmiński i Tadeusz Kościuszko. Do tego, w ubiegły piątek, senatorowie dorzucili jeszcze wydarzenie (Koronację Matki Bożej Częstochowskiej) oraz kolejne nazwiska. Do patronów dołączyli Władysław Biegański, gen. Józef Haller, Władysław Raczkiewicz. Jedno nazwisko jednak senatorowie odrzucili. Bolesław Leśmian przepadł bez dyskusji, głosami partii rządzącej. Nie on pierwszy i pewnie nie ostatni. Podobnie rzecz się miała siedem lat temu z Marią Konopnicką. Też przepadła jako oficjalna patronka. Ale gdy wkrótce po tym zdarzeniu, jej biografia zaczęła niespodziewanie nabierać kolorów tęczy, stała się niewątpliwą bohaterką roku.

I choć w pierwszym momencie decyzja o wykluczeniu Leśmiana z grona szczególnie honorowanych wzbudziła głównie niesmak, to chwilę później przyszła do mnie refleksja, że może dobrze się stało. Jest bowiem w tym pewna przewrotność, odrzuceniem senatorowie wyróżnili go, zwrócili większą uwagę na poetę niż niejedna, potencjalna akademia na jego cześć. Widać trochę za ciasno się zrobiło w tym panteonie dla wątłego, subtelnego poety, piszącego często nie wiadomo o czym konkretnie. Bo i o czym te słowa:

„Coś się spełniło skrzydlatego

Nad przynaglonym kwiatem! —

Coś tam spłoszyło się bożego

Pomiędzy mną a światem!…”

 
Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  08.11.2016

czwartek, 3 listopada 2016

Promocja to pojemne słowo, sylwester zaś kosztowne


Gdyby mogli Państwo zadecydować, na co przeznaczyć zaoszczędzone 1,6 miliona złotych z budżetu miasta, to czy byłaby to w pierwszym odruchu spłata niemałego zadłużenia, czy może kilkugodzinna impreza sylwestrowa? Oczywiście, nie jakaś tam sobie kameralna impreza na rynku, ale huczne z przytupem widowisko multimedialne z gwiazdami i ze strzelającymi korkami szampana na oczach, niewykluczone, że i nawet dwóch milionów widzów. Taki rozrywkowy bonus dla mieszkańców, chwila szaleństwa na antenie ogólnopolskiej, ale też przekroczenie finansowej granicy, poza którą dotąd organizatorzy miejskich imprez masowych sięgali w marzeniach. Dotąd nikomu nie przyszłoby do głowy, że z taką łatwością mogą znaleźć się w budżecie tak niebagatelne środki na imprezę rozrywkową. A okazuje się, że mogą. Ta impreza sylwestrowa może być też sygnałem na przyszłość dla innych organizatorów, nie idźcie na kompromisy przy budowaniu programów artystycznych, nie dawajcie wiary, że pula środków jest ograniczona. Skoro można na rozrywkę, to czemu nie na kulturę?
A może lepiej zainwestować te pieniądze w młodych, by tu zostali, w nowe miejsca pracy, w programy socjalne? Tu mogą być namacalne efekty. Bo jaką wymierną korzyść będziemy mieć z organizacji jednonocnej zabawy sylwestrowej? Zrobiłam na ten temat swoją małą, prywatną sondę. Zapytałam osoby mieszkające aktualnie w Toruniu, ale też i te, które kiedyś były z nim związane, co sądzą o organizowaniu przez miasto tak kosztownego eventu i jakie widzą w tym profity. Głosy mieszkających tu były w większości sceptyczne, zważywszy na koszty, jakie trzeba ponieść. Zabawa może i będzie fajna, ale zapłacić za to będziemy musieli sporo. Komentarze w tym tonie dominowały. Entuzjastami tego pomysłu były osoby, które patrzyły aktualnie na miasto z daleka i w organizacji Sylwestra z Dwójką widziały głównie promocję. Po chwili jednak każda z tych osób dodawała, ale czy o taką promocję faktycznie miastu chodzi. Taką, czyli jaką? Nie wynikałam jednak. Promocja to pojemne słowo.
Oczywiście, że w tym dywagowaniu, na co by można przeznaczyć te 1,6 miliona złotych, jest szczypta manipulacji. Tak moglibyśmy robić, z co bardziej kontrowersyjnym projektem realizowanym z miejskiej kasy. Choć z drugiej strony, tak kosztownej nocy za publiczne pieniądze w Toruniu, chyba jeszcze nikt nigdy nie planował, więc nie można się dziwić poruszeniu, jakie wywołuje rzeczona kwota. Pytania się mnożą. Czy godząc się na organizację sylwestrowej nocy z TVP2 spontanicznie i jednorazowo wskakujemy na ogólnopolską antenę na kilka godzin, za odpowiednią sumę, czy też może w założeniu jest dłuższa współpraca? Czy jest w tym jakiś plan i wizja, czy tylko radość, że Toruń stanie się scenerią dla spektakularnego widowiska telewizyjnego, oglądanego przez milionową publiczność? Może gdyby spojrzeć na sprawę z nieco innej perspektywy, że to nie wydatek, ale inwestycja, emocji byłoby mniej. Tylko że wtedy niezbędna byłaby informacja, jakie realne korzyści popłyną z tego dla miasta. Na razie tego nie wiemy, wiemy, że będzie zabawa.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  03.11.2016

wtorek, 25 października 2016

Na rzece wielkie poruszenie, tak zaczyna się moda na Wisłę


W ubiegłą środę na Wiśle mogliśmy obserwować wielkie poruszenie, dymy, wybuchy, strzały, jednym słowem bitwa. Takiego widowiska dotąd tu jeszcze nie widzieliśmy. Choć do pokazów historycznych z rycerzami w strojach polskich, krzyżackich i na koniach już przywykliśmy, bo regularnie latem potykają się w bitwie o zamek, to tym razem było inaczej. Akcja przeniosła się nad rzekę i na rzekę. Była scena na wodzie, rycerze, król, wielki mistrz, legat papieski, mieszczanie, kuglarze, pływały galary z kupcami i z piratami. Działo się sporo. Na bulwarze zapłonęło flisacze ognisko, a nad całością zabrzmiały dźwięki dzwonu Tuba Dei. Ktoś mógłby zapytać co w tym dziwnego i niezwykłego, skoro to widowisko z okazji inauguracji Ogólnopolskiego Roku Rzeki Wisły, to gdzież indziej miałoby być? Niby oczywiste, ale wcale nie takie proste w praktyce. Zrobić przedstawienie na wodzie, pokazać, że bulwar może być naturalnym amfiteatrem, było to marzenie wielu organizatorów imprez i koncertów, jednak komplikacje techniczne zwykle powodowały zmianę lokalizacji lub znaczne uproszczenia redukujące udział rzeki. Kiedy oglądało się inscenizację zaprzysiężenia II pokoju toruńskiego, poprzedzonego bitwą na wodzie oraz symbolicznym otwarciem wodnego flisu, sceneria wydawała się tak naturalna i prawdziwa, że aż pewnie wiele osób się dziwiło, czemu wcześniej nic takiego tu się nie odbywało. No właśnie. I za to wielkie brawa dla organizatorów, bo tym przedstawieniem udowodnili, że scena na Wiśle jest możliwa i to jest to. Wiem, że w tym wypadku nie scena na wodzie jest najistotniejsza, ale to widowisko   inauguracyjne, symbolicznie oddaje ideę Roku Rzeki Wisły. Zwraca nasze oczy ku rzece, by zobaczyć ją inaczej, niż przywykliśmy dotąd na nią patrzeć. Pokazuje, że niemożliwe jest możliwe. I o to właśnie chodzi w tym roku poświęconym Wiśle, by wybrać się w końcu nad rzekę tak naprawdę, by zobaczyć jej możliwości, by korzystać z jej dobrodziejstw. Zatem, może uda się w końcu przywrócić plażę nad brzegiem Wisły, którą znamy tylko ze starych fotografii? Czy może, zamiast lokować baseny sezonowe na osiedlach, zorganizować je na rzece? Oczywiście to zdecydowanie kosztowniejsze, ale czyż nie bardziej atrakcyjne i zarazem naturalne. A jak turystycznie ubogaca ofertę miasta. Nieprawdaż?
Program Roku Rzeki Wisły w naszym regionie zapowiada się bardzo ciekawie. Poza mnóstwem imprez wodniackich, Festiwalem Wisły z udziałem tradycyjnych łodzi, okazjonalnymi spływami i regatami, rajdami i biegami, nie zabraknie też wystaw, konferencji, pikników i koncertów. A może Państwo mają pomysły na oryginalne wydarzenie, które mogłoby się znaleźć podczas wiślanego święta w nadchodzącym roku? Co jeszcze mogłoby się wydarzyć na wodzie, czy brzegu rzeki? Organizatorzy tego przedsięwzięcia w regionie, Kujawsko-Dobrzyńska Organizacja Turystyczna, są wciąż otwarci na propozycje. To może być wyjątkowy czas, który będzie łączył ludzi ponad podziałami, tak zwyczajnie z pożytkiem dla nas wszystkich i jednocześnie każdego z osobna. Wiem, że marzeniem wielu osób zaangażowanych w ten projekt jest, by moda na Wisłę trwała znacznie dłużej niż tylko te 365 dni. I niech tak się stanie, bo Wisła jest tego warta.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  25.10.2016

środa, 19 października 2016

Undergroundowy klub zbyt dużym kontrapunktem?


Jest w filmie „Awans” Janusza Zaorskiego taka scena, w której postać idealisty, grana przez Marka Perepeczkę, wisi na czerpaku koparki. Próbuje zatrzymać maszynę przed postępowymi innowacjami, przed niszczeniem naturalnego otoczenia, w którym dotąd żył. Broni swojego świata przed modernizacją, przed przekształcaniem spokojnego miejsca do życia, w sprzedajny kram dla szukających rozrywki przybyszów. Mierzy się z maszyną. Chwyta się łyżki koparki, a ona unosi go do góry. Wisząc nad taflą wody wieszczy zbliżającą się agonię mieszkającej tam wspólnoty. Ostatecznie spada i ginie pod wodą. Scenę upadku spokojnie obserwuje tłum przyjezdnych gapiów, niczym egzotyczne widowisko. Nikt mu nie pomaga, nikt nie stara się zrozumieć o co chodzi, ludzie po prostu się gapią. Główny bohater (Marian Opania), sprawca tych nowoczesnych i postępowych zmian, kwituje incydent słowami: „Romantyczny bohater nie liczył się z rzeczywistością.” Jego narzeczona (Bożena Dykiel) dodaje: „Może to i lepiej, sobie życie utrudniał i innym”. Gdy w ubiegły piątek znajomy napisał mi, o tym, że prawdopodobnie dni klubu Pilon są policzone, bo urzędnicy planują tam zmiany, to przed moimi oczami pojawiła się właśnie ta filmowa scena, człowiek kontra koparka. Nie próbuje tym obrazem zbudować analogii wprost, bo przecież wiadomo, że nie  ruszyła żadna maszyna sterowana przez cynicznie uśmiechniętego operatora w kierunku Bulwaru Filadelfijskiego, by zniszczyć zabytkową grodzę, w której od dwudziestu lat działa rzeczony klub. Nie, grodzy nic złego się nie stanie, ale wiele wskazuje na to, że czas Pilona, niszowego i kulturotwórczego miejsca, dobiega końca. Właśnie idzie nowe, już ruszyło. Obawiam się również, że nawet najbardziej romantyczne pozy i heroiczne gesty w jego obronie, mogą okazać się tylko uciesznym widowiskiem dla tłumu, jeśli faktycznie zapadła urzędnicza decyzja, by zagospodarować tę przestrzeń na szalet z europejskim poziomem oraz sklepiki z pamiątkami i informację turystyczną. Myślę, że należy pozbyć się złudzeń, że może coś w tym momencie pomóc wyliczanie zasług, opowiadanie czym to miejsce było i jest, czy też przywoływanie długiej listy imprez, które się tam odbyły. Undergroundowy klub może być za dużym kontrapunktem dla malowniczego obrazka, jaki ma witać turystów przybywających do naszego miasta na parking pod mostem.
Klub Pilon to kompletnie nie mój świat. Ostatni raz byłam tam lata temu i nie mam jakichś szczególnych wspomnień, czy sentymentów z nim związanych, ale to wcale nie znaczy, że nie doceniam jego roli.  Wiem doskonale, że jest jednym z niewielu już prawdziwych i kultowych miejsc na mapie Starego Miasta. Ten klub to legenda, również daleko za naszymi granicami. Te krążące od kilku dni wieści, że może przestać istnieć na skutek nowych koncepcji urzędniczych, są niepokojące dla jego bywalców. I nie ma się co dziwić, że u niektórych osób budzi się niezgoda i rozgoryczenie, urzędnicza pomoc lub jej próby w zamykaniu klubów jest w mieście znana nie od dziś. Choć historia spektakularnej obrony klubu NRD mogła już nieco ulecieć z pamięci, bo klub działa i ma się dobrze, to klęska lokalu Cafe Draże jest wspomnieniem nie tak odległym. Szczególnie że Stary Młyn stoi od trzech lat pusty i nieustannie przypomina o tamtej przegranej batalii o lokal. Jak będzie tym razem?

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  18.10.2016

wtorek, 11 października 2016

Zło inkubuje w człowieku, „Wołyń” pokazuje to dobitnie


Kilka lat temu koleżanka przedstawiła mi swojego znajomego, podaliśmy sobie ręce, wymieniliśmy uśmiechy i imiona. Kiedy kolega oddalił się, koleżanka powiedziała do mnie: „On ma imię po pradziadku. Na pamiątkę. Pradziadek zginął w czasie pogromu na Wołyniu. Przybili go widłami do drzwi. Ukraińcy.” Zamarłam, odruchowo wyobraziłam sobie tę scenę. Potem nigdy więcej temat tych tragicznych wydarzeń w kontekście losów jego rodziny nie powrócił w naszych rozmowach. Jednak obraz tych drzwi pojawiał mi się, ilekroć myślałam lub słyszałam o Wołyniu. Imię kolegi stało się mimowolną czarną skrzynką przechowująca zapis tamtej tragedii, nie tylko rodzinnej. Zobaczyłam z niej jedną klatkę filmu. Tyle wystarczyło, bym zapamiętała na długo.
Smarzowski w „Wołyniu” połączył w jedno dzieło filmowe wiele takich rozproszonych opowieści świadków i ich potomków, wiele takich klatek. I wyszedł mu obraz bardzo mocny, który zostaje nie tylko zapisany w głowie, gdzieś pomiędzy innymi scenami widzianymi dotąd w kinie, on zostaje przede wszystkim silnie pod powiekami i nie daje się stamtąd szybko wypchnąć, choć boli. Boli okrutnie. Smarzowski wprowadza nas w świat, w którym od początku czujemy, że nie ma równowagi, nie ma symetrii, gdzie ile zła, tyle dobra, ile miłości, tyle nienawiści, nie. Tam zło wydaje się pomnażać zdecydowanie szybciej niż dobro, za kradzież obcina się rękę, a za tę rękę obcina się potem głowę. Nie ma tu opamiętania, to musi prowadzić do tragedii. Choć pierwsze sceny mogą nas nieco znieczulić, przywołując utrwalony, sielankowy obraz Kresów, to przeczuwamy, że siekiera, która zawisa w powietrzu nad głową panny młodej, by rytualnie ściąć jej warkocz, kiedyś powróci, by zadać cios śmiertelny. Zło jest tam obecne od początku przecież. Domyślamy się jego uśpionej obecności, w czasie gdy ono inkubuje w człowieku, czekając na sprzyjające okoliczności, by rozpętać piekło na ziemi, pomieszać zastany porządek, wyznaczyć role katów i ofiar.
Pytań, po co nam teraz taki film jak „Wołyń”, pojawia się zdecydowanie mniej, niż stwierdzeń, że to bardzo ważny, potrzebny obraz tamtych wydarzeń, bez względu na konsekwencje, jakie może przynieść. Tylko czy trzeba właśnie teraz opowiadać o rzezi na Wołyniu? Czy dobrze się dzieje, że ta upychana dotąd po kątach historii tragedia, wychodzi z kart rozpraw naukowych i wspomnień, uruchamiając wyobraźnię masowego widza? Czy nie idzie za tym niebezpieczeństwo, że Wołyń przeniknie do popkultury w formie skrótu, naznaczając katów i wołając w imieniu ofiar o zemstę? Historii nie da się zmienić. Można nią manipulować, fałszować, przemilczać, ale zaistniałych zdarzeń to nie wykasuje. Zajścia nawet wyparte, już się wydarzyły, a przypominanie o nich nie jest robieniem bilansu win i krzywd, bardziej może być lekcją na przyszłość. Istnieje jednak ryzyko, że przy dyskusji o tym filmie, więcej uwagi może pójść w wyjaśnianie niuansów historycznych, niż spojrzenie na „Wołyń”, jako dzieło, które niesie ze sobą przesłanie. Przesłanie, że każdy nacjonalizm, bez względu jaki przymiotnik przed nim wstawimy, karmiony nienawiścią do innych, jest złem. Złem, które prowadzi zawsze do tragedii.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  11.10.2016

środa, 5 października 2016

Rodzinne memento mori na przykładzie Beksińskich


Czy wchodząc do czyjegoś mieszkania, można coś powiedzieć o panujących tam relacjach między domownikami, na podstawie mebli? Oczywiście można i nie o wszystkie meble mi chodzi, ale o jeden, bardzo konkretny, o stół, przy którym jada się posiłki. To on bardzo często, symbolicznie rzecz jasna, daje wgląd w relacje rodzinne i sporo mówi o życiu domowników. Jaki jest, wysoki, czy niski, gdzie stoi z boku, czy centralnie, ile osób może przy nim zasiąść i kto, gdzie siedzi. Patrząc tylko na stół oraz to jak się przy nim jada, możemy kreślić domysły na temat układu rodzinnego i przeczucia dokąd on zmierza. Z tej perspektywy spojrzałam na „Ostatnią rodzinę”.
W mieszkaniu Beksińskich widzimy dwa stoły, jeden kuchenny, codzienny, drugi w pokoju, świąteczny. Zarówno przy jednym, jak i drugim, cała rodzina nie jest w stanie pomieścić się swobodnie, spotkać ze sobą, spojrzeć sobie w oczy, rozmawiać. Co wcale nie znaczy, że tego nie robią w innych okolicznościach, ale przy stole niekoniecznie. Ten stół codzienny w kuchni, przy którym zwykle toczy się najwięcej, który bywa sercem domu, tu jest wąski, ustawiony dłuższym bokiem przy ścianie, tak, że jedząc, patrzy się głównie na nią. Myślę, że ten ich kuchenny stół symbolicznie podkreśla nie tylko klaustrofobię warszawskiego bloku, ale i duszący ścisk w relacjach. Widzi się mur tuż pod nosem, żadnego oddechu, nie da się długo wysiedzieć w takim miejscu, trochę jak w bistro, jak w poczekalni, trochę, jak w wielu innych blokowych mieszkaniach. Przy nim jadają Zdzisław i Tomek, zwykle osobno, nerwowo, szybko, łapczywie, nieładnie. Zofia tam sprząta, gotuje, podaje jedzenie, studzi je, a czasem dla oddechu zapali papierosa, też sama, gdzieś z boku. To ona w tej kuchni daje podstawę, by codzienność całej rodziny mogła prześlizgiwać się po dniach. To dzięki niej toczy się tam życie i wraz z jej odejściem zacznie ono błyskawicznie uchodzić z tej rodziny, aż zniknie. To ona jest tam łącznikiem pomiędzy ojcem i synem, jest arterią, po której płynie miłość, uwaga, uśmiech, zrozumienie i empatia. Jest też trochę parasolem ochronnym, który usilnie osłania domowników od depresji, ale przed nią ich ostatecznie nie chroni. Tylko raz widzimy wszystkich razem przy stole, Zofię, obie babcie, Zdzisława i Tomka. Przy wigilii. Kobiety tradycyjnie łamią się opłatkiem, w tym samym momencie mężczyźni nieco z boku, Tomek wręcz poza stołem, zajęci są oglądaniem technicznych zabawek, ostentacyjnie skupieni na sobie. Niby siedzą razem, ale widać wyraźnie pęknięcia, każdy jest tam sam, osobny. Dokąd zatem może zmierzać taka rodzina? Nietrudno sobie odpowiedzieć, że do rozpadu, do jakiegoś kresu, tak jak u Beksińskich. Ten kres, wbrew pozorom, nie nadchodzi tak od razu, stopniowo odciąga kolejne osoby od stołu, od życia, pogłębiając tylko w pozostałych samotność i lęki. Nie do wytrzymania. Czy można sobie jakoś z tym poradzić? W filmie nie ma na to odpowiedzi i wydaje się to dla twórców bez znaczenia. To jest historia prawdziwa, memento mori.

Felieton ukazał się w "Gazecie Pomorskiej"  04.10.2016